Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Zbigniew Nienacki, Sumienie

Zmęczony nieco fantastyką i historią, sięgnąłem na półkę z literaturą doby PRL-u. Zbigniewa Nienackiego pewnie wszyscy znacie, jako autora powieści z cyklu Pan Samochodzik. Ale był to utalentowany i wszechstronny pisarz, bo machnął i powieść erotyczno-obyczajową (Raz w roku w Skiroławkach), i historyczne fantasy (Ja, Dago, w drugim wydaniu pt. Dagome iudex), i powieść psychologiczną (właśnie Sumienie).

Talent nie zmienia jednak tego, że był to odrażający typ, tak na niwie politycznej, jak i w życiu prywatnym. Piszę o tym nie bez powodu, bo dla oceny tej powieści ma to akurat duże znaczenie. Nienacki był komunistą i to zarazem ideowym i koniunkturalnym, był oczywiście członkiem PZPR, studiował w Moskwie w czasach stalinowskich*, był członkiem pogardzanej przez większość społeczeństwa ORMO** (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej), potem kolaboracyjnego z komuną PRON (Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego) powstałego, kiedy większość społeczeństwa straciła już wszelkie złudzenia co do komunizmu i komunistycznej partii (1982 rok – czas stanu wojennego, czyli wojny polsko-jaruzelskiej). Był też Tajnym Współpracownikiem SB, czyli kapusiem, o pseudonimie Eremita.

W Sumieniu Nienacki zawarł wiele ze swojego życia – głównym bohaterem jest dziennikarz kulturalny i ławnik sądowy zarazem, a Nienacki był i dziennikarzem kulturalnym (w latach 1954-1964), i sądowym ławnikiem (1962-1965).

Główny bohater powieści jest członkiem składu sędziowskiego, który wydał wyrok śmierci na mordercę dwóch kobiet. Jest to człowiek słaby, taka mentalna cipa. I nie chodzi nawet o to, że po owym wyroku nie może dojść do ładu sam ze sobą – także w pracy, jako szef działu kulturalnego w gazecie, najchętniej by się nikomu nie narażał, byle co wywołuje wielkie rozkminy.

Przykładowo: ogląda spektakl teatralny, spektakl do niczego. I pozwala swojej podwładnej napisać krytyczną opinię. Po czym napotyka autora sztuki i już bardzo by nie chciał mu robić krzywdy. Kończy się tym, że dziennikarce każe złagodzić tekst, po czym autor sztuki i tak ma do niego pretensje, a pewnie autorka recenzji też. Tak to już jest z takimi mentalnymi cipami – nie chcąc nikogo urazić, najczęściej wkurzają wszystkich. „Nasza” cipa ma tyle szczęścia, że opiekuje się nim żona, bo bez tego pewnie skończyłby z chroniczną depresją. Sam chyba to rozumie, bo choć żony nie kocha, to jest mu wygodnie, więc sobie trwa w tym związku.

W każdym razie Sumienie związane jest z dyskusją o karze śmierci – czytamy o niekończących się rozkminach i wyrzutach sumienia mentalnej cipy. Komuna była oczywiście za karą śmierci. Czy Nienacki – dobre dziecko Matuszki Partii – wyłamał się z obowiązującej narracji? To już trzeba przeczytać do końca, ostatnie strony są bardzo istotne.

Ogólnie jest to przeciętna powieść. Owszem, Nienacki ma lekkie pióro, ale książka jest pełna dłużyzn, naszpikowana truizmami, sędziowie przedstawieni niemal jako Pomniki Sprawiedliwości, Humanitaryzmu i Mądrości... Bo to jest książka propagandowa (nie, to nie jest moja wiedza, tylko posklejanie faktów).

Inne wydania Sumienia: wyd. I (1965), wyd. III (1996) i wyd. ebookowe (2015)

Na mnie powieść zrobiła wrażenie pisanej na szybko. I pozornie zdumiewająca jest zgoda cenzorów na publikację czegoś niby wbrew linii partii (niby – czytać do końca!). Więc nie sposób nie powiązać czasu wydania z pewnym ówczesnym wydarzeniem. Otóż powieść po raz pierwszy wydana został w roku 1965.

W roku 1964 wybuchła tzw. afera mięsna. System komunistyczny (jak każda lewicowa utopia) przynosi zbrodnię, kłamstwo i biedę – nasza nieboszczka PZPR też sobie z rządami nie radziła, m.in. były wielkie niedobory mięsa. Trzeba było znaleźć winnych – winnych kradzieży mięsa i sprzedawania go na czarnym rynku. Aresztowanych zostało około czterysta osób, aktem oskarżenia objęto dziesięć (pewnie rzeczywiście mięso kradli czy przyjmowali łapówki za przymykanie oczu na kradzież, ale na pewno nie oni wywołali mięsny kryzys).

W listopadzie 1964 zapadł wyrok – bezprawny nawet w świetle prawa komunistycznego; jeden z oskarżonych, Stanisław Wawrzecki (ojciec aktora Pawła Wawrzeckiego) został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano ekspresowo, bo już 19 marca 1965 roku. I tu nastąpił pewien zonk – partia się przeliczyła; oczekiwano, że społeczeństwo potępi złodziei, pochwali Partię za zdecydowane działania i wyrozumiale podejdzie do niedoborów mięsa. Tak początkowo było, ale po wyroku na Wawrzeckiego, przynajmniej w części społeczeństwa nastroje się zmieniły. Zacytuję historyka prof. Dariusza Jarosza:

Mimo że oskarżony, w świetle zachowanych akt sądowych i partyjnych, był istotnie sprawcą wielu nadużyć finansowych, wyrok śmierci, jak się wydaje, spotkał się z krytyką społeczeństwa, a nawet bardziej liberalnych członków ówczesnego kierownictwa partyjnego. (...)

W chwili, kiedy sprawa nadużyć stała się tematem publicystyki, autorzy tej korespondencji wyrażali swe oburzenie postępowaniem sprawców nadużyć. Część z nich żądała nawet dla nich kary śmierci. Natomiast po ogłoszeniu wyroku te opinie wyraźnie zaczęły ewoluować. Autorzy listów byli zaszokowani jego surowością. Być może był to efekt przywiązania do katolicyzmu. Odebranie komuś życia za popełnienie przez niego przestępstw gospodarczych i finansowych nie mieściło się w kanonie wartości religijnych Polaków.

To był właśnie moment, w którym znaczna część społeczeństwa zaczęła powątpiewać w sens kary śmierci w ogóle. I właśnie wtedy ukazuje się powieść Nienackiego...

Podsumowując: jeśli potraficie przymknąć oczy na to, że jest to (moim zdaniem) produkt propagandowy, to można to przeczytać z pewną przyjemnością. Jeśli jednak brać pod uwagę kontekst, to trudno nie czuć obrzydzenia. Stąd dwie oceny:

Ocena literacka: 6/10

Ocena kontekstowa: 1/10

Z. Nienacki, Sumienie, wydanie II, Wydawnictwo Zodiak, Olsztyn 1989, stron: 232.


___________________

PRZYPISY

* W Wikipedii przeczytacie, że ze studiów moskiewskich wyleciał za czyn opisany jako „postawa antystalinowska”; ów czyn polegał na tym, że Zbyniu zakochał się we Włoszce pracującej w zgniłozachodniej, italiańskiej ambasadzie (przy czym to tylko jedna z wersji, bo sam Nienacki podawał ich kilka).

** Dowcip z czasów PRL:
– Co to jest: ORMOwiec i milicjant na jednym motorze?
– Gówno przyklejone do gliny.

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:


38 komentarzy:

  1. Kiedyś czytałam te „Sumienie”. Nie wywarło na mnie większego wrażenia; rozterki wewnętrzne sędziego nużyły mnie, a o mordercy i ofiarach było tam za zdecydowanie za mało wiadomości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo morderca był nieistotny - tak to odbieram, że wina Labudy nie budzi wątpliwości, natomiast wyrzuty sumienia bohatera budzi wyrok.

      Usuń
  2. W moim domu rodzinnym, mam w takim pomieszczeniu gospodarczym kilkadziesiąt książek z tamtego i jeszcze wczesniejszego okresu.Tego Nienackiego czytałem, ale praktycznie niewiele z niej zapamiętałem. W przeciwieństwie np. do "Raz w roku w Skiroławkach", czy "Wielki Las". No ale wtedy byłem szczylem, a w tamtych książkach można było tam wyczytać różne ciekawe rzeczy, które frapują i ciekawią każdego nastolatka na świecie:p
    Kilka powieści z cyklu Pan Samochodzik też tam jest w tym pomieszczeniu.
    Jakiś czas temu robiłem sobie tam przegląd książek, w większości stare kryminały rodziców i ówczesne młodzieżówki takie właśnie jak Szklarskiego Wilimowski, czy Maya "Ród Rodrigandy". Cudne czasy i flashbacki:)
    Jest tam też seria Tygrysów, ale to przykład literatury, która zestarzała się brzydko wraz ze mną.
    Przykładowo jest tam powieść dosyć gruba z lat 70-tych, o grupie młodych chłopaczków, którzy asymilują się w powojennej Polsce. Pamiętam ta książkę z tamtych czasów, bo okrutnie mi się wtedy podobała, przeczytana chyba że trzy razy. Całkiem niedawno ją sobie po odswieżyłem po kilkudziesięciu latach. I przejęła mnie zgroza, jak to zwykła książka może mieć wpływ polityczny na młodego czytelnika.
    Była tam opisana sytuacja, gdzie to grupa młodych bohaterów skutecznie ujęła w niewolę wraz z dzielną jednostką MO grupę zbrodniarzy, bandytów i morderców, którzy nie wyszli z lasu wraz z końcem wojny.
    Podobna narracja zresztą jest zachowana we wspomnianych wcześniej Tygrysach.
    Przepraszam, że tak nie do końca na temat, ale musiałem się wygadać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komuna to był paskudny system, ale jedno trzeba oddać - beletrystyka młodzieżowa była na wysokim poziomie, a po śmierci Stalina i Bieruta też słabo upolityczniona.

