Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 26 kwietnia 2026

Jay Kristoff, Cesarstwo świtu

Nasz grafoman znany jest z lania wody, ale tym razem przeszedł samego siebie. Ścięcie tak z trzystu stron wyszłoby tej książce na dobre. Krótka opinia: przypuszczam, że wątpię, żebym jeszcze kiedyś wziął do ręki coś Kristoffa.


Jeśli jeszcze nie zacząłeś lektury Wampirzego cesarstwa, ale ją planujesz, to zalecam w tym miejscu przerwać czytanie mojej notki i zapoznać się co najwyżej z pierwszą o tym cyklu, o tutaj.

Bez większego wprowadzenia, bo nie pamiętam już czym kończył się tom drugi, więc mógłbym niechcący zrobić spojlera. W każdym razie, mamy radośnie głupkowaty świat – coś im tam przysłoniło słońce, więc w najlepszym przypadku mają półmrok. I rośliny rosną. I jakiegoś wybitnego ochłodzenia klimatu nie ma. Magia, panie, albo jak to zapisuje Kristoff: magya.

W tym radośnie głupkowatym (acz, przyznam, klimatycznym) świecie obok ludzi żyją jeszcze wampiry (są wampiry, to muszą być i łaki, tu się zwą tancerzami zmierzchu). Jest ciemno, ograniczeń dla krwiopijców nie ma, więc to oni są grupą trzymającą władzę. Nie wiem czy jest główny bohater, czy raczej stadko pierwszoplanowych, ale jeśli jest, to byłby nim ichni wiedźmin – Gabriel.

W tej rozdętej krowie, bo tym jest trójksiąg Kristoffa, chodzi oczywiście o to, żeby słońce znowu dało czadu, bo już się ludziom znudziło siedzieć po ciemku.

Tego, że Kristoff jest grafomanem często popadającym w śmieszność, chyba wykazywać nie trzeba; literacko on nie jest orłem, sokołem, a nawet gołębiem – to nielot kiwi. Najgorzej mu wychodzą sceny erotyczne, których nam nie szczędzi (w tym, uprzedzam, homoseksualnych). Możliwe, że sam dostrzegł, że wprowadza w ten sposób niezamierzony humor, więc zrezygnował z pseudopoetyckiego popierdywania, znanego z tomów jeden-dwa, i już tylko jedzie pornograficzną dosłownością. Trochę szkoda, bo zdania typu była nieujarzmionym królestwem albo miałem na czubkach palców wszystkie jej tajemnice miały swój urok (oczywiście w kategorii: humor z wypociny grafomana). Tutaj jednak ostrzeżenie: moje spostrzeżenie może być błędne, bo po prostu kartkowałem te przynudzające i nic nie wnoszące opisy wyczynów bohaterów na polu seksualnym – jest opcja, że gdzieś tam kryje się jakaś dowcipna perełka (jeśli wyłapaliście, możecie się dzielić w komentarzach).

W ogóle pierwsza mniej więcej połowa książki jest masakrycznie zamulona. Jakieś filozoficzne dysputy i przemyślenia – Kristoff uwielbia wprost przekazywać nam swoje mądrości, truizmy na poziomie reklamy herbaty bodajże z lat dziewięćdziesiątych („stary nie jest młody”). Może to być głębokie, ale dla piętnastolatków.

Mniej więcej od połowy zaczynają się starcia wojenne na szerszą skalę – i to nawet Kristoffowi się udaje przedstawić ciekawie (szybka akcja wymusza ograniczenie filozofowania).

Moja ocena tej powieści, zwieńczenia cyklu (więc w pewnym sensie to ocena całości), w pierwszej części kręciła się wokół cztery na dziesięć, w drugiej to już było pięć na dziesięć. A jednak finalnie jest wyższa. Dlaczego? Choć napisane jest bez polotu, z masą zamulacza, to jedno muszę Kristoffowi oddać – kompozycyjnie bardzo dobre. Figury rozstawiane na szachownicy od pierwszego tomu, odegrały swoją rolę do końca, strzelby zwieszone na ścianie w pierwszym akcie, wypaliły w ostatnim. Ale Kristoff nie byłby sobą (grafomanem), gdyby w tej końcówce trochę nie przegiął pały (tam gdzie większość pisarzy zakończyłaby powieść stwierdzeniem „odtąd żyli długo i szczęśliwie”, Kristoff dodałby „i jeszcze pięć razy wygrali w toto-lotka).

Miałem dopisać, że umiejętnie wrzuca jakieś tajemnice, zagadki i umiejętnie je potem objaśnia, ale to nie do końca, bo tu też potrafi przegiąć (tak z ilością – jak wrzucisz sto zagadek, to czytelnik i tak się skupi tylko na kilku najistotniejszych, jak i samym objaśnieniem – często to jest efekciarskie).

Mag po raz kolejny puścił książkę Kristoffa w dwóch okładkach

Tak krótko wady i zalety pisarstwa Kristoffa.

Wady:
– Wtórność (pozszywane elementy znane z dzieł innych twórców fantasy).
– Bardzo głupkowaty świat.
– Grafomański język.
– Masa opisów erotycznych, które nie tylko nic nie wnoszą, ale jeszcze są słabo napisane (albo niezamierzona śmieszność, albo pornograficzna dosłowność).
– Nieumiejętne spowalnianie akcji (przez lanie wody, wstawianie zamulaczy, truizmów).
– Przeginanie pały.
– Ideolo do zrzygania.
– Youngadultcenie.

Zalety:
– Klimatyczny świat.
– Umiejętne przyspieszanie akcji.
– Dobra kompozycja całości.

Czy brać to do ręki – to już sami wiecie, co Was kręci, czy np. dobra kompozycja wynagradza grafomański język, czy klimatyczność świata wynagradza jego głupkowatość, czy jesteście w stanie brnąć przez pięćset zamulonych stron, żeby dotrzeć do kolejnych pięciuset w miarę przyzwoitych. W moim przypadku jest tak, że dobrnąłem do końca, ale innych książek tego autora zapewne już do ręki nie wezmę – chyba że trafi się coś nie aż tak rozdętego.

Czerwona okładka (to ta u góry) jest zarazem spojlerem, ale nie będę tego rozwijał, bo jak ktoś się nie połapie, to tylko na dobre mu wyjdzie. W każdym razie nie jest to okładka Maga, lecz oryginalna.

OCENA: 6/10.

J. Kristoff, Wampirze cesarstwo, t. 3: Cesarstwo świtu, tłum. M. Strzelec i W. Szypuła, wydawnictwo Mag, Warszawa 2026, stron: 1024.



Zob. też poprzednie tomy cyklu:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz