Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 1 lutego 2026

Jerzy Cepik, Słowianie

Potwornie mnie ta książka wymęczyła i zawiesiła czytelniczo na dwa tygodnie. Nie dlatego, że jest zła. Jest specyficzna.


Autor już dziś raczej zapomniany, szczególnie jeśli chodzi o jego beletrystykę, bo książki popularnonaukowe bywają jeszcze czytane. Warto choć kilka zdań o nim napisać, bo to istotne dla zrozumienia pewnych elementów powieściowych. Był Wielkopolaninem, poznaniakiem (nową normę nakazującą pisanie nazw mieszkańców miast wielką literą będę olewał, bo uważam, że jest idiotyczna). W momencie wybuchu II wojny miał zaledwie dziesięć lat, ale to nie przeszkodziło mu zaangażować się w działalność polskiego podziemia, za co został uwięziony przez gestapo, a następnie wysłany do obozu karno-śledczego w Żabikowie, który sami Niemcy nazywali obozem krwawej zemsty. Po wojnie dobrze się odnalazł w komunie, chyba był pupilkiem nowej władzy, a na pewno w wymiarze regionalnym – często wielkopolskie gazety jakąś jego książkę nominowały w wyborach Najbardziej Interesującej Książki roku, był też prezesem Związku Literatów Polskich w Poznaniu, a nawet członkiem Międzynarodowego Centrum Intelektualistów w Chinach.

Jak wynika z jego życiorysu, musiał zarówno z przeżyć wojennych, jak i powojennych żywić dużą niechęć do Niemców i pewnie mieć poglądy panslawistyczne (te komuna lubiła, bo uzasadniały wieczny, zapisany od 1976 roku w Konstytucji PRL, „sojusz” ze Związkiem Sowieckim). Komuna lubiła też autochtonizm, czyli teorię (jeszcze gdzieś kołaczącą, ale odchodzącą do lamusa) zakładającą, że wszyscy Słowianie wywodzą się z Polski. Wg różnych wariantów praojczyzną Słowian miały być ziemie między: Odrą i Bugiem, Wisłą i Dnieprem, a w skrajnym przypadku Łabą i Dnieprem – Cepik był wyznawcą tej ostatniej, która nawet w PRL nie cieszyła się wielką popularnością, a od końca lat siedemdziesiątych jest wręcz pseudonauką (ostatnim Mohikaninem tej „teorii” jest prof. Jerzy Nalepa – nie wiem czy jeszcze żyje, nie znalazłam nigdzie informacji, jeśli tak, to w tym roku skończy sto lat).

No i właśnie w tej powieści Cepik dał upust swoim poglądom tak na przodków Niemców, jak i na dzieje Słowian. Gdybyśmy mieli to oceniać współczesnymi kryteriami, to jest to turbosłowiańska historia alternatywna. Oczywiście nie była takową w momencie napisania (wydanie pierwsze to 1970 rok). Stąd też u mnie pewne problemy z zakwalifikowaniem tego gatunkowo – określenie „powieść historyczna” nie chce mi przejść przez klawiaturę. Z drugiej strony mam też opór przed wrzuceniem do szuflady z napisem „fantastyka” (historia alternatywna), bo nie było nią w 1970 roku. Może ukuję neologizm: sfantastyczone – czyli coś, co w swojej epoce nie było fantastyką, ale dziś już jest (czyli się sfantastyczyło).

Co warto dodać: Jerzy Cepik nie był pierwszym takim „turbosłowianinem” literackim w PRL-u. Poprzedziła go Saturnina Leokadia Wadecka, która kilka lat wcześniej zaczęła wydawać swoją trylogię także z akcją w czasach rzymskich (w pierwszym tomie mamy nawet motyw bardzo podobny do Słowian Cepika): Miecz Gościwita (1966), W rodzinnym gnieździe (1968), Lestek (1971). Z tym że trylogia Wadeckiej to typowe młodzieżówki, natomiast Cepik może być dla nastolatków zbyt trudny.

Akcja Słowian zaczyna się w II wieku naszej ery, za czasów Marka Aureliusza, cesarza rzymskiego od 161 do 180 roku. Słowiańskie plemiona zamieszkują tereny od Łaby do Dniepru, albo i jeszcze dalej. Jednak wciskają się Germanie – między Łabą i Odrą, na prasłowiańskich ziemiach są już większością, a mniej liczni Słowianie są uciskani. Nazwy owych słowiańskich ludów Cepik sam wymyśla (bo niby skąd miałby je wziąć?), np. okolice wielkiego handlowego ośrodka Calisii zamieszkuje plemię Kaliszów.

Nieoczekiwanie Germanie proponują Słowianom sojusz przeciwko Rzymianom. Dochodzi do wojny z Romą, jednak już wtedy mają miejsce ostre nieporozumienia między aliantami. Przecież wiemy, jak to się skończy: wielką wojną Słowian z odwiecznymi wrogami, przodkami Fryderyka II, Bismarcka i Hitlera – Germanami.

Jak to ujął Piotr Kuncewicz w piątym tomie swojego dzieła o literaturze polskiej od 1918 roku: Wszędzie tu naszych się chwali, przeciwników zaś potępia. Słowianie, jako masa, są dobrzy. Oczywiście zdarzają się złe jednostki, ale ich zło wynika z tego, że postępują wbrew przejętym standardom. Jakie to standardy? o np.: Między plemionami Słowian hańbą bowiem było szczycić się swoim okrucieństwem, okrucieństwo blasku nie dawało żadnemu mężowi, dopuszczonemu do drużyny.

Co innego Germanie – bieda i dzicz, jeden z ich wodzów nawet żre surowe, ledwie oczerniałe na ogniu mięso (str. 181). Nie potrafią gospodarzyć, ich gleba jest wyjałowiona, dlatego łakomie patrzą na tłuste, wydarte puszczy pola Słowian i słowiańskie dostatki (180). Tak wrzucę cytat z innego dzieła: Liczni rolnicy tłuste przewracają role – tak, to Homer, Iliada. I jeszcze do niego zajrzymy, bo niektóre zdania wręcz brzmią, jakby je grecki ajoda napisał (zresztą nie tylko zdania, ale o tym niżej).

Podczas wojny ludy słowiańskie się jednoczą (może jestem nadmiernie podejrzliwy, ale wietrzę tu komunistyczną propagandę: Słowianie mają szansą w walce z Germanami, czyt. złym Zachodem, tylko jeśli się zjednoczą, czyt. pod przewodnictwem Związku Sowieckiego). Walki mają skalę iście homerycką. Niestety, Cepik opisuje to nieco dziwacznie – zero dramaturgii, bitwy zbywane kilkoma zdaniami, przy których człek się zastanawia czy to proza, czy poezja... Proszę, opis jednej z bitew (sojuszu germańsko-słowiańskiego z Rzymianami), praktycznie w całości:

Arminiusz bronił się mężnie, jako i inni jego towarzysze, osadzeni w strażnicach Wału. Młody Arminiusz, smukły i srebrzysty w metalowym pancerzu, szedł na czele swoich najbitniejszych kohort w ostatni bój, wiedząc już, że bogowie przysądzili mu klęskę, że Milon nie zdąży do strażnic Renu. A Germanie, pospołu ze swymi kobietami, wołając imienia Wotana runęli na Rzymian ze wszystkich stron, półnadzy, straszni, o malowanych torsach, umazanych krwią rękach, licho uzbrojeni, popadłszy w szał, pchali Rzymian w głąb płonącej strażnicy, gruchotali ich czaszki uderzeniami tarcz, cięli ostrymi framejami. Wotan chłeptał do nocy krew pokonanych, trawione w ogniu głowy pobitych ukazywały nagie kości czaszek – zdobycz cenioną przez każdego z germańskich wojowników. Wotan chichotał, ryczał, wzywał pomocy Donara, gdy kamienne budynki warowni nie chciały się poddać płomieniom, Wotan ryczał szalony gniewem, Wotan zwyciężał. (str. 37).

Jak widać, konkretów tu co kot napłakał. Wrócę jeszcze do fragmentu: Młody Arminiusz, smukły i srebrzysty w metalowym pancerzu. Co Wam to przypomina? Bo mnie to: Jeden wyższy Achilles: bo jako we zbroi najdzielniejszy był rycerz, tak i kształtny w ciele – tak, to znowu Homer. Albo Wotan ryczał szalony gniewem (Cepik) – doniośle zaryczał bóg Ares (Homer).

Przytoczony opis bitwy jest jeszcze całkiem długi, bo niektóre Cepik „potraktował” jednym zdaniem. Np tę, wielka wojna, upadek jednego z najważniejszych grodów:

Fridewulfus właśnie palił gród Krzana. Krzan był zabity. Szczek uszedł w puszcze wraz z gromadami wojowników, którzy zostali przy życiu. (s. 179).

Z drugiej strony nie szczędzi nam opisów rzeczy, które czytelnika zdecydowanie mniej łechtają, nieraz zmienia się przy tym w przewodnika wycieczki, niestety, przynudzającego. To was też wynudzę (acz bez przesady, skracam, bo w powieści ciągnie się to przez trzy całkiem spore akapity):

Omińmy puste za wrotami zagrody dla bydła (...). Przekroczmy wysoki próg. Staniemy w izbie obszernej, dosyć ciemnej, z wyciętym w dachu otworem, gruba słomiana czapa podtrzymywana dobrze ociosanym sośniaczkiem. W izbie ławy, wysokie gliniane dzbany z ziarnem, piec do pieczenia chleba, małe żarna, z jednego pnia uczyniona kierznia przykryta płótnianką, ogień na porządnym, kamiennym palenisku, obok, osobno, rożen. Na jednej ze ścian broń do polowania, więc tedy mały oszczep, łuk tęgi, strzały w koszu, sieć do łowienia małego zwierza, na drugiej ścianie police gładkie, na nich dzbany, naczynia drewniane i gliniane różnego przeznaczenia, pod nimi stół, podobny do wielkiej ławy, na nim misa z mlekiem i drewniane talerze. (str. 26-27).

Taką precyzję też znajdziemy u Homera, np. (Odyseja):

Wnętrze komnat pałało. Ściany, wyłożone
Miedzią, biegły to w jedną, to w drugą znów stronę,
Od progu w głąb i głębiej; wkoło gzyms niebieski;
Wewnątrz w każdej świetlicy drzwi ze złotej deski (...)
Pod ścianami szły stołki; na stołkach zaś dziane
Kobierce, ręką niewiast misternie wyszyte.
Tam siadają feackie pany znamienite
Jedząc, pijąc; nie zbywa nigdy im na niczem.
Na podstawach dokoła z młodzieńczym obliczem
Stały złote posągi trzymając kagańce
Gościom przyświecające przy nocnej hulance.
Pięćdziesiąt tam niewolnic krzątało się w dworze.
Te obracały żarna, mieląc płowe zboże (...).

Choć tam, gdzie Cepik opisuje rzeczy związane z wierzeniami pogańskimi, muszę przyznać, że robi klimat.

Arnegundis kazała głosić, że odnalazła we śnie źródła Mimir, poszła tam o świtaniu, popłynęła powietrzem, uniesiona wichrami...
– Co widziałaś, boska Arnegundis? – zapytywał ding [wiec – pm] Semnonów, na który poproszono przybyszów z innych plemion, chcących posłuchać głosu świętej Arne.
– Widziałam – mówiła cicho Arnegundis – widziałam w źródle Mimir oko Odyna-Wotana... 
Nikt nie oglądał dotąd oka Wotana-Odyna ukrytego w źródle Mimir. Wojownicy zgromadzeni na dingu Semnonów zadrżeli.
– Co ujrzałaś w oku Wotana, święta Arne? – zapytywali.
– Widziałam dymy i pożary, widziałam kikuty puszcz wojowników Wotana, porzucone ich tarcze, spopielone osady i święte gaje, oglądałam zdradę kuninga Fridewulfusa, który przybył zza morza na wezwanie mojego ojca i na wezwanie Bertramnusa. Widziałam śmierć Bertramnusa, godną pohańbionego wojownika, widziałam trupy kobiet naszych i dzieci naszych, widziałam odchodzącego Fjolsvidha. Okrywał oblicze tajemnym swoim płaszczem i wołał, że odwraca się od zwyciężonych wojowników. (str. 179-180).

