Łączna liczba wyświetleń

środa, 18 lutego 2026

Stefan Weinfeld, Janczarzy kosmosu

Kolejna przyzwoita powieść SF z czasów PRL, z dość oryginalnym pomysłem wyjściowym – Ziemię z kosmosu mają zaatakować... ludzie.


Jest to może lekki spojler, ale przecież już sam tytuł wyraźnie podaje o co chodzi. Bo kim byli janczarzy, chyba wiecie? Turcy osmańscy zmuszali swoich chrześcijańskich poddanych do oddawania im chłopców (pod koniec XV wieku średni wiek wynosił 13,5 roku) – następnie tych rekrutów wychowywali w fanatycznym islamie i żelaznej dyscyplinie. Po czym wysyłali na podbój kolejnych krajów chrześcijańskich.

W powieści Weinfelda mamy indogów, najprawdopodobniej pochodzących z Ziemi (choć stuprocentowego potwierdzenia brak). Obcy gatunek – szarfanowie tworzy z nich armię. Indogowie dostają tabletki wydłużające życie do setek lat, co jakiś czas dostają też nową „identyczność”, co wiąże się z wyczyszczeniem pamięci (stąd sami bohaterowie nie wiedzą do końca skąd pochodzą). Ta „identyczność” to wygląd jakiegoś ważnego ziemskiego polityka, do czego dochodzi odpowiednia edukacja – indogowie są w stanie idealnie naśladować oryginał.

Chyba każdy domyśla się, że szarfanowie chcą przeprowadzić na Ziemię inwazję, jeśli się da, to bezkrwawą – podmianą naszych elit na „janczarów”. Dlaczego akurat w ten sposób, jest wyjaśnione – wynika to z galaktycznej polityki.

Indogowie mają czaszki tak wyprane, że...

Ilekroć wymawiam słowo „szarfan”, zawsze nasuwają mi się określenia „mądry i dobry”, choćbym nawet nie miał zamiaru ich użyć. Prawdę powiedziawszy nie jestem pewien, co się kryje pod pojęciami „mądry” i „dobry”. Każdy jednak indog od początku wie, że o szarfanie inaczej mówić nie można; po prostu czegoś by brakowało.

Akcja toczy się w nieodległej przyszłości, choć ustalenie dokładnych lat jest chyba niemożliwe, bo sam autor podał dwie informacje sprzeczne ze sobą. Najpierw pisze, że w lipcu upłynie 230 lat od kiedy ks. Tomaszek z czaszek budował kaplicę we wsi Czermna – ponieważ kaplica powstała w latach 1776-1784, to początek akcji można kłaść na któryś rok z zakresu 2006-2014. Jednak opisując późniejsze wydarzenia podaje: Kiedy Wells napisał swoją „Wojnę światów”? Wiek cały będzie niedługo – pierwsze wydanie Wojny światów to 1898 rok, z czego wniosek, że opisywane wydarzenia miały miejsce gdzieś w latach 1995-1998. Coś tu nie bangla.

Ciekawy sposób prowadzenia narracji. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia kilku indogów – narrator jest pierwszoosobowy, ale co jakiś czas się zmienia. Niestety, ta narracja w wykonaniu Weinfelda ma pewną słabość: skoro „wchodzimy” w myśli indogów, to ich motywacje i czyny nie powinny być dla nas zaskoczeniem, a jednak są – pojawiają się nieoczekiwanie, niczym króliki z kapelusza prestidigitatora. Czyli ma to cechy starej SF: świetne pomysły, ale literacko opakowane tak sobie i trochę za mało rozwinięte.

Mnie jeszcze nie podobała się późno odkryta tożsamość bohatera występującego jako MS 12 – dziś to trochę słabe, choć może w 1980 nie było.

Zakończenie... Może nie tyle samo jest zaskakujące, co sposób, w jaki autor je opisał – cztery zdania! Ot takie pstryk, a po nim nie ma już nic. A szkoda, bo chciałbym poznać dalsze losy indogów, szarfanów i Ziemi już odkrytej przez galaktyczne potęgi, a tu nie wiemy czy Frodo wrócił do Shire... Uczucie niedosytu, przez które jednak zapewne tego finału nie zapomnę.

Ciekawostka: Weinfeld napisał na rynek sowiecki kilka opowiadań, które wyszły tylko po rosyjsku, nie ma polskich wersji. Po 1983 roku nie pisał już fantastycznej beletrystyki, a ograniczył się raczej do scenariuszy komiksowych.

OCENA: 7/10.

S. Weinfeld, Janczarzy kosmosu, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1980, stron: 200.



Zob. też:


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

6 komentarzy:

  1. Fajna książka o pisarzu; „Stefan Weinfeld: Człowiek o stu twarzach”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, nawet nie wiedziałem, ale Weinfeld jest bardziej znany wśród komiksiarzy i wydawca "dziwny" (EC1 Łódź - Miasto Kultury).

      Usuń
  2. Nieznany staroć.
    W swoim czasie na portalu Fantastyki umieściłem cytat z tek książki i nikt absolutnie nie załapał.
    Sposób prowadzenia narracji pozwala Autorowi przedstawiać wydarzenia na Ziemi i w kosmosie. Kiedyś nie miało to dla mnie znaczenia, ale dzisiaj wolałbym linearną metodę.
    No i zapamiętam dezintegrator infradźwiękowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie sposób prowadzenia narracji nie przeszkadzał, natomiast wolałbym napisane to bardziej po współczesnemu - rozbudowanie fabuły, rozbudowanie bohaterów. Fajny pomysł wykonanie nawet przyzwoite, ale jednak trochę to ubogie - typowa polska SF niesocjologiczna z PRL (i w tej kategorii dałem 7/10, bo gdybym miał to oceniać tak jak współczesne, to 5/10, no może za pomysł 6/10).

      Usuń
    2. Krótka książką, raptem dwieście stron.
      Wtedy takie wydawano. Wystarczy wspomnieć Zajdla czy Sennych zwycięzców Oramusa. Nie przeszkadzało mi to kiedy byłem młody, bo łykałem, a dzisiaj czuję, że ledwie zaczynam a już kończę. Szczególnie wadzi mi to u Zajdla, bo wolałbym rozbudowaną historię. A tam pomysł i prędka realizacja.
      Co prawda bardziej żałuję, że Pomnik taki minimalistyczny albo Non Stop. Lecz to nie polskie i starsze.

      Usuń
    3. Dawno nie czytałem "Non stop" - kiedyś to było moje ulubione SF, może dlatego, że przeczytane jeszcze w podstawówce. Potem przerobiłem jeszcze parę razy, ale też dawno temu. W ogóle z Aldissem ostatni kontakt miałem chyba w 2007 roku, po wydaniu "Cieplarni" przez Solarias.

      Ciekawe jakbym dziś odebrał jego dzieła. Kilka lat temu kupiłem "Malacjański gobelin" i do dziś nie przeczytałem - może się za to teraz wezmę, ale okładka jest tak ohydna, że jak na nią spojrzę, to odechciewa mi się czytać :D

      Usuń