Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Mike Carey, Mój własny diabeł

spotkanie z duchami bywa doświadczeniem wysoce destruktywnym dla umysłu, a czasem i bielizny.

Urban fantasy w klimacie kryminału noir. Bardzo wtórny, choć sprawnie napisany fast food.


Mike Carey bardziej znany jest jako komiksowy scenarzysta. I na tym gruncie popełnił coś podobnego, w latach 2002-2006 był scenarzystą serii Hellblazer, której głównym bohaterem jest angielski egzorcysta John Constantine.

Nad Moim własnym diabłem zaczął pracować pewnie pod koniec współpracy przy Hellblazerze, bo oryginalnie powieść ukazała się wiosną 2006 roku. I chyba ten komiks odcisnął swoje piętno, choć bardziej – moim okiem – widoczne są wpływy innego cyklu urban fantasy: Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera.

Akta Dresdena czytałem, przerobiłem bodajże pięć tomów, do tego obejrzałem serial, ale nic tu nie pisałem. Dlaczego? Rzecz prosta: od razu nie miałem czasu, a po jakimś tygodniu już niewiele pamiętałem – szybko z głowy ulatuje i właściwie słusznie, bo to jak zjedzenie hot doga pod stacją Orlenu, może nawet smakować, ale nie ma powodu, żeby to utrwalać w pamięci.

Ta sama sytuacja jest z Moim własnym diabłem. Podczas lektury miałem wrażenie, że czytam jakiś fanfik – napisany na poziomie porównywalnym z pierwowzorem – do Dresdena. Ten sam bohater, tylko nazwisko inne, niektóre rozwiązania fabularne wręcz na pograniczu plagiatu. Tyle że świat Butchera jest bogatszy w magiczne istoty (chyba, bo pamiętam niewiele). Zdaje się, że Carey zna też cykl Prywatny detektyw Garrett Glena Cooka, a w każdym razie jeden z bohaterów Mojego własnego diabła (Nicky) przypomina Truposza z cyklu Cooka, zarówno rolą, jaką odgrywa, jak i... powiedzmy, że stanem egzystencji.

Jak pisałem, jest to utrzymane w klimacie kryminału noir, więc główny bohater – Felix Castor, niby egzorcysta, ale de facto także detektyw, musi być potomkiem Philipa Marlowe z książek Raymonda Chandlera. Czyli musi być trochę cynicznym pijakiem i samotnikiem (choć kobiety do niego lgną), co chwila wpadającym w problemy finansowe. Aktualnie ma te problemy, więc mieszka kątem u znajomej, a w biurze pojawia się sporadycznie, żeby nie czytać masy wezwań do zapłaty. Musi być trochę czarnego humoru, choć bez przesady i raczej nie takiego, żebyście rechotali. No nic nowego.

Pozostali bohaterowie może nie są wybitnie głębocy, ale są zarysowani całkiem przyzwoicie. Mają na tyle osobowości, żeby było ich łatwo zapamiętać.

Okładki audiobooków

Uniwersum dość interesujące. Historia alternatywna: z jakiegoś tam powodu, gdzieś od przełomu wieków XX i XXI, na świecie (ograniczonym powieściowo do Londynu) zaczęły się pojawiać masowo duchy i inne takie tam – zombie, łaki, demony. Zjawisko stało się na tyle powszechne, że wywołało debaty polityczne (oczywiście z zachwyconą, jak zwykle, lewicą).

rząd – nowa Partia Pracy (...) wygłosił kilka ostrożnych stwierdzeń na temat prawnego uznania umarłych. W tym momencie torysi wskazali drżącymi palcami prawo dziedziczenia. Jak miało działać, gdyby się okazało, że majątek można zabrać ze sobą do grobu? A co ze sprawami kryminalnymi? Czy zmarły może świadczyć przeciw swojemu mordercy albo sam stanąć przed sądem? A jeśli zostanie uznany za winnego? Jak, do diabła, można go ukarać? I tak dalej, i tak dalej. I oczywiście zajęto się także moją profesją. Gdyby martwi mieli prawa, można założyć, że jednym z nich byłoby prawo do nieodesłania w otchłań (...).

Ciekawostka z francuskiej recenzji tomu trzeciego (bo we Francji wydano tylko drugi i trzeci): Wszechświat Castora jest przesiąknięty atmosferą schyłku brytyjskiej cywilizacji (...) [Brytyjczycy są] starym narodem, którego dobre dni są już tylko odległym wspomnieniem – jakbym czytał o współczesnym Londynie i wcale Anglicy nie potrzebowali duchów i zombiaków, sami zniszczyli swój kraj. Ale to dygresja na marginesie.

Świat ciekawy, jednak zaprezentowany trochę „płasko” – widzimy tyle, ile jest konieczne do rozwoju akcji.

Ciekawostka numer dwa: Castor pracujący z duchami i innymi takimi tam, jest... ateistą. Jak mu się to spina w czaszce, to już sobie doczytacie.

Magiczne istoty są tolerowane pod warunkiem, że nie robią kuku żywym. A jeśli robią, to do akcji wkracza właśnie Felix Castor. W powieści zostaje wynajęty do wypędzenia ducha, który nie tylko nawiedza pewne archiwum, lecz także zaatakował i poranił pracownika. Sprawa niby prosta, jednak Castor jest także detektywem, więc zaczyna drążyć co też tego biednego ducha nakręciło do przemocy. Z nieznanych (początkowo) powodów naszym bohaterem zainteresował się także znaczący gangster, właściciel kilku przybytków, w których pracują niewiasty trudniące się nierządem.

Akcja kryminalna nawet sensowna. Choć, tu uprzedzam, powieść jest dość brutalna (acz bez przesady, czytałem gorsze).

Mój własny diabeł jest powieścią wtórną, trudno ją nazwać dobrą, ale jest wciągająca i jako rozrywka się sprawdza – ot, standardowy, sprawnie napisany kryminał. Tyle że tu mam bonus w postaci przyzwoicie wykreowanego świata fantastycznego – właśnie to mnie przyciąga do takich powieści, bo „normalne” kryminały czytam rzadko. W cykl o Felixie Castorze pewnie będę brnął – w Polsce wydano niemal cały (pięć tomów z sześciu, z tym że szósty, napisany po latach, wydany w 2023 roku, to mikorpowieść) – tym bardziej że część trzecia ma wysokie oceny, więc może poziom idzie w górę.

Jeśli lubicie Akta Harry'ego Dresdena, to jest bardzo prawdopodobne, że i Mój własny diabeł Wam się spodoba (i vice versa: jeśli nie lubicie Dresdena, to i Castor zapewne Was odrzuci).

OCENA: 6/10.

M. Carey, Felix Castor, t. 1: Mój własny diabeł, tłum. P. Braiter, wydawnictwo Mag, Warszawa 2008, stron: 416.

Zob. też:

Magiczny Londyn:

4 komentarze:

  1. Dzięki, może zrobię drugie podejście, bo audiobook mi nie siadł, a Dresdena lubię, ale jako "giltipleżer", bo zazwyczaj nie trawię narracji pierwszoosobowej (wyjątek: Robin Hobb i jej trylogię o skrytobójcy bardzo dobrze wspominam), a tu nie dość, że jest męcząca, to jeszcze on jak nie jęczy, jaki to biedny, to w kółko opowiada, skąd ma kota i jaki to on nie jest. Świat bogaty, ale zasady, na jakich on czarował, nie spinały mi się. O! Jęczał zupełnie jak Mordimer u Piekary.
    Piszę też, bo wyżalić się chciałem, a bloga ani fanpejdża nie prowadzę. Po latach zbierania udało mi się skompletować Koło Czasu Jordana, niestety przedostatni tom z nowego wydania. Czytam to już od maja zeszłego roku i pomijając długość, fabułę i jakość tego dzieła, to to, co Zysk odstawił w tym nowym wydaniu, to woła o pomstę do nieba. A akurat czytam ten ostatni tom, wydanie twardookładkowe, ładne, w miarę lekkie jak na te tysiąc sto i coś stron. Pomijam, co zrobili zmieniający się tłumacze, bo ręce opadają, ale w nowym wydaniu, żeby w niektórych rozdziałach literówki były w co drugim zdaniu? Czy Word w 2024r nie podkreśla już błędów na czerwono? Poprzekręcane imiona postaci, o odmianie przez przypadki to grono redaktorskie plus tłumacz ostatni raz słyszało chyba w podstawówce i dobrych ocen żadne z nich raczej nie miało. To w nowym wydaniu z ceną okładkową 99.90 zł. Może mam się cieszyć, bo dwa tomy wcześniej miałem uparcie "yellow " przekładane na "zielona", tyle że to w starym wydaniu. Przyjemności z czytania mam minimalną ilość. Wydawnictwo powinno za takie coś odpowiadać karnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dresdena jakoś mi się czytało, ale nie brnę dalej, bo najzwyczajniej nic nie pamiętam z tych tomów, które już przerobiłem; ale się zastanawiam - nowsze części pewnie nie wymagają znajomości starszych, więc może kiedyś wrócę.

      O Kole czasu nie ma nic do powiedzenia, bo dwa razy próbowałem się z tym mierzyć i dwa razy zatarłem się z czytaniem albo na t. 5: "Ognie niebios", albo t. 6: "Triumf chaosu" (nie pamiętam już dokładnie na którym). Po prostu Jordan z laniem wody przekroczył granice tego, co dla mnie akceptowalne. I czytałem w wydaniu pierwszym (tym, w którym Zysk dla zysku dzielił tomy na dwa woluminy), więc o najnowszym wydaniu nie mam nic do powiedzenia.

      Zastanawiałem się czy nie wrócić do tego cyklu, bo podobno Sanderson spisał się nieźle, ale jak pomyślę, że miałby znowu brnąć przez wodolejstwo Jordana, to mi się odechciewa.

      Usuń
  2. Muszę cię zmartwić, Dresdena lepiej czytać od początku, bo potem, mimo licznych przypomnień, będziesz mieć kłopot z ogarnięciem. Też mu się ich tam namnożyło.
    W Kole wodolejstwo to podstawa! Nic się nie zmieniło wraz z Sandersonem, dalej ciągnie niepotrzebne wątki i wprowadza nowych bohaterów. Jedyną pozytywną wprowadzoną zmianą to znaczne skrócenie długości rozdziałów, czym ogarnia większą ilość tego "robactwa" na tom. Jeszcze mi jeden został i jak światotwórczo mi się bardzo podoba, dłużyzny akurat nie przeszkadzały, bo ładnie rozbudowywały ten świat, to od 10 tomu przekładu Ewy Wojtczak zaczął się dramat, nowe wydanie też tłumaczyła i pewnie też go nie poprawili, jak pozostałe. Półtora miesiąca po kilka kartek czytałem, bo muszę uważać na ciśnienie i nic kompletnie z niego nie pamiętam, a niby coś się tam działo. Potem Jan Karłowski spisał się niewiele lepiej.
    Nie warto wydawać na to pieniędzy, póki nie wyjdzie, a wątpię, wydanie poprawione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że obecne wydanie Jordana jest ostatnim w Polsce. Zysk to zaczął wydawać, bo serial, myśleli, że będzie Eldorado, a tu najpierw serial miał opóźnienie (chyba przez COVID), a potem Amazon go anulował i tyle. I Zysk został z tym Jordanem jak Himilsbach z angielskim.

      Nie sądzę, żeby "Koło czasu" miało jakąś rewelacyjną sprzedaż - to przeciętne (ale nie w stylu grafomana Kristoffa, czyli lekko i przyjemnie, tylko masa zamulacza), klasyczne fantasy (takie powieści chyba w ogóle wychodzą z mody), a na dodatek z "Nową wiosną" to piętnaście tomów (Andrzej Miszkurka z Maga twierdzi, że z każdym tomem znacząco zmniejsza się sprzedaż). I tak jestem zdziwiony, że Zysk wydał w całości, bo to akurat firma znana z przerywania cykli.

      Swoją drogą, nie rozumiem czemu Amazon ukatrupił "Koło czasu", które było średnim, ale strawnym serialem, a nie "Pierścienie Władzy", które są beznadziejne - gdzieś czytałem, że "Pierścienie" miały nieznacznie większą widownię, ale są też serialem znacznie droższym, więc pewnie bilans wychodzi podobnie. Być może Amazon "Pierścienie" traktuje ambicjonalnie.

      Usuń