Taka sobie opowiastka. Raczej nie horror, jak reklamowali, lecz dark fantasy (i to z elementami paranormal romance); mało klimatyczne. Dla mnie to poziom Margit Sandemo. Plus dużo ideolo – kobiety i diabły przeciwko opresyjnemu chrześcijaństwu i okrutnym mężczyznom.
Akcja zaczyna się w 1666 roku. Mamy niejaką Abithę, potomkinię długiej dynastii czarownic, którą nieszczęścia obsiadły, jak jakiegoś Hioba. Ojciec, biedak i pijak, sprzedał ją na żonę dla nieznanego (początkowo) purytańskiego kolonisty w Ameryce. O dziwo, okazuje się, że ów mąż jest i przystojnym, i dobrym człowiekiem; tyle że niedojdą, więc silna kobieta musi brać sprawy we własne ręce. Jednak nieszczęścia czyhają tuż za progiem – mąż Abithy zostaje zamordowany, a jego rodzina próbuje wyrzucić nieszczęsną z gospodarstwa. Oczywiście przychodzi ratunek.
I tu zaczyna się wątek fantastyczny – czai się w lesie. Pomyśleliście, że to fajnie, że trochę indiańskiego folkloru? O co to, to nie. To może z folkloru purytanów? Może trochę tak, ale ogólnie to nie. Wątek fantastyczny Brom wykombinował z... pseudonauki i jednej z form neopogaństwa.
Ta forma to wicca, w której główną rolę odgrywa wiara w Potrójną Boginię i Rogatego Boga (jeśli czytaliście felietony Sapkowskiego, to i on jest zafascynowany tym czymś). Wicca – wbrew temu co twierdzą „wierni” – jest tworem dość młodym, kilkudziesięcioletnim, który został wyprodukowany na podstawie tez pseudonaukowych (dziś, bo kiedyś to był mainstream).
![]() |
| Ulubiony obrazek wiccan: Francisco Goya, Sabat czarownic (1798) |
Prapoczątkiem tej formy neopogaństwa były prace dwóch niemieckich uczonych, Karla Ernsta Jarcke i Franza Josefa Mone z pierwszej połowy XIX wieku – twierdzili oni, że wczesnonowożytne polowania na czarownice były próbą stłumienia przez chrześcijan pogańskiego kultu, który tlił się wśród mądrych kobiet. Zdobyło sobie to pewną popularność, zwłaszcza po rozwinięciu przez antropolożkę Margaret Alice Murray (znana też po polsku praca: Wiedźmi kult w Europie Zachodniej. Studium antropologiczne z 1921 roku, kolejna jej książka to The God of the Witches z 1931) – ów rzekomy kult czarownic nazwała „religią radosną” (akurat jej wymysły można nazwać „twórczością radosną”). Zdaniem Murray, kult Rogatego Boga ciągnie się w Europie jak smarki, bo od paleolitu (brak źródeł nie był dla niej przeszkodą w formułowaniu takich tez). W Polsce te wszystkie prawiccańskie poglądy pseudonaukowe były znane przede wszystkim (bo innych za komuny chyba nie tłumaczono) z książki świetnego pisarza, ale naukowca miernego: Złotej bogini Roberta Gravesa.
Chwila na pośmianie: Murray twierdziła, że te wszystkie „małe ludki” itp. z podań ludowych są dowodem na istnienie aż gdzieś do XVI/XVII wieku karłowatej „rasy”, która wyznawała tę samą religię co czarownice. Wg niej, Joanna d'Arc oraz seryjny morderca, gwałciciel i pedofil Gilles de Rais także mieli być wyznawcami tego kultu. Sposób „dowodzenia” typowy dla pseudonauki, Murray to Däniken swoich czasów.
I też w końcu – aż dziw, że tak długo to trwało – w latach siedemdziesiątych ostatecznie obalono jej „hipotezy” (gdzieś tam to jeszcze kołatało do lat dziewięćdziesiątych). Jednak w wielu kręgach (np. znowu Sapkowski) utrwalił się pogląd, że rzekomi czciciele bóstw płodności, Potrójnej Bogini i Rogatego Boga, z zamierzchłej przeszłości mieli żyć w matriarchacie, zgodzie z przyrodą itd. itp. Wszystko popsuli źli chrześcijanie.
![]() |
| Ilustracja z książki |
Zanim książki Murray trafiły na odpowiedni regał, czyli ten z pracami pseudonaukowymi, podłapał te wszystkie bzdury niejaki Gerald Gardner, człowiek zupełnie bez wykształcenia, nie chodził nawet do podstawówki (czytać się nauczył z gazet). Już w młodości zdradzał ciągoty ku szurskim tezom, m.in. był zafascynowany spirytyzmem. Znając książki Murray, zaczął tworzyć w 1939 roku neopogaństwo wiccańskie. Jak sam twierdził, został wówczas przyjęty do istniejącego od starożytności kowenu czarownic. Potem jeszcze przeszedł fascynację sekciarskim chrześcijaństwem neoceltyckim i druidyzmem. W 1954 opublikował swoje przemyślenia w formie książkowej (co znamienne, przemowę napisała właśnie Murray). I voila, wicca gotowa.
Te bzdury były natchnieniem dla Broma. Czytelnicy chwalą jego „drugi” świat, świat magiczny, bo to dla nich coś oryginalnego, a wystarczy znać korzenie, żeby wrażenie nieszablonowości uleciało.
Oczywiście korzystanie z wymysłów Murray, Gravesa i Gardnera nie jest niczym złym, tyle tylko, że na rzeczywisty klimat północnoamerykański, indiański nie ma co liczyć. Zresztą, to właściwe nie ma żadnego klimatu, być może lepiej byłoby, gdyby Brom, znany wszak ilustrator, zrobił to w formie komiksu (choć tak szczerze, to rysunkowo też dla mnie to wielkiego klimatu nie ma, acz technicznie jest dobrze – a wiem stąd, że kilka ilustracji do Slewfoot jest na końcu książki/ebooka; to już lepsze są czarno-białe ilustracje otwierające rozdziały).
![]() |
| Ilustracja z książki |
Czyli klimatu brak, a do tego wszystko proste jak trzonek szpadla. Prosta historyjka, prości bohaterowie: dobre kobiety (no okej, nie wszystkie) i „diabeł”, źli – w najlepszym przypadku głupi lub słabi mężczyźni; mnie niespecjalnie los takich bohaterów ruszał. Dobre to pogańskie, złe – chrześcijańskie (uwaga! nie chodzi o katolików, tylko purytanów). Jest krzywda, jest zemsta...
Język też prościuteńki, taki „rzemieślniczy”, żeby nie było zbyt skomplikowane dla czytelnika (czy raczej czytelniczki, bo to chyba zostało stworzone dla nastolatek). Akcja zapycha szybko (choć są fragmenty niepotrzebnie przeciągnięte), więc czyta się to nawet nieźle, szczególnie końcówkę – dla mnie najlepszy i najbardziej klimatyczny był... epilog.
Tak, dotrwałem do epilogu, więc nie odradzam jednoznacznie. Można wykorzystać Slewfoot do „zabicia” nadmiar wolnego czasu. Jednak Zewowi nocnego ptaka Roberta McCammona to do pięt nie dorasta.
Jeszcze o ideolo, z trzech typowych baniek, mamy tylko feministyczną, bo LGBT zero, BLM też zero; jedyni niebiali – Indianie są przedstawieni nie tylko nie lepiej, niż biali, ale może nawet gorzej (wśród białych, zwłaszcza oczywiście kobiet, są dobrzy, wśród Indian nie ma).
Na koniec ostrzeżenie, bo nie wszyscy to lubią: powieść jest brutalna, pełna przemocy tak wobec ludzi, jak i zwierząt.
OCENA: 5/10.
G. Brom, Slewfoot. Opowieść o wiedźmie, tłum. Anna Standowicz-Chojnacka, wydawnictwo: Akurat, Warszawa 2025, stron: 512.
Zob. też:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz