Łączna liczba wyświetleń

środa, 16 września 2026

Susanna Gregory, Robaczywe jabłko

Powieść lepsza w kategorii „beletrystyka historyczna” niż „kryminał”. Nieco podobna do cyklu Ellisa Petersa o bracie Cadfaelu, tylko bardziej mroczna (widać, że Gregory przeczytała też Imię róży, jednak Umberto Eco to ona nie jest). Fani fantastyki znajdą lubiane elementy, jednak to nie fantastyka, tylko rzeczywistość XIV wieku.


Tytuł dziwnie przełożony, bo oryginalnie to jest: A plague o both your houses – to cytat z Szekspira, z Romea i Julii, umierający Merkucjo tak przeklina domy Montecchich i Kapuletich (w nowszym polskim przekładzie jest to Zaraza na obydwa wasze domy!, w starszym, XIX-wiecznym: Bierz licho wasze domy!). Być może tłumacz uznał, że Polacy są za głupi na Szekspira, choć przyznam, że robaczywe jabłko, funkcjonujące w kulturze chrześcijańskiej jako symbol grzechu, zepsucia, też nie jest złe.

Mam ostatnio zajawkę na kryminały, ale dotarło do mnie, że samo poszukiwanie przestępcy nie może być jedynym elementem, bo wtedy mnie przynudza – muszę dostać coś na górkę: obyczajówkę, fantastykę albo dobrą warstwę historyczną. Dlatego po kilku próbach z kryminałami, przypomniała mi się Susanna Gregory. I przeczytałem pierwszą część cyklu Kroniki Matthew Bartholomew po raz trzeci na przestrzeni wielu lat (pierwszy raz w 1998, drugi w okolicach 2010 i teraz, 2026). Mój gust literacki w tym czasie przeszedł wiele zmian (może nawet dojrzał, ale to już tylko nieśmiała hipoteza :D) – a Robaczywe jabłko wciąż uważam za bardzo dobrą powieść w swojej kategorii.

Rok 1347 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia – że pojadę Sienkiewiczem. Właśnie w 1347 do Europy dotarła czarna śmierć – epidemia, która według niektórych wyliczeń miała pochłonąć aż dwieście milionów ludzi! Dla porównania: liczbę mieszkańców ziem polskich w 1340 roku szacuje się na milion do dwóch milionów (czyli jakby w kilka lat wymarło sto do dwustu Polsk).

Właśnie w 1347 roku zaczyna się akcja Robaczywego jabłka. Rektor jednego z kolegiów uniwersytetu w Cambridge popełnia samobójstwo w dziwny sposób. A może to nie było samobójstwo? Po czym takich zagadkowych zgonów zaczyna przybywać.

Ustalić co się dzieje próbuje Matthew Bartholomew – świecki (co nie było wówczas regułą) wykładowca, lekarz, człek bardzo światły jak na swoje czasy, uczony nie tylko medycyny zachodniej, lecz także muzułmańskiej, która wtedy chyba stała wyżej. Matthew można nazwać racjonalistą na miarę XIV wieku.

Sama intryga kryminalna taka sobie, trochę szyta grubymi nićmi, może nawet bardziej awanturnicza niż stricte kryminalna. Na dłuższy czas zresztą jakby zamiera ustępując miejsca apokalipsie, czyli epidemii – trup ściele się gęsto, ale to znowu wywoływało u mnie kręcenie głową, czyli niby jedzie, ale coś tam klekoce. Klekoce np. to, że na dżumę umierają ci ludzie, których zgon ułatwia rozwiązanie sprawy. Z kolei samego „detektywa” oraz jego krewnych, powinowatych i przyjaciół czarna śmierć omija.

Z drugiej strony czuć fajny, średniowieczny, nieco grimdarkowy klimat. Nie jak w słabym serialu – czyste wnętrza budynków, czyste ciuchy, bieluteńkie zdrowe ząbki aktorów. O nie, tu jest błoto, bród, smród. Widzisz biedaków, ludzi głodujących a nawet umierających z głodu lub zimna. Jest mrocznie, nawet jeśli autorka tego nie podkreśla, czujesz te nieoświetlone, grząskie ulice, wciąż siąpiący deszcz (w końcu to Anglia).

W ojczyźnie autorki cykl miał sporo wydań. Tu okładki z 1998, 2003 i 2010 roku

Są typowe średniowieczne problemy, np. coś co było wówczas normą w ośrodkach uniwersyteckich (także Krakowie): konflikty mieszczan ze studentami, a że ludzie byli wtedy bardziej porywczy, to krew często się lała.

Szeryf po raz kolejny musiał zmobilizować cały garnizon, by przerwać walkę pomiędzy uniwersytetem a mieszkańcami, i miał tego szczerze dość. Jako że raczej nie można było pozbyć się mieszkańców, często miał ochotę uwolnić się od uniwersytetu nękanego wewnętrznymi konfliktami i wojującymi ze sobą frakcjami. Studenci z Norfolk, Suffolk i Huntingdonshire zmagali się ze studentami z Yorkshire i z północy, wszyscy zaś razem zwalczali studentów z Walii i Irlandii. Dochodziło również do waśni między różnymi zakonami. W większości bowiem profesorowie i uczeni byli zakonnikami, księżmi bądź mnichami. Wielu franciszkanów, dominikanów, augustianów i karmelitów, żyjących w ubóstwie, brało się za łby z bogatymi benedyktynami i z augustianami, którzy prowadzili szpital św. Jana.

W świecie zabobonnych i narwanych ludzi, Bartholomew jest głosem rozsądku.

Grimdarkowy klimat autorka nieco równoważy rzadkimi scenami komicznymi, np. z udziałem sklerotycznego staruszka, emerytowanego wykładowcy, Augustusa.

Dwie noce wcześniej uczelnię obudziły wrzaski Augustusa, który zamknął się w swoim pokoju i krzyczał, że diabły próbują spalić go żywcem. Potem gwałtownie otworzył okiennice i usiłował wyskoczyć przez okno. Uspokajanie starego rezydenta zajęło Bartholomew kilka godzin. W końcu musiał obiecać, że zostanie w jego pokoju przez resztę nocy na wypadek, gdyby diabły miały powrócić. Rankiem obudził się poszturchiwany przez zirytowanego Augustusa, który domagał się wyjaśnienia, co robi bez zaproszenia w jego pokoju.

Susanna Gregory chyba ma przyzwoite przygotowanie do pisana historycznych kryminałów: studiowała filologię angielską i religioznawstwo, potem zoologię (doktorat na Uniwersytecie w Cambridge – właśnie tam toczy się akcja Robaczywego jabłka), przez trzy lata pracowała jako policjantka, pracowała też w biurze koronera, jej pasją jest historia i architektura średniowiecza, a jej mąż i zarazem pierwszy redaktor jej powieści jest historykiem (i chyba też archeologiem, w każdym razie uczestniczy w wykopkach).

Niestety, u nas się nie przebiła – cykl Kroniki Matthew Bartholomew oryginalnie liczy sobie już dwadzieścia pięć tomów, u nas wyszły tylko trzy. A rekomendacją niech będzie to, że po lekturze Robaczywego jabłka kupiłem pozostałe dwa – kiedyś je przegapiłem. Na koniec jeszcze raz powtórzę ostrzeżenie: to jest lepsza powieść historyczna niż kryminał.

OCENA: 7/10.

S. Gregory, Kroniki Matthew Bartholomew, t. 1: Robaczywe jabłko, tłum. F. Kabulski, wydawnictwo Bertelsmann Media, Warszawa 1998, stron: 368.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz