Kiedy Pan Bóg zapytał Moora: „Chcesz napisać książkę dobrą czy rozrywkową?”, Moor odpowiedział krótko: „Tak”. Acz nie od razu mamy łechtanie czytelnika – gdybym nie trzymał się zasady, że staram się przeczytać chociaż pierwsze sto stron, to bym porzucił w okolicach trzydziestej. Po prostu: prolog (zatytułowany: Muzyka na początku) jest przymulający i właściwie niepotrzebny. Trzeba go przebrnąć, ale warto.
Swoją drogą Londyn ma literackie szczęście (Neil Gaiman, Kate Griffin, Diana Gabaldon) i nieszczęście (Ben Aaronovitch, znowu Diana Gabaldon), a czasami szczęście w nieszczęściu (China Miéville). Chyba nie ma na świecie drugiego miasta, które tak lubiliby twórcy fantasy (i nie tylko Anglosasi, bo np. Donlon „naszej” Magdaleny Kubasiewicz to ewidentnie fantastyczny Londyn).
Do rzeczy. Główny bohater Wielkiego Kiedy, Dennis Knuckleyard, to na pozór typowa postać z YA Ideolo. Osiemnastoletni sierota wychowywany przez antykwariuszkę Adę, nader specyficzną personę.
Kiedy miał czternaście lat i zmarła jego matka, Ada przygarnęła go i pozwoliła mu u siebie zamieszkać, o ile tylko – jak to ujęła – będzie na siebie, kurwa, zarabiał i nie będzie, kurwa, traktował jej jak matki. O tym drugim nie mogło zresztą być mowy: matka Dennisa była miła i sympatyczna, w odróżnieniu od rzężącej lokomotywy wzgardy i złości, jaką była Kaszląca Kostucha. (s. 38).
Takowi bohaterowie z YA Ideolo są powołani do wielkich rzeczy. I Dennisowi Knuckleyardowi też się to przytrafia. Wysłany przez Adę po zakup kartonu książek Arthura Machena, jako bonus nabywa Londyńską przechadzkę niejakiego Thomasa Hampole. Problem jest taki, że w naszej rzeczywistości ta książka nie istnieje – pochodzi z innego Londynu, o którym wiedzą nieliczni wtajemniczeni, a jeszcze bardziej nieliczni mieli okazję go zobaczyć. Obecność Londyńskiej przechadzki w naszym świecie będzie prowadzić do wielu nieszczęść, a szczególnie zagrożony jest, naturalnie, jej aktualny właściciel. Dennis musi pozbyć się książki, jeśli nie da rady inaczej, to odnieść ją do drugiego Londynu.
Nie jest to proste, bo jakoś trzeba się tam dostać. I nie jest bezpieczne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, bo drugi Londyn zamieszkują potężne i niekoniecznie miłe istoty. Po drugie, bo wolumin chce zdobyć Jack Spot, król półświatka. Na jakiego grzyba gangusowi książka? To już musicie przeczytać.
Jednak Wielkie Kiedy to nie jest YA Idolo, a Dennis nie jest typowym bohaterem takowych opowiastek. To zwykły nastolatek, nieco stłamszony przez Adę, mający tylko dwóch przyjaciół – poznał ich, kiedy zajrzeli do antykwariatu – nieco starszych od siebie: początkującego prawnika i dziennikarza, a potem jeszcze poznaje młodą prostytutkę.
cały czas uważają cię za mojego alfonsa (...). Powiedziałam, że lubisz mnie chłostać cuchnącymi wodorostami, nic lepszego nie przyszło mi do głowy.... A kiedy to łyknęli, dodałam jeszcze, że lubisz to robić ubrany w same kalosze i zydwestkę. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że nabrałeś w ich oczach szacunku. Mimo że uważają cię za odrażającego zboka. (s 246).
Akcja toczy się w chyba mało typowym dla fantasy okresie – tuż po II wojnie światowej, kiedy w Wielkiej Brytanii panuje jeszcze powojenna bieda, a wiele budynków jest zrujnowanych po niemieckich nalotach. Spotykamy też postaci historyczne.
![]() |
| Londyn po niemieckich nalotach |
Przykładowo, wspomniany Jack Spot naprawdę istniał, Spot to przydomek, a naprawdę nazywał się Jack Comer. Ba, choć tego w powieści już nie ma, pochodził z Polski! Jego rodzice (matka z domu Lifschinska) byli łódzkimi Żydami, którzy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii. Jack Spot był królem londyńskiego półświatka do połowy lat pięćdziesiątych XX wieku; zmarł w 1996 roku.
![]() |
| Jack Spot |
Inny przykład: postacią historyczną jest także czarnoskóry Peter Carl McKay, znany jako Prince Monolulu. I naprawdę był typerem wyścigów konnych, naprawdę podawał się za abisyńskiego księcia (w rzeczywistości pochodził z Wysp Dziewiczych, które wówczas były duńską kolonią), naprawdę siedział w obozie Ruhleben; nawet sprawa z koniem Spion Kop jest prawdziwa (na zakładzie dotyczącym tego wyścigu Prince Monolulu zarobił ówczesne osiem tysięcy funtów, co odpowiada współczesnym czterystu tysiącom).
![]() |
| Peter Carl McKay (Prince Monolulu) |
Z obozem Ruhleben, stworzonym przez Niemców na początku I wojny światowej, mamy, niestety, w powieści ideologiczne kłamstwo. Otóż, wg Moora, niemieckie władze jakoby wpadły na pomysł internowania kolorowych (s. 25). W rzeczywistości był to po prostu obóz dla obywateli państw będących w stanie wojny z Cesarstwem Niemieckim i większość osadzonych była biała – głównie obywatele Wielkiej Brytanii i jej dominiów. Owszem, McKay nie był jedynym Murzynem osadzonym w Ruhleben (był też np. brytyjski olimpijczyk Harry Edward), jednak czarni byli tam zjawiskiem rzadkim.
Postacią historyczną jest również Jack Żelazna Stopa (Jack Rudolph Neaves zmarły w 1959 roku), ciekawa postać – czegóż to on w życiu nie robił; jako dziecko siedział w poprawczaku, potem włóczył się z Cyganami, prowadził burdel, w końcu został okultystą (wg jednego z ówczesnych dziennikarzy, był bardziej sympatyczną wersją Aleistera Crowleya). Naprawdę istniał także artysta i okultysta Austin Spare.
![]() |
| W 2018 roku zostały wydane wspomnienia Jacka Żelaznej Stopy |
I ten Londyn, historyczny i magiczny zarazem, żyje pod piórem Moore. Trzeba oddać autorowi, że ma nadzwyczajną lekkość pióra (co mnie nieco zaskoczyło, bo kojarzyłem go dotąd głównie jako scenarzystę komiksowego, a do tego wystarczy mieć dobre ucho do dialogów); czasami go wręcz ponosi i balansuje nad przepaścią o nazwie Grafomania (ale czy w nią spada, to już każdy indywidualnie musi ocenić). Mnie podobały się jego porównania, jego plastyczne opisy, jego umiejętność wciągającego ukazywania spraw pozornie mało interesujących (przykładowo, ciągnące się przez wiele stron zwiedzanie wystawy obrazów).
Tęczówki jej oczu, obsypane szarymi i zielonymi cętkami, wyglądały jak zatopione w wodzie szklane kulki skolonizowane przez glony. (s. 40).
Bardzo brytyjska powieść, chyba najbardziej brytyjska jaką czytałem – cóż, powieść ze świata, który przemija, a raczej popełnia samobójstwo. Brytyjska nie tylko dlatego, że autor jest Brytyjczykiem, że miejscem akcji jest Londyn. Brytyjska przez klimat – knajp, środowiska artystów i okultystów, dziennikarzy i prawników, biedoty i gangsterów. Brytyjska przez poczucie humoru.
Jeszcze o tym nieszczęsnym prologu. Po zakończeniu książki przeczytałem go jeszcze raz – i kiedy już wiedziałem czego szukać (bohaterów powieści, „przebić” z innego Londynu), lektura była znacznie przyjemniejsza. Może trzeba prolog czytać jako epilog...
Na koniec słowo o autorze. No nie jest to typ z gatunku tych, których cenię, mówiąc krótko: jest szurem. Ma poglądy skrajnie lewicowe, anarchistyczne; choć nie wierzy w istnienie Boga, nie jest ateistą, lecz okultystą i kabalistą – wierzy w magię, a nawet ją praktykuje. Na szczęście, nie za poglądy cenimy pisarzy, a z drugiej strony, można rzec, że Moore zna się na tym, o czym pisze.
Wielkie Kiedy to początek cyklu, który ma mieć pięć tomów. Tom drugi – I Hear a New World – jest już w świecie anglosaskim dostępny w przedsprzedaży, ma się ukazać w maju (i mam nadzieję, że szybko zostanie wydany w Polsce – Wielkie Kiedy miałem z biblioteki, ale jak się ukaże tom drugi, to nabędę i pierwszy).
Lektura Wielkiego Kiedy była dla mnie radochą porównywalną z czytaniem Jonathana Strange i pana Norrella Susanny Clarke, gdyby to była samostojka dałbym co najmniej 9/10, ale to początek cyklu, więc będzie nieco mniej.
OCENA: 8/10.
A. Moore, Długi Londyn, t. 1: Wielkie Kiedy, tłum W. Szypuła, wydawnictwo Echa (imprint Czarnej Owcy), Warszawa 2025, stron: 432.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz