POLECAM

czwartek, 10 września 2026

Brandon Sanderson, Wśród gwiazd

O ile po pierwszej części byłem zainteresowany ciągiem dalszym na tyle, że wziąłem drugą, o tyle po drugiej, jakoś nie mam ochoty na trzecią...


Jeśli nie czytałeś pierwszej, to lepiej porzuć czytanie tej notki i przejdź do poprzedniej:

Pisarstwo Sandersona ma stałe elementy, o których pisałem przy okazji omawiania wrażeń z lektury pierwszej części. Niestety, tu walory uległy redukcji, za to wady są uwypuklone.

Zaletą jego twórczości jest umiejętność budowania interesujących światów. I to było w pierwszej części. W drugiej świat już po części znamy, ale to co w pierwszej było tajemnicze, intrygujące, po podniesieniu zasłon, stało się mało ciekawe, mało oryginalne. Oczywiście dochodzą nowe elementy, nawet całkiem sporo, ale tym razem Sanderson się nie popisał, ot standardowa space opera – mnie nieco przypominała Łaskę bogów Jamesa S.A. Coreya, tylko słabszą (a już Łaska była bardzo taka se).

Druga jego zaleta, to umiejętne wciąganie czytelnik w rozgryzanie tajemnic danego uniwersum. No i tu nie pykło. Jakieś tam zagadki były, tylko w ogóle nie zainteresowało mnie ich rozwiązanie.

Skoro zniknęły dwie główne zalety pisarstwa Sandersona – oryginalny świat i wciągające tajemnice – to zostało... nic. Co więcej, w poprzedniej części mieliśmy trochę strawnego humoru wprowadzanego przez M-Bota, w tej odsłonie jest tego mniej tak ilościowo, jak i jakościowo. Chyba humor mieli też wprowadzać Kitseni (jedna z kosmicznych „ras”), ale mnie jakoś niespecjalnie bawili.

W znacznej mierze mamy powtórkę z rozrywki. Spensa znowu przechodzi szkolenie, tym razem u Obcych. I znowu jest to wyjątkowo głupie. Jasne, że autor może tłumaczyć: panie, to są Łobce i une tak myślo! To jakby gasi wszelką krytykę, faktycznie, Obcy nie muszą się zachowywać tak jak my. Ale niesmak zostaje.

Co gorsza, poza paroma głupimi zachowaniami, te „Łobce” bardzo przypominają ludzi – biologię im tworzy dalece odmienną, ale i tak psychologicznie to są prawie ludzie (trochę model z fantasy: elfy niby są obce, niby nieśmiertelne, ale jak co do czego, to wychodzi, że psychologicznie są ludźmi tylko zafiksowanymi na ekologii). Paradoksalnie, najbardziej „łobcą” zdaje się nam druga przedstawicielka naszego gatunku przechodząca szkolenie.

Wydanie twardookładkowe

To, że z kolei słabym punktem warsztatu Sandersona jest kreacja bohaterów, też wiemy – a tu jest jeszcze gorzej. Spensa zaczyna wyrastać na typową Mary Sue, wręcz ocieka przezajebistością. Do tego autor mości jej szlak delikatnym mchem, żeby sobie paluszka nie uszkodziła – pomagają jej niesamowite zbiegi okoliczności, które pojawiają się jak króliki z kapelusza, kiedy są potrzebne.

Pozostali bohaterowie pierwszej części lądują gdzieś na dalszym planie, za to pojawiają się nowi, którzy wywołują co najwyżej wzruszenie ramionami. Owa wspomniana druga „człowieczka” miała potencjał, ale ostatecznie się skichało.

Niektóre elementy zalatują bardziej fantasy niż science fiction (sam zastanawiam czy to space opera, czyli SF, czy jednak cosmic fantasy).

Podsumowując: mam wrażenie, że Sanderson początkowo zamierzał napisać trylogię, ale potem stwierdził „chwyciło, to wyciskamy dalej” i przerobił na tetralogię, więc musiał nadmuchać fabułę byle czym. Nie mam ochoty na kontynuowanie lektury tego cyklu, jedyne co mnie zainteresowało w tym tomie to Nicość – inny wymiar czy może „coś” między wymiarami (wszystko jedno), to trochę element lovecraftowski. Jeśli sięgnę po kolejne części, to jedynie dla tej Nicości. I tylko dlatego zawyżam ocenę o jeden punkcik:

OCENA: 5/10.

B. Sanderson, Skyward, t. 2: Wśród gwiazd, tłum. Z. A. Królicki, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2020, stron: 550.



Zob. też:


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz