Doczytałem pierwszą (z trzech) trylogię z tego cyklu, ale czy będę dalej brnąć? Przypuszczam, że wątpię, no chyba że mnie bardzo przyciśnie na militarną space operę, a nic sensowniejszego nie znajdę.
Początek to wypisz wymaluj Battlestar Galactica. Stary okręt kosmiczny „Konstytucja” ma być wycofany ze służby i przerobiony na muzeum, ale atakują obcy i zabytek staje się ostatnią nadzieją ludzkości... I taka jest cała ta powieść, za grosz oryginalności. Do tego bardzo to naiwne, choć nie spada na samo dno (na którym leżą powieści Larsona – jednak lepsze od Larsona jest niemal wszystko).
Fabuła. Kiedyś tam Ziemię zaatakowali obcy – Rój. Z nieznanych powodów wycofali się przed ostatecznym zniszczeniem ludzkości gdzieś w odległe rejony galaktyki. Tu akurat Webb słusznie założył, że po siedemdziesięciu pięciu latach spokoju, ludziom znudzą się zbrojenia, zaczną uważać, że wydawanie kasy na armię to bezsensowna fanaberia – no i ziemskie siły zbrojne wyglądają mniej więcej tak, jak obecnie armie państw Europy Zachodniej.
„Teraz” Rój znowu atakuje – z zaskoczenia. Znaczna część ziemskiej floty kosmicznej zostaje zniszczona, zadanie ocalenia świata spada na „Konstytucję”, jej chorego na raka kapitana Grangera, któremu zostało kilka tygodni życia, pierwszego oficera Hawsa – alkoholika i komandor Shelby Proctor, która znalazła się w tym dość przypadkowo, bo jej zadaniem było przerobienie „Konstytucji” na muzeum (proszę się nie sugerować stopniami wojskowymi, bo tu tłumacze i redaktor się nie popisali, znowu mamy przekład na zasadzie: „bo tak się mnie kojarzy”, a nie kontekstowo, więc znowu kapitan może być albo wyższy, albo niższy stopniem od komandora). Zdradzę coś pisząc, że ta wesoła gromadka uratowała ludzkość, a potem to powtarzała wielokrotnie?
Tak na marginesie, Granger jest chory na raka, jak prezydent Roslin z Battlestar Galactica, Haws jest alkoholikiem, jak Saul Tigh z Battlestar Galactica. Obcy potrafią ukrywać swoich agentów wśród ludzi – tak jak Cylonii z Battlestar Galactica. Kalki, kalki, kalki...
Ale żeby tylko kalki... W wykonaniu Webba ci bohaterowie są słabo, naiwnie wykreowani. Shelby Proctor, mająca zerowe doświadczenie w dowodzeniu okrętami wojennymi, od razu okazuje się geniuszką w tym zakresie (zaryzykuję jednak tezę, że przy tak skomplikowanej broni, nawet największy geniusz nie zastąpi wiedzy i doświadczenia). Co więcej, pani komandor okazuje się także geniuszką naukową i to z różnych dziedzin – ciekawe czemu wcześniej nikt tego nie dostrzegł, a może zgenialniała dopiero po wejściu na pokład „Konstytucji”? Postać skrajnie niewiarygodna – space opera z zasady powinna mieć geniusza, ale jednak w innych dziełach są to ludzie, których droga życiowa i naukowa wyglądają wiarygodnie, a nie supermózg wyjęty jak królik z kapelusza.
Z innymi bohaterami nie jest lepiej. Dowódca wojskowy, Norton, jest skrajnym idiotą – taki typ powinien umrzeć z głodu, bo jest tak głupi, że powinno go przerastać trafienie łyżką do papy, natomiast Webb próbuje mnie przekonać, że to człowiek, który skończył szkołę oficerską, a potem tylko awansował. Podobnie skrajnym idiotą jest wiceprezydent Isaacson, no wybaczcie, ale skrajni idioci nie stają na czele głównych partii. Prezydent Avery też momentami zachowuje się, jakby była niepełnosprytna. W każdym razie, poziom zidiocenia bohaterów skutecznie niwelował u mnie przyjemność z lektury.
Są też obcy – równie wiarygodni jak inni bohaterowie. Jednak, żeby gatunek zbudował kulturę materialną, muszą być spełnione pewne warunki. Przykładowo, być może gatunek mający ciało w formie kuli bez kończyn mógłby być inteligentny, ale co z tego, skoro nigdy nie zbudowałby kultury materialnej – nie zbudowaliby już patyka do grzebania w ziemi, a co tu dopiero mówić o okrętach kosmicznych; ich inteligencja pozostałaby wewnątrz, a na zewnątrz byłaby bezobjawowa. No jak taki gatunek miałby przeskoczyć cały rozwój militarny, od pięściaka po broń atomową, i nagle wyskoczyć z promieniami antymaterii i sztucznymi czarnymi dziurami?
Skoro przy militariach jesteśmy, to ziemskie dokonania w tym zakresie wyglądają równie wiarygodnie. Webb, człowiek podający się za naukowca i współpracownika agencji kosmicznej (NASA), przed zaledwie dekadą nie przewidział rozwoju sztucznej inteligencji i bezzałogowych środków walki (czyli dronów). Jak poczytacie o taktyce wdrożonej przez kapitana Grangera, to zrozumiecie czemu to jest bezdennie głupie. Zresztą głupie nie tylko pod względem rozwoju dronów, ale także od strony psychologii ludzkiej – dowódca walczący w tym stylu, nawet gdyby jego przełożeni nie reagowali, to szybko zostałby uśmiercony przez podwładnych.
Inna rzecz to tempo w jakim ludzie produkują okręty kosmiczne – w tak krótkim czasie to mogliby zbudować najwyżej kilka rowerów.
Jeszcze o polityce międzynarodowej na Ziemi: fantastyka zazwyczaj jest jakimś odbiciem swoich czasów i ciekawe jest to, że autor znowu czegoś nie przewidział i głównego rywala Ameryki (Zachodu?) widział w Rosji, a nie Chinach. Być może w 2015 roku nie wszyscy wiedzieli, jak rozwija się Państwo Środka i dokąd to prowadzi, ale jednak było do przewidzenia, wszak nie mamy do czynienia z nagłym wybuchem supermocarstwowości (choć rzeczywiście działo się to szybko, w końcu Chiny – obok Polski – są najszybciej rozwijającym się państwem od 1990 roku).
U Webba Chiny są wciąż czerwoną, zacofaną satrapią, a kłody pod nogi Zachodowi rzuca Rosja – i tu trzeba oddać autorowi, że na Rosję i Rosjan ma dość trzeźwe spojrzenie, w 2015 można by go uznać wręcz za rusofoba – dziś granica między rusorealizmem a rusofobią znacząco się przesunęła, więc patrzymy na to inaczej, ale w 2015 takie teksty to pewnie było grubo:
Szczęśliwym zrządzeniem losu kontrolowana przez nich [Rosjan – pm] przestrzeń wyszła z wojny z Rojem relatywnie bez szwanku. Zniszczenia kontynentalnej Rosji były niemal tak rozległe jak Ameryki Północnej, ale rosyjskie kolonie w znakomitej większości uniknęły ataków. Może były za małe? A może po prostu odór wódki przebił się przez atmosferę i zaatakował zmysł powonienia obcych?
Choć te kawałki mogą się podobać, to jednak założenie, że Rosja będzie jednym z dwóch głównych mocarstw w 2650 roku jest mocno na bakier z tym, co o tym kraju wiemy – mówiąc krótko: Rosja zdycha, dziś jeszcze jest zdolna do atakowania sąsiadów, ale z ligi supermocarstw już się wypisała, a to dopiero początek upadku.
Finał. Webb próbuje mnie przekonać, że plan jednego z czołowych ziemskich polityków jest genialny – przykro mi, ale dla mnie to brzmi jak majaczenie idioty.
Czyli jest to naiwna, infantylna, pełna kalek opowiastka z niewiarygodnymi bohaterami i niewiarygodną fabułą (co dotyczy tak działań militarnych, jak i ziemskiej polityki).
To piąta militarna space opera z wydawnictwa Drageus, którą zacząłem czytać – na razie do przeczytania nadawała się jedna, i to akurat polska (Domagalskiego), cykle anglosaskie (dwa razy Larson, Currie i teraz Webb) są, niestety, poniżej poziomu czytalności.
OCENA: 3/10.
N. Webb, Stara Flota, t. 1: Konstytucja, tłum. M. i M. Bojko, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2016, stron: 352.
N. Webb, Stara Flota, t. 2: Wojownik, tłum. M. i M. Bojko, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2017, stron: 330.
N. Webb, Stara Flota, t. 3: Wiktoria, tłum. M. i M. Bojko, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2017, stron: 330.
Podobne notki:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz