Chyba najsłabsza książka tego autora, jaką czytałem. Ale i tak dobra, przecież to wciąż VanderMeer, nawet jeśli w słabszej formie – ale to co dla niego jest podłogą, dla większości pisarzy jest sufitem.
Tym razem akcję mamy poza Strefą. W Southern Reach, agencji zajmującej się badaniem Strefy, pojawia się nowy dyrektor John Rodriguez, który sam siebie zwie „Kontrolerem”. Niespecjalnie ma pojęcie o nowej pracy – został przysłany przez jakieś służby, które chcą się dowiedzieć co w Southern Reach piszczy.
John Rodriguez pochodzi z klanu pracowników amerykańskich służb specjalnych, w których pracuje jego matka, pracował (a może wciąż pracuje?) dziadek. Nasz bohater sprawia wrażenie przytłoczonego przez protoplastów. Jest takie coś, w psychologii zwie się syndromem utajnionego perfekcjonizmu – osoby tym dotknięte, z jednej strony starają się dorównać rodzicom czy dziadkom, z drugiej jednak są święcie przekonane, że jest to niemożliwe. Jeśli taki człowiek nawet osiąga sukces, to zdaje mu się, że na niego nie zasłużył, że stało się to za sprawą jakiegoś „oszustwa”, więc żyje w permanentnym stresie, strachu, że zaraz zostanie zdemaskowany. W przypadku Rodrigueza dochodzi jeszcze wychowanie, ale odkrywanie jego przeszłości zostawiam już Wam.
Ze względu na profesję przodków, „Kontrolerowi” (symptomatyczny pseudonim, bo pytanie na ile on jest kontrolerem, a na ile kontrolowanym?) wciąż towarzyszy odczucie, że jego poczynania są bacznie obserwowane przez matkę i dziadka. A także wrażenie, że nie o wszystkim jest informowany.
Jak widzicie, znowu VanderMeer dał nam bohatera nieprostego. I z jakimś dziwnym „kiblem” w głowie – wykraczającym poza relacje rodzinne. Ów „kibel” sprawia, że fragmentami powieść wydaje się chaotyczna, ale z czasem wyjaśnia się o co chodzi.
Wchodzenie Rodrigueza w nowe obowiązki, nawiązywanie relacji (niekoniecznie udanych) ze współpracownikami – to dominuje nad znanym z pierwszego tomu odczuciem wciąż wiszącej jakiejś (niezidentyfikowanej) grozy. Ale ona jest, nie będę Wam zdradzał nawet rzeczy z początku powieści, jednak jeśli sobie porównacie losy bohaterów pierwszej części, z tym co o nich wiemy w drugiej, to już czuć, że coś dziwnego jest w powietrzu (elementów tworzących taki nastrój znajdzie się więcej). Od drugiej mniej więcej połowy, proporcje się zmieniają – więcej grozy.
I jakby już było ciut więcej wiadomo o co chodzi, ale w rzeczywistości dalej nic nie wiadomo. Co w tej Strefie siedzi? Czy to coś chce z nami (ludźmi) walczyć? A może próbuje się skontaktować, tylko my tego nie rozumiemy? Służby toczą jakąś walkę/rywalizację? Ale o co – o dostęp do informacji czy chcą ukryć jakieś informacje? Jaką rolę odgrywają w tym krewni „Kontrolera”? Co o Strefie wie James Lowry? Coraz więcej pytań...
Mnie się to podoba, ale mam nadzieję, że kiedyś dojdziemy do momentu, w którym pojawią się nie tylko kolejne pytania, ale też odpowiedzi.
Natomiast nie podobało mi się coś innego. Że VanderMeer jest lewakiem, wiadomo nie od dziś. Że autorzy często dają upust swoim poglądom, to rzecz oczywista. Jednak we wcześniejszych jego dziełach było to dobrze wplecione, nieirytujące. A tu mamy finezję cepa.
Pamiętacie jak w Ani na uniwersytecie Diana wysłała opowiadanie Ani „Pokuta Aweryli” na konkurs zorganizowany przez producenta proszku do pieczenia? W paru miejscach Diana dopisała coś związanego ze sponsorem, np. – wyjaśnienia samej Diany:
gdy Perceval chwyta Awerylę w objęcia i mówi: „Ukochana, przyszłe nasze wspólne życie przyniesie nam wiele pięknych chwil w naszym Domku Marzeń” – dodałam: „w którym do pieczenia ciasta nigdy nie będziemy używali innego proszku, tylko proszek Fabryki w Montrealu”.
Podobnie, jak ten dopisek, wygląda lewaczenie w wykonaniu VanderMeera. Dam przykład: „Kontroler” myśli o wyprawach do Strefy, o ekipach złożonych wyłącznie z mężczyzn lub kobiet. I tu jakby jakaś Diana wysłała to na konkurs sponsorowany przez Kościół Woke dopisując:
I co z osobami, które nie identyfikowały się ani jako mężczyzna, ani jako kobieta?
Wstawka zupełnie bez sensu i bez znaczenia. I nie w stylu VanderMeera. To wygląda właśnie jak prymitywna agitka. Ale, na szczęście, jest tego niewiele, więc do przetrawienia.
Jest to dobra powieść, jednak zdaję sobie sprawę, że część czytelników zmęczy pierwsza połowa, a może nawet dwie trzecie (przy okazji zrozumiałem, dlaczego nie ma kolejnej części filmu – Ujarzmienie vel Anomalia w tej postaci jest trochę słabym materiałem na scenariusz; żeby widz był usatysfakcjonowany, wymagałoby to daleko idących zmian). Mnie też nieco męczyła, ale i tak czytałem jak zahipnotyzowany. Za to końcówka wynagrodziła mi te „męczarnie”, Finał mocny i robiący apetyt na kolejne danie.
OCENA: 7/10.
J. VanderMeer, Southern Reach, t. 2: Ujarzmienie, tłum. A. Gralak, wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014, stron: 400.
vel
J. VanderMeer, Southern Reach, t. 2: Anomalia, tłum. A. Gralak, wydawnictwo Znak JednymSłowem, Kraków 2025, stron: 400.
O tym cyklu:
Inne tego autora:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz