Mam trochę mieszane odczucia. Są pozytywy, jednak bohaterowie i relacje między nimi jak z prostej przygodówki. Cykl łączy cechy beletrystyki historycznej, przygodowej, awanturniczej i militarnej.
Czas akcji: przełom I i II wieku naszej ery, nieco ponad pół wieku po rzymskim podboju południowej części Wielkiej Brytanii. Miejsce akcji: zaczyna się na pograniczu z tymi plemionami celtyckimi, które podbić się nie dały – później w tym miejscu powstanie Mur Hadriana, na razie mamy tylko sieć mniejszych i większych warowni.
Głównym bohaterem jest Flawiusz Feroks, obywatel rzymski pochodzący z brytyjskiego plemienia Sylurów (zamieszkiwali południową część współczesnej Walii). Feroks, którego przodkowie byli sylurskimi wodzami, obecnie jest centurionem w rzymskim legionie. Jednak nie stacjonuje razem z resztą swojej jednostki – został tzw. regionariusem, czyli dowódcą małej placówki. Jego podwładni byli niezłą zbieraniną; w znakomitej większości wylądowali tu nie z własnej woli, tylko dlatego, że w macierzystych jednostkach mieli ich dosyć.
Do zadań regionariusa należą też takie, które można określić mianem policyjnych. Jeśli cywilów spotka coś złego – porwanie, morderstwo – do akcji wkracza nasz bohater. Można by sądzić, że to kryminał w antycznej scenerii, zwłaszcza że bohater nieco przypomina detektywów pokroju Marlowe.
Miniaturowy garnizon budził się do życia, jeśli pominąć dowódcę, którego kwatera przylegała do tylnej części umocnień. Od trzech dób nikt centuriona nie widział, ostatni raz słyszano go zaś, gdy drugiego dnia zebrało mu się na pijackie śpiewy. Chłop wpadał w taki ciąg mniej więcej raz na miesiąc (...). Jak na legionowe zwyczaje centurio regionarius Flawiusz Feroks właściwie pił niewiele i swoje obowiązki wypełniał jak należy. (...)Feroks dowodził placówką od siedmiu lat i jakoś nic się nie działo – ani złego, ani w ogóle.
Każda z trzech części zaczyna się podobnie: jest przestępstwo, regionarius musi się nim zająć „Zajęcie się” bliższe jest klimatom westernowym niż detektywistycznym – szeryf Feroks z indiańskim pomocnikiem Windeksem (to dowódca zwiadowców, Bryt służący w rzymskiej armii) wyruszają na szlak tropiąc złych rewolwerowców (wcale nie rozrewolweryzowanych!).
Tylko za każdym razem okazuje się, że sprawa jest grubsza, ponad możliwości zwykłego centuriona. I zamiast kryminału/westernu dostajemy rzecz przygodowo-awanturniczą grubo podszytą polityką i działaniami wojskowymi. Choć te działania wojskowe też trochę przypominają armię USA wkraczającą na tereny indiańskie....
kolumna opuściła ziemie Egusa i wkroczyła na tereny innego wodza, Wenucjusza, który, jak fama niosła, nie zwykł patrzeć rozmówcom w oczy i słynął jako złodziej bydła.– Mówisz, jakby to miał być komplement – zauważył Kryspinus, wysłuchawszy Feroksowego opisu.– Bo w tych stronach tak jest.
W tomie pierwszym akcja toczy się na północ od granicy Imperium Romanum z celtyckimi barbarzyńcami, w drugim przenosimy się do Hibernii (to łacińska nazwa Irlandii), w trzecim mamy z kolei wydarzenia na południe od pogranicza.
No nie jest Goldsworthy literackim orłem – proste to językowo jak drut, fabuły proste, bohaterowie prości, raczej czarno-biali. Oczywiście jest główny przeciwnik, przewijający się z różnym natężeniem przez wszystkie części. Są romanse – znowu proste jak drut (spojrzeli na siebie i się zakochali). Jak spojrzymy na życie Feroksa, to było bardzo skomplikowane (po czym jeszcze się komplikuje), ale na jego psychikę wywarło to wpływ niewielki – ot, czasem zaleje robaka, po czym rano wstaje i rusza do roboty.
Wadą jest też napędzanie fabuły szczęśliwymi zbiegami okoliczności. W stylu: Siuksowie pojmali naszego szeryfa, stoi nieszczęśnik przywiązany do pala męczarni, czarownik bierze do ręki krzemienny nóż by mu uciąć to i owo, a tu nagle wpada amerykańska kawaleria na motocyklach. Skąd się wzięli? A penis wie, skąd się biorą motocykliści. W każdym razie, kowboj uratowany, Siuksowie uciekają, motocykliści palą gumy...
Ale nie jest tak, że powieść jest bez zalet.
Pozytyw pierwszy. Adrian Goldsworthy jest uznanym badaczem historii, szczególnie wojskowości starożytnego Rzymu. Popełnił był na ten temat masę książek naukowych i popularnonaukowych. Więc facet wie, o czym pisze. Ale się pożalę – lubię sam tropić nawiązania historyczne, a Goldsworthy popsuł mi zabawę dając na końcu obszerne wyjaśnienia. I jak ja mam teraz poudawać mądrego?
Pozytyw drugi. Miejsce akcji, trochę samograj. Bo północ Wielkiej Brytanii w tym okresie niewątpliwie jest klimatyczna – rzymski dziki zachód, kraina mgieł, deszczu, dzikiej jeszcze przyrody, tajemniczych Celtów z niedobitkami ich druidów (dyszących żądzą zemsty na Rzymie) i pojawiającymi się okrutnymi Germanami. Oryginalnych Rzymian co kot napłakał, mamy raczej „Rzymian” pokroju „Francuzów” z reprezentacji, którą dopiero co oglądaliśmy na mundialu, czyli Celtów, Germanów, także Traków a nawet azjatyckich Bitynów z obywatelstwem Imperium Romanum. Są pisarze, którzy nawet samograja popsują, ale Goldsworthy nie popsuł (przynajmniej w moich oczach).
Ten klimat został uwydatniony przez czerpanie nie tylko z rzymskich źródeł, lecz także z mitów, podań celtyckich. Przykładowo, jedna z bohaterek, królowa Brigita, wysoka wojowniczka – toż to istna bogini brytyjska Brigantia lub irlandzka Birigid. Imię obu tych bogiń (lub jednej, bo ich związek jest niejasny) pochodzi od celtyckiego słowa oznaczającego „wysoka”, wg rzymskich zapisków była odpowiednikiem rzymskiej Wiktorii (bogini zwycięstwa, czyli jednego z bóstw wojennych) lub Minerwy (bogini m.in. wojny). Znajdziemy też odpowiednik legendarnej wojowniczki Scáthach, która prowadziła coś w rodzaju szkoły dla wojowników i wojowniczek.
Jeszcze coś co mogło być zaletą, ale nie było – na początku jest trochę niezłego humoru, ale dość szybko się Goldsworthy z żartów wystrzelał.
Tłumacz doświadczony, przekładający także naukowe i popularnonaukowe książki tego autora, jednak chyba trochę zabrakło redakcji, stąd nieraz zatrzymywałem się w lekturze, żeby podumać o co w danym zdaniu chodzi. Przykład:
Feroks sparował wymierzone w niego pchnięcie, lecz musiał się cofnąć pod uderzeniem większej tarczy napastnika. Stojąca tuż obok matka, wytrzasnąwszy skądś własną – przypuszczalnie po którymś ze swych wychowanków – obróciła ją poziomo i rąbnęła go w nasadę nosa.
Pytanie: kim jest „go”, którego rąbnęła matka – Feroksem czy jego przeciwnikiem?
Tłumacz na mrugnięcie okiem do kobiety używa dość nieszczęśliwego określenia „puścić perskie oko”. Tak, kiedyś oznaczało to po prostu mrugnięcie okiem. Obecnie raczej używa się „puścił oko” bez dodatku, że perskie. Dlaczego? Bo perskie oko zyskało w potocznej mowie nowe znaczenie – ze słownika slangu miejskiego i mowy potocznej: Perskie oko – odbyt, dziura w dupie i przykład użycia: Zaraz Ci zapakuję w perskie oko!!!
Nie wiem czy to błąd tłumacza czy jakieś uproszczenie autora, ale scorpiones to nie „lekcy strzelcy”, lecz lekkie machiny wojenne – wizualnie przypominające dużą kuszę umieszczoną na konstrukcji (jeszcze większą „kuszą” była balista – skorpiona obsługiwał jeden żołnierz, a balistę aż ośmiu). W odniesieniu do renesansowego naśladownictwa, znalazłem określenie żołnierzy obsługujących skorpiony jako „scorpionarii” (co ma sens, bo obsługę balisty Rzymianie nazywali: ballistarii).
![]() |
| Współczesna rekonstrukcja skorpiona |
Na dziś cykl o Feroksie składa się z sześciu tomów, zdaje się, że to dwie trylogie – Rebis wydał pierwszą, a drugiej chyba nie zamierza; w każdym razie tom trzeci wyszedł półtora roku temu (w lutym 2025), w katalogu na 2026 nie ma tomu czwartego. Na pytania zadawane w socmediach o ciąg dalszy, wydawca nie odpowiada (wysłałem pytanie do działu marketingu Rebisu – przyjdzie odpowiedź, to wstawię). Niestety, zostawia nas to z mnóstwem pytań i niedokończonych wątków.
Nie są to książki z gatunku „koniecznie czytać”, ale na pewno „można czytać”. Niewiele chyba jest przygodówek z akcją w starożytnym Imperium Romanum napisanych przez profesjonalnego historyka (czyli takiego, który nie irytuje np. każąc starożytnym Rzymianom żreć kukurydzę – a tak uczynił Anthony Riches; do tego literacko jest od kukurydzowców sprawniejszy). Mocna szóstka.
OCENA: 6/10.
A. Goldsworthy, Vindolanda, t. 1: Vindolanda, tłum. J. Szczepański, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2024, stron: 472.
A. Goldsworthy, Vindolanda, t. 2: Złowrogie morze, tłum. J. Szczepański, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2024, stron: 392.
A. Goldsworthy, Vindolanda, t. 3: Brigantia, tłum. J. Szczepański, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2025, stron: 448.
Zob. też:


Dostałem odpowiedź z Rebisu:
OdpowiedzUsuń"Nie mamy w planach wydania trylogii CITY OF VICTORY.
Niestety popularność historycznych książek Autora nie przełożyła się na zainteresowanie Czytelników jego powieściami".