Nowela z akcją umieszczoną w tym samym świecie, co cykl Wojna pojmanego (po polsku mamy tom pierwszy: Łaska bogów). Acz od serii głównej jest to bardzo oddalone – albo przestrzennie, albo czasowo, albo też przestrzennie i czasowo. Livesuit może jest mało oryginalne – wiele zawdzięcza tak literaturze SF (Wieczna wojna Haldemana!), jak i grom/serialowi Halo, ale czyta się dobrze. Mnie bardziej to podeszło niż Łaska bogów.
Niestety, (wszech)świat jest nakreślony nader skromnie, prawie tak mizernie jak w Wojnie starego człowieka Scalziego (która, jak sam widzę, stała się u mnie etatowym miernikiem ubóstwa w tym zakresie, może czas ustalić skalę, np. Livesuit = 1,2 Scalziego). Czytelnik więc mimowolnie szuka oparcia w Łasce bogów – i nie bardzo je znajduje; trudno Livesuit wpasować w to, co na razie wiemy o Wojnie pojmanego. Jest to, oczywiście, zabieg celowy mający pobudzić ciekawość i przywiązać nas do serii – kolejne powieści z głównego cyklu i kolejne poboczne nowele pewnie te związki nam ukażą w pełnym oświetleniu. Zabieg w moim przypadku okazał się udany – o ile po Łasce bogów dość chłodno podchodziłem do tego uniwersum, o tyle Livesuit pobudziło moją ciekawość.
Na razie przynajmniej niektórzy czytelnicy wysuwali tezy, że w noweli mamy do czynienia z okresem o wiele, może nawet tysiące lat, późniejszym niż w Łasce... Sam zaryzykuję inną tezę. Nie mamy do czynienia z czymś odległym czasowo, lecz przestrzennie.
W Łasce bogów ludzie zamieszkują planetę Anjiin od trzech i pół tysiąca lat, utracili zdolność podróży do innych systemów, już zapomnieli skąd pochodzą (jeśli Ziemia jeszcze istnieje, to z nią kontaktu nie mają, jeśli są inne planety zasiedlone przez ludzi, to z nimi też kontaktu brak).
W Livesuit w ogóle nie ma mowy o Anjiin – są inne planety zasiedlone przez ludzi, a ludzkość wciąż podróżuje w kosmicznej przestrzeni.
Moim zdaniem, tu obserwujemy wydarzenia nieco późniejsze, niż te z Łaski bogów (no jednak w Łasce... Carryxowie chyba po raz pierwszy natknęli się na przedstawicieli naszego gatunku), ale nie tysiące lat późniejsze. Ot, po prostu jakiś czas po inwazji na Anjiin, Carryxowie – a może raczej ich podwładni czy przymusowi sojusznicy? – spotkali inną („główną”) gałąź ludzkości. I próbowali zrobić to, co zawsze: podporządkować lub zniszczyć.
Tu jednak nie poszło tak łatwo: gałąź ludzkości z Livesuit zamieszkuje szereg planet – jest zdecydowanie liczniejsza od mieszkańców Anjiin, jest też nieporównywalnie bardziej zaawansowana technologicznie. Więc nieźle odgryza się agresorom, choć przez odległości między różnymi planetami są straty – jeśli informacje z danego świata docierają do „centrum” dopiero po kilku latach, to zanim nadejdzie pomoc, system może być stracony. A wróg (nigdzie nie pada nazwa „Carryx”) jeńców już nie bierze, bo ludzie umieszczali wśród nich szpiegów.
Najważniejszymi oddziałami ludzkości do walki na powierzchni planet są elitarne jednostki wyposażone w tytułowe kombinezony o niesamowitych możliwościach.
– Więc... jesteśmy tylko szkieletem dla miękkiego robota? (...)– Kombinezon ma sprawić, że będziecie szybcy, silni i trudniejsi do zabicia niż karaluchy. Wy macie nadać mu funkcjonalny kształt udoskonalony przez ewolucję i sprawić, że będzie tak inteligentny, jak tylko miliardy lat mordowania i przetrwania mogą zapewnić. I właśnie w ten sposób, chłopcy i dziewczęta, pokonamy te pieprzone potwory.
Głównym bohaterem jest Kirin – jego przyjaciel, Piotr, wstępuje na ochotnika do wojska, właśnie do oddziałów wyposażonych w te „miękkie roboty”. Zainspirowany tym Kirin również zostawia swoje dotychczasowe życie, swoją dziewczynę i także ląduje w kombinezonie. Dodajemy: w kombinezonie, który nosi się non stop, bez przerwy – zdjęcie ma nastąpić dopiero, kiedy przejdą do cywila. Kombinezon potrafi „wszystko”, może nawet zastąpić żołnierzowi utracony organ. Pytanie: jak wiele człowieka może podmienić ten „miękki robot” i co się stanie z nosicielem, kiedy zostanie zwolniony ze służby i będzie mógł go zdjąć – rozsypie się?
Czytelnik zostaje od razu wrzucony w akcję, a przeszłość poznaje z retrospekcji. Jest to militarna space opera, jednak niekoniecznie typowa. To znaczy początkowo mamy wesołe życie wojaka (aż mi się przypomniał tytuł książki Romualda Pawlaka, książki zupełnie o czymś innym, ale tytuł by pasował: Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka).
– Uwalniamy więźniów – odpowiedział Simeon. – Jeśli nam się nie uda, oni zginą. Jeśli będziemy zwlekać, oni zginą.– Jeśli pójdziemy, zginiemy – powiedział Gleaner, ale radosnym głosem.– Kontrola nie dała nam zgody na śmierć – odparł Simeon. – Nie zaplanowano tego w budżecie.
Z czasem jednak życie wojaków staje się coraz mniej wesołe. Są problemy z dylatacją czasu, przez co żołnierze nie tyle oddalają się od swojej przeszłości, co wręcz ją tracą. Dla niego mija lat kilka, dla jego bliskich – kilkadziesiąt. Nie ma już powrotu do wcześniejszego życia (co znamy też choćby z Wiecznej wojny, ale w Livesuit jest to bardziej smutne, ponure). Są oczywiście pytania, co się stanie po zdjęciu pancerza.
Widziałem, że czytelnicy wytykali Coreyowi jeden błąd: osoba bliska Kirina najpierw ma na imię Mina, potem Mira, po czym znowu Mina. Może to błąd, a może miało właśnie pokazać, jak bohaterowie „odlatują” (czasowo, przestrzennie, mentalnie, pamięciowo) od swojej przeszłości.
Hej, dostałem twoją wiadomość. Miło było cię usłyszeć. Ale nigdy nie oglądaliśmy tego filmu w Boże Narodzenie. Ani nigdy więcej cię nie zobaczę. Twoje życie i moje są już tak różne, że nawet nie pamiętamy w ten sam sposób. Mam nadzieję... Mam nadzieję, że wszystko u ciebie dobrze się ułożyło. Chcę, żebyś wiedziała, że miło cię wspominam. Czas, który spędziliśmy razem, był dobry.
Mocne zakończenie, którego oczywiście nie zdradzę.
Polecam. Szkoda tylko, że Mag zapewne nie wyda nam tego we właściwy (zgodny z zamierzeniami autorów) sposób, czyli chronologicznie – znając tego wydawcę, przypuszczam, że jeśli seria główna będzie się dobrze sprzedawać, to kiedyś tam wydadzą te nowele zbiorczo.
OCENA: 7/10.
J. S. A. Corey, Livesuit. A story from the Captive's War, wydawnictwo Orbit, 2024, stron: 90 [wg informacji wydawcy], forma wydania: ebook.
Zob. z tego cyklu:
Zob. też:

A czytał Pan już sagę the Expanse , tych samych autorów?
OdpowiedzUsuńNie, oglądałem serial, a ja nie lubię czytać po oglądaniu (w drugą stronę jest OK). Jak już serial zatrze się w mojej pamięci, to może przeczytam.
UsuńMimo że serial jest świetny, to (pozostając w mniejszości) książki uważam za równie dobre, a miejscami znacznie lepsze, pogłębiające postacie i motywy. Ja czytałem najpierw książki, ale chcę znów je poczytać - mimo że wszystko już wiem. Tam jest dużo smaczków. Właściwie zaczynają one zanikać dopiero w spaceoperowej części serii, ostatnich tomach, choć też sporo się znajdzie (Burton!).
UsuńMam podobnie, tylko jak już przeczytam książkę, to nie mam już ochoty oglądać serialu, zwłaszcza że przeważnie wypada gorzej
UsuńRomek Pawlak
UsuńW pewnym momencie zastanawiałem się czy nie przeczytać tych tomów Expanse, które nie załapały się na serial. Ale zeszło tyle czasu, że jeszcze trochę odczekam, pozapominam serial i wtedy zacznę prawidłowo, czyli od pierwszego tomu.
Anonimowy
Usuń>Mam podobnie, tylko jak już przeczytam książkę, to nie mam już ochoty oglądać serialu<.
To nie podobnie, tylko odwrotnie :D Jak najpierw przeczytam książkę, to potem mogę obejrzeć serial, natomiast jak obejrzę serial, to już książki nie przeczytam, bo znajomość fabuły psuje mi lekturę. No chyba że chodzi o Akta Dresdena, bo w tym przypadku i książki, i serial tak szybko z głowy ulatują, że nie ma znaczenia kolejność :D
Może nie precyzyjnie się wyraziłem, obejrzę serial- nie chcę mi się już czytać książki, przeczytam książkę-nie chce mi się już oglądać serialu.
UsuńJa mogę obejrzeć serial czy film po książce, oczywiście jeśli mnie nie wkurza nadmiernie np. podmiankami bohaterów (zamiast mężczyzny - kobieta, zamiast białego - czarny itp.), albo dodaniem wątków rodem z kultu bożka Woke (np. dodany wątek LGBT). Pewnie dlatego nie dałem rady obejrzeć serialu "Fundacja", choć wielu chwali. Chyba lubię dość wierne ekranizacje.
UsuńAle wierna adaptacja pierwszej książki z cyklu o Fundacji byłaby nie do oglądania - wiem, bo przeczytałem właśnie na tę okoliczność i zastanowiłem się, co - poza głównym pomysłem - widziałem tam kiedyś. Młodość chyba, bo ile lat ja miałem, kiedy mi wpadły te tomiki z Wydawnictwa Poznańskiego? A że lepsze od Chruszczewskiego, to się czytało :)
UsuńAle fakt, ten serial to wariacja na temat, nie ekranizacja.