      Propaganda tyczyła raczej tematów, a nie wykonania. Bo przecież słuszne politycznie było pokazywanie w historycznych młodzieżówkach antycznych rewolucjonistów (jak Echnaton,Agis IV, Kleomenes III, Spartakus), dzielnych Indian (Pontiac, Tecumseh, Dakotowie) walczących z amerykańskimi, hiszpańskimi czy holenderskimi imperialistami, często przy pomocy Polaków (Jan Bober - Fiedlera, Jan Kos - Okonia) dzielnych polskich imigrantów walczących w Brazylii ze złymi niemieckimi imigrantami (dylogia Bolesława Mrówczyńskiego).

      Choć Pan Samochodzik to akurat komuch, ba, ORMOwiec. Ale to już gorliwość Nienackiego.

      Usuń
    2. Echnatona z powieściopisarstwa PRL nie pamiętam. Kojarzę go z "Egipcjanina Sinuhe" i jeszcze z jakiejś bułgarskiej bodaj powieści.
      Co się tyczy Bolesława Mrówczyńskiego, to ja bym raczej wskazał "Lwa Sezostrysa" i "Cień Montezumy" - jest patriotycznie, rewolucyjnie, internacjonalistyczne i antyimperialistycznie lecz bardzo nienachalnie, sprawnie to napisane. "Lew Sezostrysa" doprowadził do tego, że miałem przez jakiś czas jako nastolatek fioła na tle Egiptu w I połowie XIX wieku. Książkę Barbary Stępniewskiej-Holzer "Muhammad Ali: narodziny nowoczesnego państwa egipskiego" zaczytałem do zupełnego unicestwienia.

      Usuń
    3. >Echnatona z powieściopisarstwa PRL nie pamiętam. Kojarzę go z "Egipcjanina Sinuhe" i jeszcze z jakiejś bułgarskiej bodaj powieści<.

      Pomyliło mi się - chodzi o tę drugą, ale to nie bułgarska, a radziecka, konkretnie abchaskiego pisarza: Georgij Gulia "Echnaton władca Egiptu".

      Ale pamiętam Echnatona z jeszcze jednej książki - to były fabularyzowane szkice biograficzne siedmiu rewolucjonistów dawnych wieków. Zdaje się, że pierwszy był właśnie Echnaton, a ostatni Savonarola - ale tu mogę się mylić. Nie pamiętam autora tej książki.

      A Mrówczyńskiego bardzo lubiłem właśnie dylogię o Bartochach ("Bitwa o Pilarzinho: + "Osada nad Srebrnym Potokiem"). Znaczy, dla mnie to dylogia, bo dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że jest też tom 3 ("Tętniący step"). Jakiś czas temu nawet mi tak odbiło, że wrzuciłem to do koszyka na Allegro, ale oprzytomniałem i wyrzuciłem - przecież już do tego nie wrócę.

      Usuń
    4. Masz rację, to był Gulia, teraz kojarzę. Do Mrówczyńskiego (choć go lubiłem) też już nie wrócę. Ten etap mam za sobą. Razu pewnego tylko uratowałem z bibliotecznych wycofków "Przygody Meliklesa Greka" i nawet przeczytałem. Innym razem obejrzałem sobie stare "Winnetou" z lalusiowatym Apaczem w czyściutkim ubranku, ale to już skrajna perwersja.

      Usuń
    5. Bo Melikles (i druga część, sporo słabsza) to klasyka, na którą człowiek nigdy nie jest za stary :D

      Usuń
    6. Co do młodzieżówek, to po latach zazwyczaj kończy się rozczarowaniem. Meliklesa nie próbowałem w ostatnich dekadach :D, ale jakiś czas temu wziąłem (bo były pod ręką) "Herosa w okowach" Rudnickiej i "Białego Jaguara" Fiedlera - niby dało się przeczytać, ale tego typu literatura raczej już jest za mną.

      Ciekawostka z biblioteczki: i Rudnickiej, i Fiedlera to trylogie i pozostałe części obu gdzieś mi zaginęły w dziejowych zawieruchach. o ile Rudnicką pal licho, bo miałem słabe wydanie miękkoookłądkowe z lat 70., o tyle Fiedlera szkoda - "Wyspę Robinsona" i "Orinoko" miałem w pięknym pierwszym wydaniu z lat 50. (wygrzebane na strychu u prababci).

      Z tych staroci mam chęć na ponowne przerobienie opowiadań Markowskiej "Efeb z Eleuzyny" - te pamiętam, jako takie na pograniczu młodzieżówki i literatury dla dorosłych. Z innej bajki: Niziurskiego dziś bym wciągnął zbiór opowiadań "Trzynasty występek" - też pogranicze młodzieżówki i "dorosłej" - (pierwsza jego książka, jaką przerobiłem), niestety, również pożarł ją biblioteczny potwór.

      Usuń
    7. Ja miałem tylko "Tętniący step" i nie wiedziałem, że są wcześniejsze części. Zresztą nigdy nie przeczytałem tej książki. Może dlatego teraz trochę się dziwię, że to młodzieżówka, bo wydawało mi się kiedyś, że to lektura bardziej dla starszaków. "Tętniący step" przegrał z Mayem i Wernicem. Jednego i drugiego miło wspominam, ale obecnie bardzo starannie unikam czytania, żeby sobie wspomnień nie popsuć.
      Podobnie jest z Markowską. Podczas wakacji u dziadków na wsi, zawsze zabierałem się albo za "Mitologię" Markowskiej, albo za "Winnetou" Maya. Potem dostałem "Mitologię" Gravesa i stwierdziłem, że Markowskiej do pięt nie dorasta:) Dlatego Markowskiej również na wszelki wypadek nie czytuję. Parafrazując Gombrowicza: "Markowska wielką pisarką była" a w jej książkach "mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza". I wystarczy.

      Usuń
    8. U mnie w domu w dzieciństwie były (wielokrotnie przerobione):

      - Mitologia grecka Parandowskiego.
      - Odyseja - przekład prozatorski Parandowskiego.
      - Mity Greków i Rzymian Markowskiej
      - Wersje dziecięce mitów greckich pióra Żylińskiej (z tego co pamiętam, cztery książeczki o Dedalu, Heraklesie, Tezeuszu i Achillesie.

      Za Mayem i Wernicem nie przepadałem, z indianerskiej tematyki wolałem Norę Szczepańską (Sprzysiężenie Czarnej Wydry - o powstaniu Pontiaca), Longina Jana Okonia (cykl o Tecumsehu i jego polskim przyjacielu), Szklarskich (trylogia Złoto Gór Czarnych), Fiedlera (cykl o Boberze - tu akcja wśród Indian południowoamerykańskich), Osterloffa (o walkach konkwistadorów z Aztekami, Inkami i Mapuczami

      Usuń
    9. Sattivasa
      Już wiem co to była za książka z tymi żywotami rewolucjonistów: Jerzy Piechowski "Dumni i niezawiśli. Eseje historyczne", wyszła w 1977 roku w serii "Szczęśliwa Siódemka" Krajowej Agencji Wydawniczej. I Echnaton był, ale Savonarola nie. Spis treści:
      - Echnaton
      - Cola di Renzi
      - Tomasz More
      - Giordano Bruno
      - Maksymilian Rabospierre
      - Konrad Rylejew
      - Romuald Traugutt

      A bohaterem Okonia był oczywiście Ryszard Kos, a nie Jan Kos :D

      Usuń
    10. Właśnie jestem w domu rodzinnym i z ciekawości przeglądam pod innym kątem te starocie z ubiegłego wieku. Mam Halinę Rudnicką "Uczniowie Spartakusa" i "Syn Heraklesa" Widzę też "Stąd do starożytności" Aleksandra Krawczuka. Z indianerskich sporo, bo oprócz Maya i Fiedlera widzę Coopera i Yacta Oya - kilka jego książek. A to ponoć polski pisarz o takim oryginalnym przydomku.
      Ale to Boleslaw Mrówczyński wygrał te poszukiwania i powrót do przeszłości. Właśnie podczytuję jego dylogię "Miecz Kagenowy.Opowieść o Kryście, niekoronowanej królowej Zachodniego Pomorza" – 1968 rok – dylogia: tom I. Armia milcząca, tom II. Dni chwały.
      I świetna jest to rzecz:)

      Usuń
    11. "Syn Heraklesa" to środkowa część trylogii, pierwsza jest o Agisie IV ("Król Agis"), druga o Kleomenesie III (właśnie "Syn Heraklesa"), trzecia też o Kleomenesie, ale poznajemy już kolejnego ze spartańskich reformatorów - późniejszego tarana Nabisa ("Heros w okowach"). Warto pamiętać, że "nasz" tyran nie do końca znaczy to samo, co tyran - władca w starożytnej Grecji.

      Yáckta-Oya to Sławomir Bral. Komunistyczny milicjant nudził się na emeryturze, to zaczął pisać, początkowo jako jeden z "podwykonawców" dla Sat-Okha. Tu o innych takich podwykonawcach:
      https://seczytam.blogspot.com/2017/09/dariusz-rosiak-biao-czerwony-tajemnica.html

      "Miecz Kagenowy" to jedna z książek na mojej liście "PRL-owskie powieści historyczne - jak się trafi, to kupię" :D W tym miesiącu parę takich pozycji nabyłem, ale nie Mrówczyńskiego.

      Usuń
    12. A czy za 30, 40 lat kolejne pokolenie będzie czytało teraźniejszą rodzimą literaturę?
      Będą analizować nasze życie w Polsce pod kątem książek Żulczyka, Karpowicza, Orbitowskiego czy Zielińskiej? Historię kraju poznawać poprzez Twardocha, a w przerwach pomiędzy breakfoodem a lunchem narzekać jak to Kaczyński wpieprzył nas na minę naszymi własnymi rękami?:p

      Usuń
    13. Bo ja wiem. Jacyś czytani będą, ale czy akurat ci... Poza swoje pokolenie wychodzą nieliczni. Dziś "zapomnieliśmy" masę pisarzy XIX w., okresu międzywojennego, czasów Bieruta i Gomółki. Właśnie "zapominamy" tych z czasów Gierka, Jaruzelskiego i lat 90. XX w. Kto dziś pamięta Mortona, Dobraczyńskiego, Ziółkowskiego, Korkozowicza? Strzeliłem nazwiskami autorów, których książki kupiłem w czerwcu, ale to tylko kropelki w morzu zapomnianych.

      Obecne czasy - pogoń za nowością, lewicowa rewolucja, polegająca na negowaniu wszystkiego starego - przyspieszają proces odrzucania. Jeszcze 25-30 lat temu okres przydatności książki do spożycia, to było ponad 100 lat. Obecnie to pewnie nawet nie dekada.

      Usuń
    14. "lewicowa rewolucja, polegająca na negowaniu wszystkiego starego"

      Właśnie czytam "Skręconą historię" Jakuba Ostromęckiego, w której analizuje filmy historyczne pod kątem wierności z realnymi wydarzeniami i dotarłem do "Bitwy pod Wiedniem" (akurat te dwa akapity nie są poświęcone wydarzeniom historycznym, ale jak najbardziej współczesnym):

      "Producent Leone i reżyser Martinelli sprawdzili się jedynie jako diagności, odnosząc się do dzisiejszej ekspansji islamu w Europie. Gadanina cesarskich doradców jako żywo przypomina spotkanie tchórzliwych eurokratów, a na ich tle pełen wigoru Kara Mustafa wygląda niepokojąco współcześnie i niestety przekonująco. We włoskiej telewizji publicznej RAI, która współfinansowała film, zaczęto strachliwie szeptać, „a co na to muzułmanie?”. To film niepotrzebny i bardzo drogi, a do tego na pewno wywoła polemikę w świecie islamskim — stwierdził członek zarządu RAI Nino Rizzo Nervo. Polityczna poprawność tym razem jednak ustąpiła. Okazało się też, iż „w świecie islamskim” film nie wywołał większych kontrowersji. Współprodukowali go przecież Turcy. Leone opowiadał o współpracy z nimi: Bardzo nam pomogli. Pilnowali, by na przykład nazwiska tureckich bohaterów były prawidłowo zapisywane i wymawiane. Dbali o historyczną ścisłość. Wyjaśniali między innymi, że Turcy nie mogli mówić o Wiedniu jako o „złotym jabłku Europy”, bo w ich tradycji nazywano go jabłkiem czerwonym. To raczej strona włoska obawiała się, by film nie powodował napięć na tle religijnym i politycznym.

      Problemów nie zdołał narobić zatem Włoch, swój triumf mogą jednak odtrąbić ojkofobi austriaccy. Film miał bowiem pomóc w budowie pomnika sławiącego odsiecz wiedeńską na Kahlenbergu. Mija już siedem lat od premiery, a kolejni burmistrzowie, bojąc się reakcji mieszkających w stolicy muzułmanów, stają się idei pomnika coraz bardziej niechętni. Jak by tego było mało, tablica pamiątkowa, pokazująca zarys pomnika, umieszczona na kościele znajdującym się na wzgórzu, została zdewastowana przez lewackich bojówkarzy."

      Przecież to ręce opadają. Ciekaw jestem, jak wg dewastatorów powinna wyglądać historia, ale chyba lepiej takich pytań nie zadawać, bo coś mi mówi, że to by była wycieczka bardzo odległa od rozumu. Zwłaszcza że:

      "Faktem jest też, iż pod Wiedniem Kara Mustafa kazał ściąć 20 000 jeńców austriackich."

      Autor dodaje również, że Turcy nie byli na tle Europy jakimś wyjątkiem w masowych mordach, niemniej jednak, tym 20 tysiącom zgładzonych utrata głowy niekoniecznie musiała się spodobać. Za to, jak można mniemać, dewastatorom spodobało się to tak mocno, że odsiecz uznali za rzecz w bardzo złym guście. Mieli miłych gości, a tu przyjechał nieproszony Sobieski i zepsuł fajną imprezę.

      "Osmański kronikarz Dżebedżi Hasan Esiri nie krył że bardzo leciwe kobiety, a także malutkie niemowlęta przy piersi, wyrwane z matczynych objęć, zabijano dla wprawy we władaniu szablą. Gdy zaś rozpaczliwie krzyczały, owi towarzysze znęcali się nad nimi, przygadując sobie: „Daj, niech ja kopnę. Nie, odejdźcie, niech kopnę ja”, a potem je mordowali."

      A fe, jak ten Sobieski mógł się wtrącić? Na pohybel rasiście, który uniemożliwił Turkom wyzwolenie Wiednia, spod jarzma austriackich okupantów.

      "Kto dziś pamięta Mortona, Dobraczyńskiego, Ziółkowskiego, Korkozowicza?"

      Bez przesady, zwłaszcza z tym Korkozowiczem. W końcu na podstawie jego książki nakręcono serial, więc jeszcze parę pamiętliwych osób powinno się w Polsce znaleźć. "Powrót Czarnego" i "Synowie Czarnego", to zresztą książki na mojej liście do przeczytania.

      Usuń
    15. Co do Korkozowicza, takie szczęście mnie spotkało - ktoś wyprzedawał rodzinną biblioteczkę,. albo po jakimś wyjątkowym pasjonacie, albo introligatorze - kupiłem Ziółkowskiego i Korkozowicza oprawione na twardo po 10 zł tom :)

      A o obecnej sytuacji na Zachodzie, szkoda mówić. Ale trzeba pilnować, żeby nasza lewica nam czegoś podobnego nie zgotowała.

      Usuń
    16. Oj, tej twardej oprawy to zazdroszczę. Korkozowicz pod postacią elektroniczną nie występuje w naturze (prócz audiobooków, ale to nie moja bajka). "Przyłbice i kaptury" + "Nagie ostrza" mam w egzemplarzu zbiorczym. Książka gruba, klejona z miękką oprawą. Trochę się boję otwierać, żeby mi się z niej nagle dwie, albo trzy książki z tego nie zrobiły. "Powrót Czarnego" i "Synowie Czarnego", to wydanie z 1989 roku, podzielone na trzy tomy. Miękka oprawa, papier nędzny, druk również. Tego to w ogóle boję się nawet wzrokiem dotykać.

      "A o obecnej sytuacji na Zachodzie, szkoda mówić."

      Ale to jest jakiś dramat w myśleniu: "Na Allacha, jak nam bardzo wstyd, że daliśmy się wtedy radę obronić. Obiecujemy, że to już się nigdy nie powtórzy."

      A jakie kopy zostały wymierzone w "300", który jest przecież bardziej filmem fantasy, niż historycznym:

      "Kyle Smith w „New York Post” wyobrażał sobie „chłopców Adolfa” hajlujących w kinie na cześć umięśnionych Spartan, którzy depczą śniade ciała Azjatów. W „Orlando Sentinel” nazwano film wprost przykładem „sztuki faszystowskiej”. Dana Stevens ze „Slate” stwierdziła, iż gdyby 300 nakręcono w latach 30. XX wieku w Niemczech, to dziś stałby na półce obok Wiecznego Żyda jako przykład propagandy, która podżega do wojny totalnej, żerując na mitach narodowościowych i estetyce rasistowskiej. Głosy krytyków pełne były oskarżeń o to, iż film nawołuje do rozprawy z Iranem."

      No nie wiem. Ja tam po obejrzeniu nie zastrugałem sobie dzidy, żeby dziurawić obcoplemieńców, nie mówiąc już o tym, że ten film jest o OBRONIE. To obrona też już jest podżeganiem do wojny totalnej? Jeśli dobrze pamiętam, taka filozofia królowała w Monachium: nie drażnić, za nic w świecie nie drażnić. Europa była w euforii, że dało się zażegnać konflikt. A potem wybuchła wojna.

      Szturchany przez wszystkich reżyser "300" w końcu warknął: "Gdy ktoś w filmie mówi, że będziemy walczyć o wolność, to dla wielu stało się przejawem schamienia. Tak właśnie myślą dziś Europejczycy. Wspominasz coś o demokracji czy wolności i od razu jesteś faszystą i imperialistą. To według mnie szalone."

      W rzeczy samej. Jak tak dalej pójdzie, to jedynym tematem historycznym, nie wzbudzającym kontrowersji, będą azjatyckie wojaże krajoznawcze po Europie, organizowane przez mongolskie biuro turystyczne "Czyngis Chan".

      Lepiej sobie już daruję ten temat.

      Usuń
    17. >Korkozowicz pod postacią elektroniczną nie występuje w naturze<

      Jeśli przez "naturę" rozumiemy pewnego gryzonia, to jak najbardziej występuje - i pdf, i rtf, i doc, i epub - do wyboru, do koloru :D Fakt, że dużo audiobuków zamula szukanie, ale to wystarczy wybrać rodzaj plików "dokumenty".

      Ale otworzyłem parę tych pirackich ebooków - jakość fatalna.

      >Ale to jest jakiś dramat w myśleniu<

      No, a i u nas to się rozprzestrzenia. Dziś Jacek Piekara na Twitterze wrzucił sondaż - 46% wyborców PO uważa, że Polacy powinni klękać i przepraszać Murzynów za niewolnictwo. Nie wiem co ci ludzie mają w głowach - chyba kisiel. A jak tak bardzo chcą klękać, to zapraszam do mnie na wieś - niech klękają i przepraszają za pańszczyznę :D Ale wszak polskiego głupka przepraszać nie będą - co innego przedstawiciela wyrafinowanej murzyńskiej kultury z Detroit :D

      Usuń
    18. Gryzonia raczej omijam. Z dość prostego powodu - poziom ebooków bywa fatalny. Więcej przy tym poprawiania, niż czytania. Zresztą od gryzonia lepszy jest docer, niestety problem jest identyczny.

      Tu nie chodzi o wyrafinowanego przedstawiciela. Chodzi o to, że przeprasza Zachód, a oni wiedzą najlepiej kogo przepraszać. Każą przepraszać Marsjan, to w sondażach na prowadzenie wysuną się Marsjanie. Większość ludzi żre fastfoodową informację z mediów. Nawet nie rzecz w tym, że ci ludzie mają w głowach kisiel. Oni po prostu nie mają czasu poznać dokładniej tematów, które zresztą tak szybko się zmieniają, że trudno nadążyć. Dostają gotowy komentarz, przeżuty i przetrawiony, łykną, poczują się ekspertami, a potem muszą tylko odpowiednio zareagować. No to reagują. Jak psy Pawłowa.
      Nie trzeba już myśleć. Nie trzeba nawet słuchać. Trzeba tylko popierać odpowiednią stronę. Czyż tak nie jest łatwiej?

      Usuń
  3. W podobnym klimacie z tamtego okresu jest film pt. "Głos ma prokurator" na podstawie powieści "Ziemi przypisany" Juliana Kawalca. Oskarżycielem chłopa posądzanego o zabójstwo jest inteligent z chłopskimi korzeniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... Co lepsze - film czy książka? Bo jak mam się brać, to za to lepsze :D

      Usuń
  4. Cóż, też mi się obiło o uszy, że Nienacki kręgosłup moralny miał z kiepskiego materiału. Pono kupił sobie doga, aby go bronił przed wywrotową hałastrą i wystarał się o pozwolenie na broń, gdyby dog nie podołał. Zakpiłbym, że dog przestał mu wystarczać po oglądnięciu "Dekalogu X" Kieślowskiego, ale wtedy już chyba tego psa nie miał.

    Bywa, że talent nie idzie w parze z charakterem. Zresztą ja zawsze zastanawiałem się, w jakiej mierze jest to kwestia talentu. W PRL-u pisarz mógł długo rozwlekać terminy. Ciekawe jak wyglądałyby książki Nienackiego (albo, co lepsze, lodopieśniowego Martina), gdyby miał utrzymywać tempo Mroza? Albo Mroza, gdyby miał tyle czasu, co Nienacki?

    Mniejsza z tym. Skoro na łamy trafił Nienacki, to mam pytanie do eksperta. Chodzi za mną trylogia "Dagome Iudex", która ładnie się komponuje z poprzednim i obecnym wątkiem, a z którą nie miałem jeszcze bliższych okoliczności. Czy ta trylogia to fantastyka, czy też autor wiernie oddaje ducha epoki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fantastyka. I to (moim zdaniem) kiepska.

      Usuń
    2. Anonimowy

      Co do postawy Nienackiego, to gdzieś czytałem, że w jego okolicy była Anna Walentynowicz, żeby zejść SB z oczu. I kiedyś Nienacki zabrał ją na stopa, nie wiedząc z kim ma do czynienia. I zaczął tyradę o Solidarności, ze wszystkich tych "łobuzów" powinno się rozstrzelać. Ale z tym giętkim kręgosłupem, to chyba nie do końca, bo to był też ideowy komuch - i takim został po 1989 roku.

      Ja, Dago to totalna fantastyka luźno inspirowana historią. Czytałem dawno temu, ale z tego co pamiętam, to Dago (czyli Mieszko) miał byś synem olbrzyma - to właśnie taki klimat.

      Nie czytałem tomu 3 wydanego później i w mniejszym nakładzie. Ale akurat wczoraj zamówiłem w Wyd. Warmia jednotomowe wydanie. Tanio nie jest - 85 zł za wydanie na miękko. W każdym razie, jak się uporam z Żuławiami, to pewnie wezmę się za Dago.

      Usuń
    3. Sattivasa
      Ale od jakiej strony? Historii, psychologii?

      Usuń
    4. Nic mi się tam nie podoba.

      Usuń
    5. Bo ja wiem... Początek nawet mi się podobał, potem przymulające, a końcówka trochę odczapista.

      Ale jestem ciekaw, jak po latach odbiorę "Ja, Dago" - jutro powinno dojść. Muszę przyznać, że ta "Warmia" działa chyba nieźle - w niedzielę zamawiane, a już dziś dostałem SMS, że paczka idzie.

      Usuń
    6. Czyli nie warto czytać.

      Usuń
    7. "Sumienie" - z braku laku, na książkowym głodzie można wciągnąć. A "Ja, Dago" sądzę, że warto - pierwsze polskie slavic fantasy.

      Usuń
    8. Na głodzie?:)

      Czerwiec:
      1 Ludzkość. Historia, o jakiej nie mieliście pojęcia. - Tamim Ansary
      Pojęcia nie ma co to jest, ale autor ma ciekawe podejście. Nie wydarzenia, lecz opowieści kształtowały historię. Pewnie przez pół książki będę zbulwersowany, że jego wizja świata nie pokrywa się z moją:)

      2. Los Rzymu. Klimat, choroby i koniec imperium - Kyle Harper
      Tytuł mówi wszystko. Rzym ma w sobie coś magnetycznego.

      3. Co Polska i Polacy dali światu - Teresa Kowalik & Przemysław Słowiński
      Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B i C, bo w zamierzeniach ma to być trylogia. Mam nadzieję, że tym razem plagiatu nie było.

      4. 40 najsłynniejszych bitew z Indianami na zachodzie - Jarosław Wojtczak
      May i Wercic poszli w odstawkę, ale sam temat ma się dobrze.

      5. Robin Hood. W poszukiwaniu legendarnego banity - James Clarke Holt
      Pokłosie niesłabnącej sympatii do angielskiego serialu z połowy lat 80-tych "Robin z Sherwood", który jest dla mnie jedynie słuszną interpretacją legendy. Fakt, że żadnego Robina nie było, albo był Robinem zbiorowym, wcale mi tej opinii nie demoluje.

      6. Chwile przełomu. 25 wydarzeń, które zmieniły dzieje Polski - Praca zbiorowa
      Jedna z tych pozycji, o których z góry wiem, że połowa mnie wkurzy, ale może znajdę coś interesującego w drugiej połowie.

      7. Na zachód po trupie Polski - Bogdan Musiał
      Długo polowałem na tę książkę i wiele sobie po niej obiecuję.

      8. Detektywi na tropach zagadek historii - Jan Widacki
      Strzał w ciemno. Książka z lat słusznie minionych, kiedy jeszcze nie pchało się na kartki byle bzdury z internetu. No, ale niestety pchało się inne bzdury. Intryguje mnie "Największa zagadka polskiego średniowiecza", czyli król kontra biskup. Znów pewnie będzie Gall, Kadłubek i Długosz, oraz dociekanie, czy "traditor" to zdrajca, czy określenie lżejszego kalibru. A samo pytanie w dużej mierze pozostanie bez odpowiedzi. Zachwyciłem się, że nikt nie palnął obowiązkowej frazy reklamowej o wykorzystaniu w tekście najnowszych odkryć.

      9. Pytania z Kosmosu. Kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy - James Trefil & Neil Degrasse Tyson
      Czyli co tam się ostatnio wyrabia na dachu?

      10. Niepokonany w 28 walkach - Przemysław Osiak
      Rzecz o Gołocie. Bo lubię skecze Dańca.

      Usuń
    9. 11. Jak Związek Radziecki wygrał wojnę - Mark Siemionowicz Sołonin
      Niepodważalny dowód na to, że jestem drugowojennym szurem i zgadzam się, że Stalin chciał zaatakować Hitlera jeszcze w 1941 roku. Gdybym był Rosjaninem, bardzo bym się na Sołonina obraził, ale szczęśliwie nie jestem Rosjaninem. Np. Sołonin bezczelnie twierdzi, że głodowi w oblężonym Leningradzie można było bez problemu zaradzić, a na dokładkę dorzuca list partyjnego towarzysza, który zachwalał, że jego leningradzki jadłospis był jak z domu wczasowego. List z okresu, kiedy ludzie padali z głodu jak muchy, ale ci ludzie nie byli partyjnymi towarzyszami, więc zamiast wędlin dostawali chlebopodobne coś z dzienną dawką kalorii wykluczającą przeżycie.

      12. i 13 Powstanie i upadek III Rzeszy. Tom II : Hitler i droga do wojny./Tom III. Hitler i koniec III Rzeszy - William L. Shirer
      Bo odkryłem, że mam tom pierwszy, a pozostałych dwóch mi brak. W sumie jest to zakup odrobinę bezsensowny - czytałem Bullocka, czytałem Ulricha, mam Longericha, Tollanda, Evansa oraz Kershawa. Ale Ulrich słusznie zauważa, że każdy nieco inaczej podchodzi do tematu, a mnie niezmiennie zadziwia, jak wąsaczowi udało się dorwać do władzy, choć na dobrą sprawę nie miał na to szans.

      A w maju 24 książki.
      Jak ten partyjny towarzysz, na głód nie narzekam.

      Nie wiem, czy warto do tego wracać, ale chyba powinienem. Jeśli chodzi o "Czarownicę Zachodu", moja ocena była absurdalnie przedwczesna. Minęło trochę więcej niż 1/5 książki, zanim się zorientowałem, że tłumaczka nie jest kompatybilna z Wortman. Dopiero później mnie olśniło, że Galinda/Glinda = wortmanowska Gladiola. Od razu zrobiło się ciekawiej i moje zastrzeżenia zrobiły się dużo mniej sensowne, bo i panorama baumowskich postaci zaistniała szerzej. W sumie mam tylko jeden zarzut do tej książki. W pewnym momencie jakby mi kilkadziesiąt stron wywiało, bo przeskok od bohaterki koczującej gdzieś na końcu świata, do bohaterki dumnie noszącej miano czarownicy, wydaje mi przesadnie skrócony. Ona nie miała kiedy zaistnieć w zbiorowej świadomości. Równie wątpliwy wydaje mi się pomysł, że mogłaby pociągnąć za sobą jakieś armie. Była zaledwie gościem u kobiety, która drżała, że jej dzieci zostaną przez jej lud, że tak powiem, wyeliminowane w nieszczęśliwym wypadku. Albo wydawca Maguire'owi książkę przyciął, albo autor machnął na to ręką, sądząc, że nie jest to wątek najważniejszy. Tak, czy inaczej, od pewnego momentu czytało się znakomicie.

      Usuń
    10. >Tak, czy inaczej, od pewnego momentu czytało się znakomicie<.

      No, chociaż jeden mnie poparł :D Chyba sobie to jeszcze raz przeczytam, choć nie wiem jak będzie z czasem, bo właśnie dopinam zakup PRL-owskiej powieści historycznej z czasów naszych Sarmatów - jedyne 1800 stron z hakiem :D

      Usuń
    11. Czyżby Homines Novi ?

      Usuń
    12. Tak. Właśnie wyjąłem z paczkomatu :)

      Usuń
  5. Niezłego dinozaura tu odkopałeś, kiedyś zaczytywałam się w Panu Samochodziku, choć był dla mnie momentami zbyt przesiąknięty propagandą. Dobry pomysł z tymi dwoma ocenami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, dyniożarł. Ale książki nie mają czasu przydatności do spożycia - właśnie siedzę w historycznych z PRL-u, mam duże braki w biblioteczce. Z tego wniosek, że uzupełnianie biblioteczki to - w moim przypadku - niekończący się proces :D

      Usuń