spotkanie z duchami bywa doświadczeniem wysoce destruktywnym dla umysłu, a czasem i bielizny.
Urban fantasy w klimacie kryminału noir. Bardzo wtórny, choć sprawnie napisany fast food.
Mike Carey bardziej znany jest jako komiksowy scenarzysta. I na tym gruncie popełnił coś podobnego, w latach 2002-2006 był scenarzystą serii Hellblazer, której głównym bohaterem jest angielski egzorcysta John Constantine.
Nad Moim własnym diabłem zaczął pracować pewnie pod koniec współpracy przy Hellblazerze, bo oryginalnie powieść ukazała się wiosną 2006 roku. I pewnie ten komiks odcisnął swoje piętno, choć bardziej – moim okiem – widoczne są wpływy innego cyklu urban fantasy: Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera.
Akta Dresdena czytałem, przerobiłem bodajże pięć tomów, do tego obejrzałem serial, ale nic tu nie pisałem. Dlaczego? Rzecz prosta: od razu nie miałem czasu, a po jakimś tygodniu już niewiele pamiętałem – szybko z głowy ulatuje i właściwie słusznie, bo to jak zjedzenie hot doga pod stacją Orlenu, może nawet smakować, ale nie ma powodu, żeby to utrwalać w pamięci.
Ta sama sytuacja jest z Moim własnym diabłem. Podczas lektury miałem wrażenie, że czytam jakiś fanfik – napisany na poziomie porównywalnym z pierwowzorem – do Dresdena. Ten sam bohater, tylko nazwisko inne, niektóre rozwiązania fabularne wręcz na pograniczu plagiatu. Tyle że świat Butchera jest bogatszy w magiczne istoty (chyba, bo pamiętam niewiele). Zdaje się, że Carey zna też cykl Prywatny detektyw Garrett Glena Cooka, a w każdym razie jeden z bohaterów Mojego własnego diabła (Nicky) przypomina Truposza z cyklu Cooka, zarówno rolą, jaką odgrywa, jak i... powiedzmy, że stanem egzystencji.
Jak pisałem, jest to utrzymane w klimacie kryminału noir, więc główny bohater – Felix Castor, niby egzorcysta, ale de facto także detektyw, musi być potomkiem Philipa Marlowe z książek Raymonda Chandlera. Czyli musi być trochę cynicznym pijakiem i samotnikiem (choć kobiety do niego lgną), co chwila wpadającym w problemy finansowe. Aktualnie ma te problemy, więc mieszka kątem u znajomej, a w biurze pojawia się sporadycznie, żeby nie czytać masy wezwań do zapłaty. Musi być trochę czarnego humoru, choć bez przesady i raczej nie takiego, żebyście rechotali. No nic nowego.
Pozostali bohaterowie może nie są wybitnie głębocy, ale są zarysowani całkiem przyzwoicie. Mają na tyle osobowości, żeby było ich łatwo zapamiętać.
![]() |
| Okładki audiobooków |
Uniwersum dość interesujące. Historia alternatywna: z jakiegoś tam powodu, gdzieś od przełomu wieków XX i XXI, na świecie (ograniczonym powieściowo do Londynu) zaczęły się pojawiać masowo duchy i inne takie tam – zombie, łaki, demony. Zjawisko stało się na tyle powszechne, że wywołało debaty polityczne (oczywiście z zachwyconą, jak zwykle, lewicą).
rząd – nowa Partia Pracy (...) wygłosił kilka ostrożnych stwierdzeń na temat prawnego uznania umarłych. W tym momencie torysi wskazali drżącymi palcami prawo dziedziczenia. Jak miało działać, gdyby się okazało, że majątek można zabrać ze sobą do grobu? A co ze sprawami kryminalnymi? Czy zmarły może świadczyć przeciw swojemu mordercy albo sam stanąć przed sądem? A jeśli zostanie uznany za winnego? Jak, do diabła, można go ukarać? I tak dalej, i tak dalej. I oczywiście zajęto się także moją profesją. Gdyby martwi mieli prawa, można założyć, że jednym z nich byłoby prawo do nieodesłania w otchłań (...).
Ciekawostka z francuskiej recenzji tomu trzeciego (bo we Francji wydano tylko drugi i trzeci): Wszechświat Castora jest przesiąknięty atmosferą schyłku brytyjskiej cywilizacji (...) [Brytyjczycy są] starym narodem, którego dobre dni są już tylko odległym wspomnieniem – jakbym czytał o współczesnym Londynie i wcale Anglicy nie potrzebowali duchów i zombiaków, sami zniszczyli swój kraj. Ale to dygresja na marginesie.
Świat ciekawy, jednak zaprezentowany trochę „płasko” – widzimy tyle, ile jest konieczne do rozwoju akcji.
Ciekawostka numer dwa: Castor pracujący z duchami i innymi takimi tam, jest... ateistą. Jak mu się to spina w czaszce, to już sobie doczytacie.
Magiczne istoty są tolerowane pod warunkiem, że nie robią kuku żywym. A jeśli robią, to do akcji wkracza właśnie Felix Castor. W powieści zostaje wynajęty do wypędzenia ducha, który nie tylko nawiedza pewne archiwum, lecz także zaatakował i poranił pracownika. Sprawa niby prosta, jednak Castor jest także detektywem, więc zaczyna drążyć co też tego biednego ducha nakręciło do przemocy. Z nieznanych (początkowo) powodów naszym bohaterem zainteresował się także znaczący gangster, właściciel kilku przybytków, w których pracują niewiasty trudniące się nierządem.
Akcja kryminalna nawet sensowna. Choć, tu uprzedzam, powieść jest dość brutalna (acz bez przesady, czytałem gorsze).
Mój własny diabeł jest powieścią wtórną, trudno ją nazwać dobrą, ale jest wciągająca i jako rozrywka się sprawdza – ot, standardowy, sprawnie napisany kryminał. Tyle że tu mam bonus w postaci przyzwoicie wykreowanego świata fantastycznego – właśnie to mnie przyciąga do takich powieści, bo „normalne” kryminały czytam rzadko. W cykl o Felixie Castorze pewnie będę brnął – w Polsce wydano niemal cały (pięć tomów z sześciu, z tym że szósty, napisany po latach, wydany w 2023 roku, to mikorpowieść) – tym bardziej że część trzecia ma wysokie oceny, więc może poziom idzie w górę.
Jeśli lubicie Akta Harry'ego Dresdena, to jest bardzo prawdopodobne, że i Mój własny diabeł Wam się spodoba (i vice versa: jeśli nie lubicie Dresdena, to i Castor zapewne was odrzuci).
OCENA: 6/10.
M. Carey, Felix Castor, t. 1: Mój własny diabeł, tłum. P. Braiter, wydawnictwo Mag, Warszawa 2008, stron: 416.
Zob. też:
Magiczny Londyn:

.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz