Łączna liczba wyświetleń

piątek, 1 września 2017

Dariusz Rosiak, Biało-czerwony, Tajemnica Sat-Okha

Przez te wszystkie lata znałem dwie osoby: Stanisława Supłatowicza i Sat-Okha. O Supłatowiczu nigdy nie dam złego słowa powiedzieć. Wspaniały, życzliwy, gościnny, ostatnią koszulę ci oddał, jeśli potrzebowałeś. (...) Ale oprócz Stanisława Supłatowicza był jeszcze Sat-Okh – kawał gnoja i sukinsyna, geniusz manipulacji. Dwie osoby w jednym ciele. (Biało-czerwony, str. 148).


Najpierw krótko o bohaterze książki – Stanisławie Supłatowiczu vel Sat-Okhu (głównie za Wikipedią):
Sat-Okh, wg własnych relacji, urodził się w osadzie Indian w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie. Był synem polskiej uciekinierki z Syberii Stanisławy Supłatowicz oraz wojennego wodza plemienia Szaunisów (Szawanezów) Leoo-Karko-Ono-Ma (Wysokiego Orła). Miał starsze rodzeństwo – brata i siostrę.
W 1937 lub 1938 roku przybył wraz z matką do Polski. Podczas przybycia do Polski jedynym dokumentem, jaki miał, była karta zaokrętowania. Spowodowało to konieczność stworzenia Sat-Okhowi metryki, w której jego matka zmieniła część danych, ukrywając indiańskie pochodzenie. W tworzonej dokumentacji jako miejsce urodzenia wpisano Aleksiejewkę w Rosji, rok urodzenia zmieniono na 1925, a jako ojca wpisano Leona Supłatowicza, pierwszego męża matki. Po nim otrzymał także nazwisko, zaś na imię wybrano męską formę imienia matki – Stanisław.
Zamieszkał w Radomiu. Po klęsce polskiej armii w czasie wojny obronnej Sat-Okh podjął naukę na tajnych kompletach oraz zaangażował się w działalność w SZP i ZWZ. W 1940 roku został aresztowany przez gestapo i skierowany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, jednak podczas transportu do obozu wyskoczył z wagonu bydlęcego i uciekł. W czasie ucieczki został ranny, ukrywał się na wsi. Następnie został żołnierzem Armii Krajowej (ps. „Kozak”), walczył w III batalionie 72 pułku piechoty AK w rejonie Częstochowy, w Okręgu AK „Jodła”. Wielokrotnie ranny, za męstwo w walce odznaczony Krzyżem Walecznych.
Dawno, dawno temu, jeszcze w podstawówce przeczytałem dwie książki Sat-Okha: Ziemię Słonych Skał i Białego mustanga. Wiele lat później wpadły mi w ręce kolejne: Serce Chippewaya i Walczący Lenapa. Byłem nieco zaskoczony, bo te późniejsze dzieła były znacznie słabsze, wręcz sprawiały wrażenie napisanych przez inną osobę. Ale jakoś nie rozmyślałem nad tym długo, ot doszedłem do wniosku, że widocznie z wiekiem wzrosły moje wymagania i stąd takie odczucia.

Po latach dowiedziałem się, że pojawiają się głosy kwestionujące biografię Sat-Okha, w tym i tę najważniejszą część, czyli jego indiańskie pochodzenie. Jeszcze później przeczytałem pracę magisterską Katarzyny Krępulec, Stanisław Supłatowicz. Niezwykła biografia Sat Okha, czyli jak się zostaje legendą (dostępna cyfrowo, wystarczy wrzucić tytuł w google). Autorka – nie badając zresztą wnikliwie wszystkich elementów – przyznaje jednak rację Supłatowiczowi, „rozprawia” się z kwestionującymi jego indiańskość.

Kiedy zobaczyłem w zapowiedziach wydawnictwa Czarne książkę Dariusza Rosiaka, zamówiłem od razu. Miałem nadzieję, że doświadczony dziennikarz zbada to, co zaniechała Katarzyna Krępulec (w części jej zaniechania są zrozumiałe – trudno wyprawiać się do Rosji czy Kanady, by zbierać materiały do pracy magisterskiej). Czy Dariusz Rosiak spełnił moje oczekiwania? 

W znacznej mierze, ale nie w pełni. Przede wszystkim liczyłem na coś nieco innego, coś co zapowiadał tytuł: próbę rozwikłania tajemnic Sat-Okha. A książka, niestety, sprawia wrażenie, jakby jej autor nie do końca wiedział co chce napisać: reportaż śledczy o tajemnicach Supłatowicza, czy może książkę o jego wpływie na innych ludzi. To drugie akurat niespecjalnie mnie interesuje, więc... No i oczekiwałem jakiejś, choćby minimalnej, znajomości warsztatu historyka (bo to jednak temat historyczny). Dariusz Rosiak jest niezłym dziennikarzem, ale historykiem nie.

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem część 3 – o pisarzach tworzących pod szyldem Sat-Okha, rosyjskiej „siostrze” i jego książkach, które ukazały się tylko w języku rosyjskim (Sat-Okh nie zgadzał się na ich przetłumaczenie na polski). I tu dowiedziałem się, że moje wrażenia co do różnicy poziomów między Ziemią Słonych Skał i Białym mustangiem a Sercem Chippewaya i Walczącym Lenapą są całkowicie uzasadnione – te pierwsze napisał (pomagał napisać?) Jerzy Broszkiewicz, a te drugie albo sam Sat-Okh, albo we współpracy z kolejnym, nieznanym pisarzem widmo (jak ich określa Dariusz Rosiak).

W pozostałych częściach jest za dużo „zamulacza”. Przykładowo, na str. 23-39, 81-85 i 100-101 – dostajemy długi stenogram z jakiegoś nagrania, z kolei na stronach 113-116 niepublikowane wcześniej opowiadanie Sat-Okha. Opinia jest jak d..., każdy ma swoją, a moja jest taka, że tego typu materiały powinny znaleźć się na końcu, jako aneksy, a w głównym tekście co najwyżej jakieś wyrywki mające znaczenie dla poszczególnych problemów. Tak samo raczej mnie znudziły, niż zaciekawiły opisy życia Indian z plemienia Mohawk, czy to w latach sześćdziesiątych, czy obecnie. Zaprawdę, nie wiem jaki związek z Sat-Okhem ma brak lęku wysokości u członków tegoż plemienia czy polityczne poglądy Stuarta...

Dariusz Rosiak należy do tych, którzy uważają Sat-Okha za mitomana. I przedstawił argumenty, z którymi trudno polemizować. Ale zabrakło mi wytłumaczenia kilku wątpliwości, które akurat można bardzo prosto wyjaśnić.

Przykład? Proszę bardzo – język. Sat-Okh używał w swoich książkach całkiem sporo słów, które niby pochodzą z języka Szawanezów. Jaki to problem w XXI wieku zweryfikować czy rzeczywiście to język szawanezki? Jeśli nie, to mamy Sat-Okha „zakopanego”. A jeśli tak, to albo trzeba uznać, że mówił/pisał prawdę, albo znaleźć objaśnienie, jakim cudem chłopak z polskiej prowincji przed 1958 rokiem (wtedy ukazała się Ziemia Słonych Skał) mógł się nauczyć języka niezbyt licznego ludu (obecnie żyje kilkanaście tysięcy Szawanezów, a językiem ojczystym porozumiewa się zaledwie dwustu z nich)*.

Sat-Okh (z prawej) i jego rzekomy szwagier Don Eagle z plemienia Mohawków.
Informacje o pochodzeniu żony Dona Eagle (była białą dziewczyną z Florydy)
autor czerpie z drugiej ręki, choć pewnie żyją jeszcze jej dzieci, może rodzeństwo

Co do języka znalazłem coś na rosyjskim blogu – autor twierdzi, że słownictwo indiańskie Sat-Okha jest algonkińskie (do tej rodziny językowej należą Szawanezi), ale nie szawanezkie. Ale to tylko ot tak sobie rzucona jednozdaniowa wypowiedź, a kompetencje jej autora są mi nieznane.

Takich wątpliwości, których nawet nie próbował wyjaśnić Dariusz Rosiak, jest więcej.

Do tego odnoszę wrażenie, że książka była pisana w pośpiechu, bo pewne fragmenty są mało precyzyjne i nieco chaotyczne.  Przykładowo, na stronach 79-80 autor opisuje swoje kontakty z córką Sat-Okha. Podaje, że obiecała mu przysłać mailem skany czy zdjęcia pewnych dokumentów, w tym legitymacji poświadczającej przynależność Sat-Okha do plemienia Szawanezów. I dalej czytamy, że po kilku dniach mail przychodzi, Wraz ze zdjęciem jej matki, pierwszej żony Sat-Okha... No a legitymacja była czy nie? O jakieś legitymacji autor pisze na stronie 189, ale czy to o tę właśnie legitymację chodzi? Bo jeśli Sat-Okh był mitomanem, to mógł mieć ich i dziesięć.

Podsumowując – jestem i zadowolony (bo dowiedziałem się sporo o Sat-Okhu a jego tajemnice w znacznej mierze zrobiły się mniej tajemnicze) i nieco rozczarowany (wolałbym konkretne opracowanie naukowe czy popularnonaukowe, od reportażu).

PRZYPIS
* Bo raczej algonkińskich języków nie znał Jerzy Broszkiewicz, współtworzący Ziemię Słonych Skał – w samodzielnej twórczości Broszkiewicza jakoś nie widać zainteresowania tematyką indiańską

OCENA: 7/10.

D. Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, stron: 272.



Druga moja notka:
Jeszcze o książce Rosiaka i Sat-Okhu

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:


41 komentarzy:

  1. Dość kontrowersyjny i nie za często obiektywny bloger i pisarz G. Maciejewski ( Corryllus) ma też swoje zdanie o tym "półindianinie"

    papug.pl/polski-indianin-czyli-balon-pelen-fikcji/
    Osobiście pamiętam tego gościa z programów dla dzieci i młodzieży ,w latach 70-tych był z pewnością jakimś tam "oryginałem" , w każdym razie samo to ,że umożliwiono mu występy w TV wskazuje ,że został wykorzystany dla krzewienia uniwersalnych wartości w stylu popularnej też wtedy "niewidzialnej ręki"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż... Tak szczerze, to Corryllus wypisuje głównie swoje fantazje, a głównym źródłem jego wywodów jest ssanie paluchów. Przykładowo, kwestionuje działalność Sat-Okha w AK, a ta jest dobrze poświadczona. Dalej pisze:

      >>Nie ma możliwości, by kobieta, nawet w towarzystwie kilku mężczyzn przepłynęła czółnem cieśninę Beringa.<<

      Tymczasem Supłatowicz twierdził, że to nie była Europejka + kilka Europejczyków, tylko jeszcze tam byli jeszcze Czukcze, czyli miejscowi, radzący sobie z takimi podróżami.

      Tak że o ile zgadzam się z Rosiakiem, że Sat-Okh indiańską przeszłość sobie wymyślił, o tyle wywody Corryllusa są niewarte lektury.

      Usuń
  2. Jeśli zgadzamy się z tym ,że "indiańska przeszłość" jest fikcją , to siłą rzeczy nie było też żadnej przeprawy do Kanady , felieton Corryllusa miał tu być jedynie jednym z głosów w tej sprawie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale tu chodzi o rzetelność - jak się z czymś polemizuje, to się nie "przykrawa" informacji i argumentów tak, żeby ułatwić sobie polemikę. To oczywiście nic nie zmienia w sprawia Sat-Okha, ale to taka moja opinia o pisarczykowstwie Corryllusa. Parę lat temu przeczytałem na Salon24 jakiś jego artykulik, na inny co prawda temat, ale z takim samym manipulowaniem. Wytknąłem mu ileś tego typu zabiegów, na co oczywiście dyskusji nie podjął, mój post usunął i zablokował mi możliwość komentowania. A z tego co wiem, nie tylko ze mną tak załatwił sprawę. Cóż, jak to mawiał Wałęsa: "Stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki" :D

      Usuń
  3. A ja nie przyjmuję do wiadomości, że indiańska przeszłość to fikcja. Mam do Sat-Okha ogromny sentyment i nie chcę rujnować sobie tego pięknego obrazka :P Ale książkę chcę przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zastanawia przede wszystkim jak udawało się tę fikcję utrzymać tyle lat. Przecież w latach 50, 60, 70 musiało być wiele osób znających Sat-Okha z dzieciństwa.

      Usuń
    2. Nie było wtedy internetów. Przy czym osoby znające go z dzieciństwa mogły nie wiedzieć, że udaje Indianina.
      I nie on pierwszy. Przed nim był przecież Archibald Belaney, znany jako Szara Sowa, rzekomy syn Indianki, autor książek. Był popularny w latach trzydziestych XX wieku, również w Polsce. Udawało mu się utrzymywać fikcję przez trzydzieści lat.

      Usuń
    3. Tak, ale Sat-Okh był bardzo popularną postacią - pisały gazety, pokazywała telewizornia, a jego książka była lekturą (Ziemia Słonych Skał). Mam wydanie Ziemi z początku lat 70. z tyłu jest jego zdjęcie i polskie nazwisko. To było kłamstwo publiczne (bo "prywatne" wcześniej) od 1958 toku (I wydanie Ziemi) i do 1997 roku (pierwszy artykuł Ryszkowskiego) nie wzbudzało wątpliwości. Prawie 40 lat!

      Lata 58-97 to nie była era furmanki i gazet lokalnych, to era silnej prasy, radia i telewizji.

      To przez 40 lat nie znalazł się nikt, kto by powiedział: "Hola, ja znam go z dzieciństwa, taki z niego Indianin jak z koziej dupy trąbka?" :D Przecież on nie pochodził z jakiejś dziury kresowej, przejętej przez ZSRR - pochodził ze sporego miasta Radomia (w 39 roku ponad 85 tysięcy mieszkańców - po wojennych stratach, w 46 roku było to 70 tysięcy).

      Usuń
    4. Szara Sowa to też był celebryta (no, telewizji nie było, to fakt), pochodził z Hastings, wyniósł się do Kanady jako człowiek dorosły, czas jakiś mieszkał w Toronto, mnóstwo ludzi wiedziało, jaki z niego "Indianin". Był tak pewny siebie, że w czasie tournée po Wielkiej Brytanii już jako Szara Sowa w stroju indiańskim pojawił się w rodzinnym Hastings, promując swoje książki!

      Usuń
    5. Szara Sowa z innego kraju pochodził (Anglia), a w innym budował swoją legendę (Kanada). Przy czym w Kanadzie pojawił się jako już 18-latek. Natomiast kiedy tylko pojawił się w Anglii, został zdemaskowany jako oszust.

      No i jednak czas jego "indiańskiej" działalności (1906-1938) jest nieco inny niż Sat-Okha (1958-2003). To w mediach przepaść.

      Usuń
    6. Niewątpliwie przepaść w rozwoju mediów. Pytanie tylko, gdzie się Sat Okh urodził, gdzie spędził pierwsze lata życia, no i pytanie, czy ludzie, którzy go znali mieli chęć i możliwość go zdemaskować. Ciekawa jest sprawa jego edukacji - mętlik okrutny.
      Może ta "indiańskość" Sat Okha zaczęła się od zrodzonego za wczesnego Gomułki niezbyt mądrego pomysłu na emigrację?

      Usuń
    7. Jego koledzy z AK wspominali, że był "Indianinem" już w czasie wojny (autor książki do nich nie dotarł, ale są wypowiedzi w filmie "Wojownik z urodzenia"). I to jest dla mnie jeden ze zgrzytów - bo z ich wspomnień wynika, że był świetnym myśliwym, tropicielem, świetnie jeździł konno i ogólnie był "człowiekiem lasu". No skąd takie umiejętności u chłopaka z Radomia (wg różnych źródeł urodził się między 1920 a 1925 - w AK na pewno był w 41, czyli miał 16-21 lat)?

      Hmmm, kiedy wrócił do Polski... Sam podawał bardzo różnie - od 1928 do 1938. Tego nie da się logicznie wyjaśnić nawet biorąc pod uwagę inną miarę przykładaną do czasu przez Indian.

      A może poprosić jego dzieci o próbki do badań DNA? :D

      Usuń
    8. Nie rujnujcie mi dzieciństwa :P

      Usuń
    9. Może nie był z Radomia? Kombatanckie opowieści też warto weryfikować.
      A nóż widelec kiedyś jakiś historyk obeznany też z etnografią zabierze się za biografię Sat Okha. Jednak przypuszczam, że wątpię.

      Usuń
    10. Kasia, ale dzieci na pewno są z Bullerbyn, a Ania z Avonlea :D

      Usuń
    11. Sattivasa
      Sat-Okh na pewno przed wojną mieszkał w Radomiu.

      Usuń
    12. Jak długo mieszkał w Radomiu? Jeśli zjawił się tam w roku 1928, ukończył rzeczywiście 7 klas szkoły powszechnej i 2 lata gimnazjum, to rzeczywiście sporo ludzi musiało go znać. Jeśli pojawił się późno, w roku 1935 czy 1938, to już niekoniecznie musieli pamiętać jego nazwisko w roku 1958 czy jeszcze później, kiedy pojawił się w telewizyjnych programach dla dzieci i młodzieży.
      Obecnie raczej nie da się dotrzeć do jego rówieśników, kolegów z podwórka czy szkoły (choć to teoretycznie możliwe), pozostaje tylko badanie zasobów archiwalnych.

      Usuń
    13. A któż to wie, kiedy on się zjawił w Radomiu... Rosiak dotarł do kuzynki Sat-Okha, ale coś słabo ją "przydusił" :D

      Usuń
    14. Wygladał jak Biały i opowiadał niesamowite bzdury.Byłem w USA i wiem jak wyglądają Indianie oraz Metysi.Oni mają ciemnobrązową skórę taką jak np.Mulat,kruczoczarne włosy i czarne jak węgle oczy.Czy nie widzieliście nigdy Peruwiańczyków grających na ulicy?Tak wyglada Indianin.Ponadto jak to już wielu słusznie zauważyło Szaunisów nigdy nie było w Kanadzie tylko w USA i to od pewnego momentu nawet na południu j.w Oklahomie.Ponadto nie mieli nic wspólnego z plemieniem Tlingit o czym nie wie pani Krępulec.

      Usuń
    15. Jego rówieśnicy bardzo dobrze pamiętają jak dorastał razem z nimi w Radomiu i chodził do tej samej szkoły.Ponadto zachowały się dokumenty świadczące o tym gdzie się urodził,dorastał i kształcił .

      Usuń
  4. A to jeden z własnoręcznych życiorysów Stanisława Supłatowicza (z 1949 r.):

    Ja bosmat zaw. Stanisław Supłatowicz syn Leona. Urodziłem się 15-IV-1925 w Aleksiejewsku, pow. Irkucki. Zawód cywilny uczeń gimnazjum humanistycznego. Zawód ojca majster garbarski zesłany wraz z matką na Sybir za udział w »5 bojówkach«. Ojciec mój zaginął na Syberii a ja wraz z matką wruciłem do Polski w 1935 roku. Matka moja kierowała się nostalgią za Ojczyzną i chęcią pomocy dla niej. Po powrocie do kraju matka moja zapisała się do P.P.S. gdzie i teraz po wojnie należała. Do szkoły powszechnej chodziłem w Radomiu, gdzie mi utrudniali naukę i przezywali »Bolszewikiem«.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na rok 1949 - życiorys całkiem, całkiem. Jest Sybir, tradycja walk o wyzwolenie narodowe i społeczne, elementy prześladowania za rządów sanacyjnych. Ciekawe, co się kryje za tym zaginięciem ojca na Syberii.
      Uważam, że i tak nie jest to najciekawszy jego życiorys. Najlepszy jest ten z roku 1959, gdzie jednym tchem jako miejsce narodzin wskazuje Czukotkę, a jako ojca Indianina Shawnee.


      Usuń
    2. Dla mnie najciekawsza była sprawa jego rosyjskiej "siostry", bo o tym wcześniej pojęcia nie miałem.

      Jak się ogląda "Wojownika z urodzenia" to trochę widać, jak Sat-Okh na bieżąco budował swoją biografię. Jednym z zarzutów przeciwko niemu było to, że Szaunisów nie było w Kanadzie. Autor filmu - Klaudiusz Jankowski - dotarł do informacji, że (przedstawię to słowami Katarzyny Krępulec - str. 84):

      >> był odłam Shawnee, który uwięzili Sioux'owie, a u nich nazywał się Shawala. Później znaleźli się u Hunkpapów w grupie Siedzącego Byka, która wyemigrowala do Kanady <<.

      I Sat-Okh natychmiast się przypisał do owych Shawala (wypowiedź z filmu "Wojownik z urodzenia").

      Inna rzecz, że tej informacji Rosiak nie weryfikował.

      Usuń
    3. Shawala są jednym z klanów Siuksów Brule.Nie mają nic wspólnego z Szaunisami.Siuksowie i Szaunisi nigdy się ze sobą nie zetknęli.Żyli w dwóch różnych końcach obecnego USA.

      Usuń

  5. W ksiażce Rosiaka "Bialo -Czerwony" nie ma ani słowa o tym,ze Mohawkowie sa genetycznie tak uwarunkowani ,ze maj NISKO UMIEJSCOWIONY SRODEK CIEZKOSCI co ma wpływ na zachowanie rownowagi podobnie jak niscy ,krepi pilkarze np.Mardona co pozwala im sie latwiej utrzymac na nogach bedac atakowanym przez przeciwnika. Rozumiem ze to wrodzona dociekliwość i ciekawosc palaca zmusily autora do napisania tego reportazu,ciekawego skadinad.Brakowaalo mi jednk zdjec rzekomych lub prawdziwych Indianskich krewnych Satha, jego prac rysunków,ze zlotow PTPI, tak,zeby zarazic "indaińśkim bakcylem" kolejnych...Jak spiewa Gurek z Indios Bravos:" Jestes tym co potrafisz,jestes tym kim byc chcesz".Sath chciał być Indianinem i nim BYŁ.Cześć Jego pamięci.Hugh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, nie da się ukryć - był, kim chciał być. Tylko - patrząc na jego rodzinę - nie był tym, kim być powinien.

      Usuń
  6. A ja właśnie skończyłam książkę Rosiaka i jestem pod wrażeniem. Dobra robota dziennikarska, połknęłam ją jednym tchem.
    Od siebie mogę dodać, że kilkanaście lat temu pisałam do "Czwartego Wymiaru" duży materiał o Leszku Michaliku, "Indianinie" ze Sztumu. Byłam u niego, rozmawialiśmy, oczywiście, pytałam o Sat Okh, a wtedy Michalik jakoś tak dziwnie zamilkł. Tak jakoś oskarżająco zamilkł. Później dowiedziałam się, że Michalik był jednym z ghostwriter'ów Sat Okha i że w ogóle byla tam jakaś wielka afera związana z wydaniem ich wspólnej (?) książki. Tyle wiem z innych źródeł.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrzę na tę książkę i jako historyk, i jako dziennikarz. I jedno, i drugie oko widzą niedoróbki :D

      Usuń
  7. Weźcie przestańcie z tym Coryllusem. To jest gorszy oszust niż Sat-Okh, bo ten ostatni to przynajmniej mnóstwie dzieciaków życie ubarwił, a Coryllus oszukuje zmyśleniami dorosłych ludzi i do reszty psuje tak zwane "życie umysłowe" w tym kraju. Lepsi ode mnie dawno to już wypunktowali. Na przykład tu:

    http://kompromitacje.blogspot.com/2012/10/maciejewski01.html

    Jest tego aż dziesięć odcinków, ale za to na rzadko spotykanym w internetach poziomie szczegółowości. Jak dla mnie to Coryllus po tym jest skończony.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie ta książka to jedno wielkie rozczarowanie. Nie wiem, co Rosiak chciał osiągnąć i mam wrażenie, że on sam też nie wiedział. I wyszło z tego takie... coś. Całość jest chaotyczna, bez polotu i tak naprawdę niczego jednoznacznie nie wyjaśnia. Ot, czasem rzucony jakiś ciekawy motyw (jak z tą rosyjską siostrą), ale w większości przypadków brakuje podsumowania. I tak jak słusznie napisałeś, również nie rozumiem potrzeby opisywania rzeczy nijak niezwiązanych bezpośrednio z Sat-Okhem. Zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś celu i merytorycznego podejścia do sprawy.

    Jeśli miałabym wskazać coś, co zwróciło moją uwagę, to są to relacje Sat-Okha z dziećmi i te dwie osobowości Supłatowicza. Okazał się człowiekiem tak sprzecznym wewnętrznie i zewnętrznie, że dalej trudno powiedzieć o nim cokolwiek jednoznacznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >>Całość jest chaotyczna, bez polotu<<

      Mogę się pod tym podpisać.

      >>i tak naprawdę niczego jednoznacznie nie wyjaśnia<<

      A pod tym nie :D Chaotyczność i - jak to określiłem - zamulacze sprawiają, że nieco sedno umyka. Ale dyskutowaliśmy o tym niedawno na historycy.org (niestety, w dziale niedostępnym dla niezarejestrowanych użytkowników) i na potrzeby tej dyskusji musiałem sedno wyłuskać. Może zrobię jeszcze jedną notkę o tej książce i się tym sednem podzielę :D

      Usuń
    2. Niby też widzę jakieś sedno, ale według mnie w książce jest masa niedopowiedzeń i jakichś śmieciowych informacji, które Rosiak rzucił czytelnikowi jak jakiś ochłap i nijak ich nie podsumował. Dla mnie puenta jest taka, że jeśli Supłatowicz czuł duchową jedność z naturą i poczuwał się do bycia Indianinem, to tak właśnie było. Nawet jeśli jego ojciec nie był Indianinem.

      Ale chętnie przeczytam o sednie w Twoim wykonaniu ;-)

      Usuń
    3. Dzień dobry, niedawno natrafiłam na dyskusję na temat autentyczności p. Supłatowicza, jako Indianina i chciałabym podzielić się swoimi przemyśleniami. W latach 70- tych, jako nastolatka, byłam zauroczona Sat- Oht (Ekran z Bratkiem), Ziemią Słonych Skał i opowiadaniami na w/w tematy zamieszczanymi np. w Płomyku, choć wyłapywałam drobne nieścisłości w beletrystyce. Potem dorosłość, i zapomniałam o temacie. Natrafiając na w/w dyskusję, po 50- ciu latach ponownie przeczytałam Ziemię Słonych Skał. Cienika książeczka, szybko i ciekawie się czyta, poprawnie stylistycznie i literacko napisana.
      Jak wynika z dokumentacji i z interpretacji, z punktu widzenia historyka p. Supłatowicz nie był Indianinem i wszystko zmyślił, ale z punktu widzenia psychologiczno - medycznego jest jednoznaczne, że był wychowywany tak, jak to opisał.
      Zacznijmy od jego matki, była osobą wykształconą, pochodziła z dość majętnej rodziny, więc pewno porozumiewała się biegle po francusku i miała wygodne życie przed zsyłką. Przed kilkunastoma laty, nie pamiętam tytułu, czytałam książkę opartą na faktach, częściowo zbeletryzowaną nt. w jaki sposób kształtowała się Ameryka. Szokujący był dla mnie opis dziewczynek wywożonych na zachód, sprzedawanych Indianom i ich los jako "żon". Ich traktowanie, jak na nasze standardy i wychowanie, było straszne, np. gdy przyjeżdżał do wioski gość, oddelegowana kobieta obsługiwała go, także seksualnie. Więc nic dziwnego, że matka p. Stanisława chciała za wszelką cenę ukryć swój los. Jak wiadomo, została z mężem wysłana na Sybir za działalność przeciw caratowi i zdecydowała się uciec do Kanady. Czytałam gdzieś, że USA (Alaska) miała umowę z Imperium Carskim o odsyłaniu zbiegów, więc decyzja o dotarciu do Kanady była kluczowa. Musiało to być przed wybuchem I wojny (tz. 1914 rokiem), bo po wybuchu potężnego konfliktu zbrojnego w Europie nie było sensu tak ryzykować, logiczniej było poczekać na wynik. Podejrzewam, że warunki na zsyłce musiały być nie do zaakceptowania dla kobiety wychowanej w dobrobycie. Mąż p. Supłatowicz z jakiegoś powodu został (trudno orzec jakie to było małżeństwo, dzieci prawdopodobnie nie mieli). Z grupy, która uciekła, nikt nie przeżył, więc pewno pani Supłatowicz została uznana za zmarłą, a jej mąż powtórnie mógł powtórnie wyjść za mąż.

      Usuń
    4. C.d.
      W tej książce o Ameryce było opisane, że w wielu grupach indiańskich zapędzanych do rezerwatów znajdowano białe kobiety, które oddzielano od plemienia i usiłowano ponownie socjalizować.
      Wracając do Sat-Oht, może nie wyglądał na metysa, ale na pewno wyglądał na syna metysa i białej kobiety, więc albo Wysoki Orzeł miał domieszkę białej krwi albo nie był biologicznym ojcem (do wioski pewno przyjeżdżali handlarze, metysi). Charakterystyczne jest, że brat Sat-Oht'a przy pierwszym spotkaniu mówi "jesteś synem mojej matki", a nie jesteś synem mojego ojca czy moich rodziców.
      Ktoś z internautów zamieścił podanie p. Supłatowicza o przyjęcie do pracy z lat 50-tych, które brzmi jakby napisał je ktoś mający 4 klasy lub słabo znający język. Ale nikt nie kwestionował znajomości narzecza indiańskiego u w/w, choć czytałam, że było to bardziej narzecze spotykane w środkowej części Ameryki Północnej, ale podejrzewam, że plemię powstało z uciekinierów, którzy nie dali się zamknąć w rezerwatach, także z USA, więc język jakim się posługiwali pewno był mieszanką kilku narzeczy. I skąd 30 -letni mężczyzna w latach 50-tych, w odciętym od świata PRL, miał znać i swobodnie posługiwać się narzeczem Indiańskim? A już w "Ziemi Słonych Skał" sporo było zdań w tym języku i nikt, nigdy, nie kwestionował ich poprawności. Właściwie, to inne książki p. Supłatowicza są dla mnie nie do strawienia, dotyczą głównie wierzeń, opisu świata postrzeganego przez Indian, i są dla mnie nudne. Skąd p. Supłatowicz znał te wierzenia i tak swobodnie się wśród nich obracał? Mężczyźni, a szerszej fanatycy Indian, tym aspektem ich życia nie są za bardzo zainteresowani, a jeżeli już, to nie w pierwszej kolejności i nie w takim zakresie jak to jest przedstawiane w książkach (nawet w Ziemi Słonych Skał ilość zamieszczonych wierzeń i indiańskiego postrzegania świata zaskakuje na tle innej tego typu literatury).
      Oczywiste jest, że Ziemię Słonych Skał napisał literat, książka jest napisana piękną, poprawną polszczyzną, ma bohatera, którym jest narrator (Sat -Oht), stopniowo buduje napięcie, ma kulminację itp. Większość to fikcja literacka, ale prawdziwy jest opis zabrania dziecka od matki (i prawdopodobnie wiek dziecka) oraz opisy szkolenia i stosunków panujących w obozie Młodych Wilków. Opisy zgadzają się z tym, co zapamięta pięcioletnie dziecko, co pamięta dorosły z okresu, gdy miał 10 - 11 lat. Po pięciu latach szkolenia, gdy Sat- Oht miał ok.10 lat, plemię zostało odkryte i rozpoczęła się dramatyczna, trwająca kilkanaście miesięcy ucieczka przed Królewską Konną, co jest dobrze opisane w książce. Niestety, bohaterskie uratowanie plemienia przez synów Wysokiego Orła, to jest typowa fikcja literacka potrzebna do zbudowania punktu kulminacyjnego. W rzeczywistości, prawdopodobnie plemię zostało zgarnięte do rezerwatu, tylko jakaś niewielka cześć uciekła z pułapki przez góry, a biała kobieta z dzieckiem została oddzielona od plemienia. W dalszych losach pomogła zapewne dobra znajomość francuskiego i podejrzewam, że matka p. Stanisława miała wystarczającą ilość złota.
      I tu apel do historyków, może bardziej celowe, niż szukanie w Rosji, byłoby przeszukanie archiwów Królewskiej Konnej w Kanadzie z lat 1929- 1931? Czy jakaś grupa Indian nie została w tym czasie zapędzona do rezerwatu? Czy była wśród nich biała kobieta z dzieckiem?

      Usuń
    5. c.d.
      Ktoś cytował tutaj słowa pierwszej żony p. Supłatowicza, które jakoby wypowiedział: "przyjechałaś z Danii, jesteś Dunką, w towarzystwie nie odzywaj się". Wygląda to na parafrazę słów, które pewno często, jako nastolatek, słyszał od matki (przyjechaliśmy z Rosji, jesteś Rosjaninem, w towarzystwie nie odzywaj się). A imię Stanisław? Można powiedzieć, że pochodzi od imienia matki, ale jest też najbardziej fonetycznie zbliżone do Sat (Sat, Stach), co pewno w początkowym okresie pobytu w Polsce miało duże znaczenie.
      Jeżeli chodzi o metrykę i chrzest... Cóż, za pieniądze (a jeszcze za złoto!) można wiele. Mój dziadek pochodził z woj. Tarnopolskiego, z rodziny chłopskiej. Dziadek był najstarszym dzieckiem, urodził się w 1889 roku, był 11 lat starszy od babci (1900), co było wielokrotnie podkreślane w rodzinie, zmarł w wieku 80 lat. Jaki był mój szok, gdy w metryce było napisane, że urodził się w 1891 roku (więc był 9 lat starszy od babci i żył 78 lat wg metryki). Okazało się, że w Austro-Węgrzech brano do wojska w wieku 16 lat najstarszych synów i przy zmianie daty urodzenia dziadek mógł 2 lata dłużej zostać i pomagać na gospodarce. I co, ksiądz nie widział, że chowa noworodka a nie dwulatka? To chyba była powszechna praktyka, bo śp. ojciec męża, urodzony na przełomie XIX i XX wieku, miał metrykę przesuniętą do przodu aż o 4 lata. Przed I wojną nie było obowiązku szkolnego, dzieci rodziło się po kilkanaścioro w rodzinie, dużo umierało, noworodki chrzczono, ale dzieci do 2 roku życia nie nazywano i nie przywiązywano się do nich, podejrzewam, że takie przekręty były powszechne.

      Jeżeli chodzi o podróż statkiem z Ameryki, to pewno tak było, ale nie sądzę, że pani Supłatowicz zgłosiła się do ambasady i wracała pod swoim nazwiskiem (zbyt wielki wstyd). Jeżeli już, to podała fałszywe nazwisko albo za złoto kupiła paszport od jakiejś polki, która nie zamierzała wracać.

      Dokonania w partyzantce pana Supłatowicza są znane i nie do podważenia. Bardziej logiczne jest, że dokonał ich 20- 22 letni mężczyzna, a nie 15- 17 letni chłopak, a fakt, że trafił do więzienia za kradzież, a nie za patriotyczną działalność konspiracyjną, jest nic nie znaczącą koloryzacją, jakich wiele w 'Ziemi Słonych Skał", zresztą dokonanych przez literata, a nie autora.
      Socjalizacja w wieku 11 lat (a w takim wieku p. Supłatowicz trafił do cywilizowanego społeczeństwa) jest bardzo trudna i nie ułatwiała tego postawa matki "zamiatająca pod dywan" problem. Z występów p. Supłatowicza przed kamerą pamiętam, jak swobodnie, dobrze, czuł się w tańcach indiańskich i śpiewając pieśni, do których akompaniował sobie na bębenku.

      Usuń
    6. c.d.
      Kwestia, czemu po wojnie został w Polsce. No cóż, próbował, ale w latch 50- tych wydostać się za żelazną kurtynę było trudno, odmawiano mu, więc zaciągnął się na statek.
      Ach, trochę o sobie, celem lepszego zrozumienia problemu. Mam wykształcenie wyższe, zaczęłam pracować na początku lat 80- tych, oczywiście, zgodnie z wykształceniem (w PRL każdy tak pracował), za całą pierwszą miesięczną pensję mogłam kupić w PEWEX parę dżinsów z 11 dolarów (taki był przelicznik złotówki na dolara u cinkciarza, oficjalny kurs był tylko oficjalny, nie można było pójść do banku i sobie kupić dolary lub inną walutę). Ojciec koleżanki był marynarzem, dietę dostawał w walucie w ilości odpowiadającej minimalnemu wynagrodzeniu na zachodzie. Jakie to ta koleżanka, w latach 70- tych, miała ciuchy! Oczy nam wychodziły na wierzch. W PRL byłam zdecydowanie gorzej sytuowana niż p. Supłatowicz, mimo że byłam po studiach wyższych, no ale PRL to państwo robotników i chłopów, a ja ani robotnik, ani chłop, i w dodatku z rodziny inteligenckiej.
      Pan Supłatowicz dietę dostawał w dolarach i jako marynarz dalekomorski w PRL był człowiekiem dobrze sytuowanym. Na zachodzie, jako robotnik niewykwalifikowany, byłby nikim, biedny, na dole drabiny społecznej. No i to pozytywne zainteresowanie w PRL jego doświadczeniem życiowym z dzieciństwa. Wjazd na zachód byłby dla niego jednoznacznie nieopłacalny tym bardziej, że Indianie w Ameryce północnej byli (i nadal są) pariasami (kilka lat temu czytałam książkę reportaż na ten temat napisaną przez pół Indianina, z wykształceniem wyższym, wychowanym w rezerwacie w stanie Utah)

      I to chyba wszystko, mam nadzieję, że choć trochę przekonałam historyków, patrząc z innego punktu widzenia, pozdrawiam

      Usuń
  9. c.d.
    Ktoś cytował tutaj słowa pierwszej żony p. Supłatowicza, które jakoby wypowiedział: "przyjechałaś z Danii, jesteś Dunką, w towarzystwie nie odzywaj się". Wygląda to na parafrazę słów, które pewno często, jako nastolatek, słyszał od matki (przyjechaliśmy z Rosji, jesteś Rosjaninem, w towarzystwie nie odzywaj się). A imię Stanisław? Można powiedzieć, że pochodzi od imienia matki, ale jest też najbardziej fonetycznie zbliżone do Sat (Sat, Stach), co pewno w początkowym okresie pobytu w Polsce miało duże znaczenie.
    Jeżeli chodzi o metrykę i chrzest... Cóż, za pieniądze (a jeszcze za złoto!) można wiele. Mój dziadek pochodził z woj. Tarnopolskiego, z rodziny chłopskiej. Dziadek był najstarszym dzieckiem, urodził się w 1889 roku, był 11 lat starszy od babci (1900), co było wielokrotnie podkreślane w rodzinie, zmarł w wieku 80 lat. Jaki był mój szok, gdy w metryce było napisane, że urodził się w 1891 roku (więc był 9 lat starszy od babci i żył 78 lat wg metryki). Okazało się, że w Austro-Węgrzech brano do wojska w wieku 16 lat najstarszych synów i przy zmianie daty urodzenia dziadek mógł 2 lata dłużej zostać i pomagać na gospodarce. I co, ksiądz nie widział, że chowa noworodka a nie dwulatka? To chyba była powszechna praktyka, bo śp. ojciec męża, urodzony na przełomie XIX i XX wieku, miał metrykę przesuniętą do przodu aż o 4 lata. Przed I wojną nie było obowiązku szkolnego, dzieci rodziło się po kilkanaścioro w rodzinie, dużo umierało, noworodki chrzczono, ale dzieci do 2 roku życia nie nazywano i nie przywiązywano się do nich, podejrzewam, że takie przekręty były powszechne.

    Jeżeli chodzi o podróż statkiem z Ameryki, to pewno tak było, ale nie sądzę, że pani Supłatowicz zgłosiła się do ambasady i wracała pod swoim nazwiskiem (zbyt wielki wstyd). Jeżeli już, to podała fałszywe nazwisko albo za złoto kupiła paszport od jakiejś polki, która nie zamierzała wracać.

    Dokonania w partyzantce pana Supłatowicza są znane i nie do podważenia. Bardziej logiczne jest, że dokonał ich 20- 22 letni mężczyzna, a nie 15- 17 letni chłopak, a fakt, że trafił do więzienia za kradzież, a nie za patriotyczną działalność konspiracyjną, jest nic nie znaczącą koloryzacją, jakich wiele w 'Ziemi Słonych Skał", zresztą dokonanych przez literata, a nie autora.
    Socjalizacja w wieku 11 lat (a w takim wieku p. Supłatowicz trafił do cywilizowanego społeczeństwa) jest bardzo trudna i nie ułatwiała tego postawa matki "zamiatająca pod dywan" problem. Z występów p. Supłatowicza przed kamerą pamiętam, jak swobodnie, dobrze, czuł się w tańcach indiańskich i śpiewając pieśni, do których akompaniował sobie na bębenku.

    OdpowiedzUsuń
  10. c.d.
    Kwestia, czemu po wojnie został w Polsce. No cóż, próbował, ale w latch 50- tych wydostać się za żelazną kurtynę było trudno, odmawiano mu, więc zaciągnął się na statek.
    Ach, trochę o sobie, celem lepszego zrozumienia problemu. Mam wykształcenie wyższe, zaczęłam pracować na początku lat 80- tych, oczywiście, zgodnie z wykształceniem (w PRL każdy tak pracował), za całą pierwszą miesięczną pensję mogłam kupić w PEWEX parę dżinsów z 11 dolarów (taki był przelicznik złotówki na dolara u cinkciarza, oficjalny kurs był tylko oficjalny, nie można było pójść do banku i sobie kupić dolary lub inną walutę). Ojciec koleżanki był marynarzem, dietę dostawał w walucie w ilości odpowiadającej minimalnemu wynagrodzeniu na zachodzie. Jakie to ta koleżanka, w latach 70- tych, miała ciuchy! Oczy nam wychodziły na wierzch. W PRL byłam zdecydowanie gorzej sytuowana niż p. Supłatowicz, mimo że byłam po studiach wyższych, no ale PRL to państwo robotników i chłopów, a ja ani robotnik, ani chłop, i w dodatku z rodziny inteligenckiej.
    Pan Supłatowicz dietę dostawał w dolarach i jako marynarz dalekomorski w PRL był człowiekiem dobrze sytuowanym. Na zachodzie, jako robotnik niewykwalifikowany, byłby nikim, biedny, na dole drabiny społecznej. No i to pozytywne zainteresowanie w PRL jego doświadczeniem życiowym z dzieciństwa. Wjazd na zachód byłby dla niego jednoznacznie nieopłacalny tym bardziej, że Indianie w Ameryce północnej byli (i nadal są) pariasami (kilka lat temu czytałam książkę reportaż na ten temat napisaną przez pół Indianina, z wykształceniem wyższym, wychowanym w rezerwacie w stanie Utah)

    I to chyba wszystko, mam nadzieję, że choć trochę przekonałam historyków, patrząc z innego punktu widzenia, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tych wszystkich argumentów jakąś wartość może mieć jedynie ten: skąd Supłatowicz znał język Szaunisów. I okazuje się, że nie znał. Pewnie znał angielski i pracował na statku pływając m.in. do Kanady, więc mógł nabyć jakieś książki. Ale i tak jego znajomość języka Szaunisów - i w ogóle tego plemienia - była nader mizerna. Wrzucę komentarz fachowy z dyskusji na Wikipedii:

      >>Jest rzeczą historycznie oczywistą, że Shawnee (po polsku Szaunisi, bądź Szawanezi) nigdy nie żyli w subarktycznej Kanadzie, gdzieś w dorzeczu McKenzie na dalekiej północy, a Supłatowicz twierdził, że tam właśnie się urodził. Z Doliny Ohio i okolic zostali przegnani po wojnach z Amerykanami na tereny dzisiejszej Oklahomy (gdzie w większości żyją do dziś) i Teksasu. Z pewnością nie było możliwości, by wywędrowali stamtąd (to znaczy z tzw. Terytorium Indiańskiego, gdzie spędzono resztki różnych plemion) akurat do Kanady.

      W książce "Ziemia Słonych Skał" pan Supłatowicz czasem posługuje się indiańskim nazewnictwem, jednak wtrąca tam nazwy nie pochodzące z języka shawnee. Pewnie uważał, że wszystkie języki z rodziny algonkińskiej brzmią tak samo i zapożyczył na użytek swej powieści kilka określeń z jęz. ojibwa, np. użył zniekształconego określenia mokwe (dokładnie u Ojibwa "makwa") zwąc tak niedźwiedzia, czy w stosunku do królika - wapoos (w oryginale "wabooz"), a będąc w połowie Szawanezem powinien wiedzieć, że w języku shawnee "królik" to akurat "petakinethi". Zmyślił też nazwę wilka: jakiś moohekos (nie wiadomo z jakiego języka, może mahikhan z Kri?, bo w innych dialektach algonkińskich to np.: maingan-Ojibwe, mawewa-Sauk, mwe-Pottawatomi), a wg shawnee powinno być: mweewah (fonet. młeeła). W nazwie jego rzekomego ojca, Leo-karkoo-ono-ma (Wysokiego Orła) jakoś nie można się dopatrzeć szauniskiego określenia tego ptaka - "pelethi", a "wysoki" to w shaawnee "molspie", skąd ten Leon Kark, może zakamuflowany jakiś polski kuzyn? Matka - niby "Biały Obłok"- to jakieś wymyślone Ta-wah, naprawdę musiałoby brzmieć: Waapapahpothquahkee (fonet. łapapapotuaki) (wapa-biały, pahpothquahkee-chmura). W imieniu jego rzekomego brata (Tanto - ponoć Żelazne Oko) nie widzę szauniskiej nazwy tego organu: brzmi mniej więcej "nilakilaeko". Wymieniając małego indiańskiego przyjaciela nazywa go Skaczącą Sową, Kuku-kuru-too, podczas gdy w shawnee sowa to "miathe"(th wymawia się jak w ang. słowie think), a poza tym w językach algonkińskich nie ma dźwięku "r". Na określenie białego człowieka użył terminu "wasichu", tyle tylko, że to z jęz. Lakotów, a wymawia się niej więcej "łasiciu"(miekko, jak po polsku).

      To tak parę słów dla przykładu. Ale prawdziwą "perełkę" znalazłem we fragmencie, w którym autor pisze:"...dolina, gdzie miały się zebrać szczepy naszego plemienia - Kapotów, Tanów, Wikminczów i Sampiczów". I tu pan Supłatowicz przeholował! To nie są żadne szczepy Shawnee!!! Nie wiedzieć czemu przytoczył spolszczone nazwy grup plemiennych Ute (czyli Indian Juta z dzisiejszych stanów Kolorado i Utah), a więc w oryginale Capote (Kapuuta Nuuchi), Weeminuche (Wugama Nuuchi), oraz Sanpits bądź Sayehpeech. Zapewne czerpiąc informacje do swej powieści czegoś tam nie doczytał i wszystko pokręcił. Jaki tam z niego Indianin Shawnee, skoro nie ma zielonego pojęcia o swoim plemieniu. W rzeczywistości Shawnee dzielili się na 6 podstawowych grup wedle stylu ich życia (np. zbieracze miodu, hodowcy koni itp.), ale ich nazwami można sobie język połamać<<.

      Usuń
    2. PS
      Bo zapomniałem - autor komentarza podpisał się, jako Biały Indianin.

      Usuń