Językowo jest to nader sprawnie napisane. Mamy co prawda masę powtórzeń, np. kolejne zdania w jednym akapicie (str. 208):

odparli potężne uderzenie Markomanów
jęli gonić przerażonych (...) Markomanów i Kwadów.
popędzili tej nocy Markomanów (...).

Albo, ten sam akapit: zaczną zajmować ziemie Markomanów. Jeszcze słabi teraz. Kiedyś - Sześciooki zezwoli Łaskawy – zajmą Markomanom ziemie. Jednak nie są to błędy – to celowy zabieg. Pasuje to do tego dzieła.

Ale choć sprawnie napisane, choć akcja niby wartka, to w ogóle tego nie czuć. Co gorsza, książka wymaga maksymalnego skupienia, bo mamy nie tylko potok nazw własnych (imion, nazw geograficznych), lecz także jesteśmy bez jakiegokolwiek „ostrzeżenia”, nieraz w tym samym akapicie rzucani z jednego miejsca w inne oddalone o setki kilometrów. A o skupienie przy czytaniu Słowian niełatwo, bo to jest przynudzające.

Jeszcze jedna ciekawostka. Cepik „miesza” czasy – czasami narracja jest w przeszłym, czasami teraźniejszym, a czasami nawet opisuje wydarzenia teraźniejsze lub minione w czasie przyszłym:

Konni gońcy ludu Kaliszów dojdą kroczącego Czernina, dojdą Warcibora. Warcibor po naradzie z wojennym wodzem, po radach z wodzącymi tysiączne drużyny słowiańskich ludów – powie: (...). (str. 286).

Skądś to znamy, prawda? O np. Wśród Trojan Hektor powie – znowu Homer.

Bohaterowie... Głównego trudno wskazać, tu raczej mamy dwóch pierwszoplanowych bohaterów zbiorowych, nader uproszczonych: dobrych Słowian i złych Germanów. Jednostki są zarysowane słabo, przy czym poznajemy je raczej przez działanie, niż przemyślenia.

To wszystko co dotąd napisałem, prowadzi do jednego wniosku (i niech nas nie zmyli prozatorski charakter Słowian): nie mamy do czynienia z „normalną” powieścią, lecz z eposem i to wyraźnie inspirowanym Homerem. Cepik chciał stworzyć epopeję o prapoczątkach Polski, o potrzebie słowiańskiej jedności i odwiecznej wrogości Słowian i Germanów. Może nawet żywił nadzieję, że zostanie polskim Homerem? Jeśli tak, to nie wyszło – jest dziś zapomnianym pisarzem.

W każdym razie do tematu podszedł nader ambitnie. Przy czym, co trzeba podkreślić, panuje nad językiem, nad rozbudowaną fabułą, nad mrowiem bohaterów. To nie jest słabe – to jest inne, dziwne, opowieść snuta w stylu, do jakiego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Obiektywnie, Cepik stworzył dzieło dobre, może nawet bardzo dobre. Jednak „nieczytalne” i przestarzałe jeśli nie o tysiące, to na pewno o setki lat. Współczesnego czytelnika Słowianie mogą wymęczyć, a nawet zamęczyć. Tym bardziej że jest to długie – niby 520 stron to dziś standard, ale czcionka dość skromna, (w Magu spokojnie zrobiliby z tego ponad tysiąc, a Fabryka Słów czy Vesper pewnie co najmniej 1200-1300).

Niestety, korekta nie podeszła równie ambitnie i stąd pojawiają się błędy, w tym – o zgrozo – ortograficzne, jak np. Młody, zimny jako lud, nieubłagany (str. 224).

Po tym co napisałem, chyba nikogo nie zdziwią dwie oceny.

Ocena obiektywna: 8/10.
Ocena „czytalności”: 3/10.

J. Cepik, Słowianie, wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1970, stron: 520.


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz