Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 8 września 2019

Philip Earl Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I

Można rzec, że to opinia na zamówienie – zamawiający Istimor Izostar. Od razu dodam, że to opinia o pierwszym wydaniu tej książki (z 2005 roku). Drugie wydanie (z 2016 roku) jest rozszerzone, ale sądzę, że autor prochu nie wymyślił.

Zacznijmy od tego, że jest to bardzo dziwna książka. Niby opatrzona przypisami (na końcu, a nie pod tekstem, żeby utrudnić korzystanie), lecz sam nie nazwałbym jej naukową. Ale po kolei...

Zaczyna się (pomijam krótką przedmowę) od wywiadu z autorem (wywiad przeprowadził Grzegorz Górny). Z tego co pamiętam, było to też opublikowane na stronie internetowej Frondy. Wywiad dość długi – strony 9-44. Potem mamy „właściwy” tekst (strony 47-69), pod tym samym tytułem co i cala książka. Te dwie części są w znacznej mierze międleniem tego samego.

Otóż autor rozprawia się z czymś, co nazwał „modelem burckhardtowskim”. Nazwa pochodzi od dziewiętnastowiecznego szwajcarskiego historyka Jacoba Burckhardta, który w biografii cesarza rzymskiego Konstantyna Wielkiego akcentował polityczne przyczyny nawrócenia owego władcy na chrześcijaństwo. I od tej pory dominujące było doszukiwanie się politycznych przyczyn nawróceń różnych panujących.

I jak podkreśla Steele, taki pogląd dominuje w polskich podręcznikach. Jednak nie tylko w podręcznikach, bo kiedy Górski mówi (s. 39):
To ciekawe, że Pan – Amerykanin-ewangelik stawia tezę, jakiej nie postawił żaden Polak-katolik. Mówię oczywiście o środowisku historyków. (...) dokonuje pan rekonstrukcji mentalności człowieka średniowiecza, władcy tamtego miejsca i tamtego czasu, i dochodzi Pan do wniosku, że najbardziej prawdopodobnym i całkowicie wiarygodnym wytłumaczeniem chrztu Mieszka I było jego nawrócenie religijne.
Steele odpowiada:
Dokładnie. Nie mógłbym lepiej streścić idei swojej pracy.
To wicie, rozumicie – znowu zagramaniczny gjeniusz musiał przyjść i szast prast rozwiązać za naszych uczonych problem. Tyle tylko, że to nieprawda. Przykładowo Jerzy Strzelczyk wyraźnie akcentuje, że przyczyny religijne były jednymi z najważniejszych (J. Strzelczyk, Mieszko Pierwszy, wyd. II, Poznań 1999, s. 120-121 – Steele zna tę pozycję!).

Zatem przypisywanie Steele przez niego samego, jak i wielu oceniających jego książkę, jakichś wybitnych zasług na tym polu jest – delikatnie mówiąc – nadużyciem. Nie, to nie jest Mesjasz, który ni z gruchy, ni pietruchy otworzył oczy polskim historykom.

Druga rzecz, że Steele nieraz przywiązuje nadmierne znaczenie do milczenia źródeł – źródeł przecież nader nielicznych. I z tego milczenia wyciąga daleko idące wnioski. Przykładowo:
nie ma u Polan synkretyzmu, takiego, na przykład, jaki odnotowuje ruski kronikarz Nestor w odniesieniu do Włodzimierza Wielkiego, czy też Thietmar, pisząc o niby-chrześcijańskim księciu węgierskim Gejzie... (s. 68)
albo:
Musimy koniecznie pamiętać, że synkretyzm (którego nie widzimy wcale u książąt polańskich po roku 966), o ile dotyczył chrześcijaństwa, istotnie był swego rodzaju dyletanctwem. (...) ponieważ judeochrześcijański Bóg (i wyłącznie On) grzmi: „Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym”, „nie będziesz miał cudzych bogów przede mną!”. Mieszko I słusznie zrozumiał ten warunek „albo-albo” i nie będąc dyletantem zanurzył się w baptysterium na Ostrowie Lednickim... (s. 57).
Więc tak, jak Steele innym badaczom (czasem słusznie, czasem nie) zarzuca „ateistyczne” spojrzenie, tak jemu samemu można dla odmiany zarzucić spojrzenie monoteistyczne. Które niekoniecznie musi pasować do nawrócenia poganina. Już nie raz pisałem na blogu, że dla poganina wiara w Jezusa i wiara w Peruna wcale nie musiały się kłócić. Ba, nawet nie musiały się kłócić dla ówczesnego chrześcijanina.

Poganin słowiański jak najbardziej wierzył w istnienie Boga chrześcijan. A że nie oddawał mu czci – nie oddawał, bo miał bogów, których uważał za lepszych, skuteczniejszych i swoich. Z drugiej strony, ówcześni chrześcijanie jak najbardziej wierzyli w istnienie pogańskich bogów – tyle że uznawali je za demony (niewiele później, za czasów Chrobrego, Bruno z Kwerfurtu nazwał Swarożyca „diabłem”). Czyli nawrócenie poganina nie polegało na przekonaniu go, że bogowie, w których wierzył, nie istnieją, a bóg, w którego nie wierzył – jednak istnieje. Chodziło tylko o zmianę kąta patrzenia. Więc Mieszko jak przed chrztem wierzył i w Jezusa, i w swoich pogańskich bogów, tak i po chrzcie wierzył. Dobrze to oddaje przepisywany innemu nawróconemu na naszym tronie – Jagielle zwrot: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.

Że w źródłach pisanych z czasów Mieszka, brak informacji o synkretyzmie Polan... Brak, bo tych źródeł co kot napłakał. Ale przecież mamy źródła archeologiczne, które jasno wskazują długie współistnienie chrześcijaństwa z pozostałościami pogaństwa.

W ogóle zabrakło tu refleksji o kolejnych etapach chrystianizacji Polski i jak władca na danym etapie musiał się zachowywać. Bo ze źródeł można wnioskować, że w pierwszym etapie (966-968) chrześcijaństwo było prywatną sprawą Mieszka, a nie religią państwową. Potem trudził się Jordan (ciężką miał z nimi pracę, zanim, niezmordowany w wysiłkach, nakłonił ich słowem i czynem do uprawiania winnicy Pańskiej – jak zanotował niemiecki kronikarz Thietmar). Zdaje się, że kolejnym etapem było przybycie drugiego naszego biskupa – Ungera, który zachował w swym ręku także niemieckie opactwo w Memleben (czyt.: miał kasę i możliwość rekrutowania duchownych); to za jego czasów zaczęto budowę katedry poznańskiej. Ale prace misyjne chyba cały czas dotyczyły tylko centrum państwa, skoro św. Wojciech w 997 roku chrzcił mieszkańców Gdańska, a Reinbern od roku tysięcznego niszczył pogańskie świątynie i chrystianizował resztę Pomorza (a może tylko Kołobrzeg z okolicą). „Prawdziwa” chrystianizacja Polski zaczęła się chyba dopiero po zjeździe gnieźnieńskim i powołaniu pięciu diecezji.

Może więc w państwie Mieszka zastosowano model szwedzki, gdzie lud zawarł umowę z Olafem Skötkonungiem: pozwolono władcy na wyznawanie chrześcijaństwa i wprowadzenie nowej religii w jednym – wybranym przez niego regionie? W reszcie kraju poganie mieli swobodę wyznawania swojej religii. A był też jeszcze model norweski, gdzie teoretycznie chrześcijańscy władcy uczestniczyli w pogańskim kulcie, żeby poddanych nie wkurzać.

Niestety, Steele dość dziwne wyszukuje analogie. Bo głównymi są cesarz rzymski Konstantyn Wielki i król frankijski Chlodwig. Są to, moim zdaniem, bardzo nietrafne analogie. Konstantyn to wszak cywilizowany przedstawiciel kultury grecko-rzymskiej, żyjący w kraju, w którym było już sporo chrześcijan – a nie pogański analfabeta znad Warty. Chlodwig z kolei rządził krajem, w którym znaczna (a może nawet większa) część mieszkańców była chrześcijańska. Z naszego rejonu i „okolic” X wieku Steele dość lakonicznie przytacza przykłady węgierskiego Gejzy i ruskiego Włodzimierza. Do przykładów z Czech, Skandynawii, Obodrzyców (gdzie nieraz bywała sytuacja: chrześcijański władca i pogańscy poddani) czy dobrze opisanego Pomorza nie sięga. I to jest moim zdaniem, wielka słabość tej książki.

Dowody na rzeczywiste (a nie polityczne) nawrócenie Mieszka też są dość wątpliwe. Przykładowo, jednym z nich ma być dokument Dagome iudex. Krótka, oparta na przeczuciu (!) interpretacja tegoż dokumentu jako aktu wyłącznie religijnego (a nie politycznego) wygląda dość infantylnie. Tym bardziej że autor nie zna (mocnej, moim zdaniem) hipotezy, że Dagome iudex miało związek z zaplanowanym podziałem Polski na dzielnice po śmierci Mieszka (a to bardzo stara hipoteza, przy czym najpełniej uzasadniona przez Edwarda Rymara w artykule z 1986 roku, więc aż wstyd, że Steele go nie zna).

Drugim dowodem ma być zespół budowli z Ostrowa Lednickiego. Temu zagadnieniu Steele poświęcił całą kolejną część książki (s. 70-87). Widać, że w zagadnieniach z archeologii i historii sztuki autor czuje się po prostu słabo. Stąd obrał pewien kurs i bez głębszego uzasadnienia odrzuca stanowiska, które podważają zarówno chronologię powstania, jak i przeznaczenie – zwłaszcza tzw. basenów chrzcielnych. Dokładniej mówiąc obrał kurs wytyczony przez Klementynę Żurowską i Teresę Rodzińską-Chorąży: że na Lednicy są baseny chrzcielne, że zostały wybudowane za czasów Mieszka i to tam najpewniej Mieszko się ochrzcił. Przy czym nie wiem czy czytał prace krytyków tej koncepcji. Bo podaje przykładowo:
Tego, że są to baseny chrzcielne nie kwestionuje nikt, nawet sceptyczni co do dalszego wywodu Przemysław Urbańczyk i Zygmunt Świechowski. (s. 76).
To zacytujmy Urbańczyka:
Moim zdaniem owo światło rzucone przez Autorkę niczego nie rozstrzyga ani odnośnie chronologii, ani funkcji, ani proweniencji ideowej i pozostawia nas w dalszym ciągu w sferze domysłów, którym nie można nadawać formy jednoznacznie kategorycznych twierdzeń (P. Urbańczyk, Ostrów Lednicki – rozwiązanie zagadki?, Kwartalnik Historyczny, t. 102/2, 1995, s. 103).
Zdaniem Urbańczyka, zwolennicy lednickich basenów chrzcielnych wprowadzili swego rodzaju błędne koło w dowodzeniu (jak to określił sam Urbańczyk, s. 102: sposób rozumowania oparty na klasycznym modelu argumentacji kołowej). Nieco upraszczając:
Skąd wiadomo, że to baseny chrzcielne? – Bo powstały za Mieszka I.
A skąd wiadomo, że powstały za Mieszka I? – Bo to baseny chrzcielne.

Przyznam, że sam nie mam tu zdania, a obrońcy i krytycy basenów chrzcielnych okopali się na swoich pozycjach i coraz bardziej kategorycznie formułują sądy. W każdym razie, są poważne wątpliwości co do charakteru i przeznaczenia owego zabytku. Steele w pełni ufa jednej stronie – jego prawo. Ale budowanie na hipotezie hipotezy... Tym bardziej, jeśli ta druga nie do końca ma oparcie w pierwszej (bo to, że Mieszko zbudował kompleks na Lednicy jeszcze w niczym nie przesądza, że przeżył religijne nawrócenie – nawrócenie ściśle polityczne pewnie też skutkowałoby jakimiś chrześcijańskimi budowlami)...

W 2016 roku okazało się
nowe, rozszerzone wydanie tej książki
Kończąc o treści – ostatnią częścią książki jest Aneks (s. 89-116). Coś dziwacznego. To krótkie szkice biograficzne różnych postaci historycznych – prawdziwy groch z kapustą. Są tam ujęci i mający jakieś znaczenie dla problemu chrztu Mieszka – jak choćby margrabia Gero czy władca węgierski Gejza, ale są też Galen – grecki lekarz z II/III wieku, Henryk IV – król Francji z XVI/XVII wieku, Heliogabal – cesarz rzymski z wieku III, Aurangzeb – władca Indii z XVII/XVIII wieku... Aneks dla mnie zupełnie niezrozumiały. To znaczy, rozumiem co autor napisał, ale nie rozumiem jaki sens ma zamieszczenie tego w książce. Poza oczywiście dodmuchaniem objętości.

Podsumowując na tym etapie: mamy książkę składającą się z czterech części – najlepiej czytało mi się wywiad na samym początku, ale jak już wspomniałem, gdzieś ten wywiad widziałem w internecie. Część o chrzcie Mieszka bardzo przeciętna, wcale nie nowatorska – jak nam próbują wmówić. Acz, uczciwe przyznam, że znacznie obszerniej potraktowane motywacje Mieszka, niż u innych autorów. Tyle że co z tego, skoro owe motywacje wypływają wprost z ideologii wyznawanej przez autora (zamiast „ateizmu” – „monoteizm”), chybionych analogii, przyjęcia – z milczenia źródeł – jednego z wielu możliwych scenariuszy i mniej czy bardziej wiarygodnych domysłów. Część o Ostrowie Lednickim taka reportażowa/dziennikarska bardziej, niż naukowa. No i niepotrzebny Aneks.

Za Aneksem mamy jeszcze przypisy (umieszczanie ich na końcu, a nie pod tekstem, bardzo utrudnia śledzenie toku myślenia autora). Z przypisów można wyłuskać bibliografię – bardzo słabo. Może ze trzydzieści książek na krzyż, w znacznej mierze przestarzałych (jak Brückner, Szafrański), przypadkowych (Jasienica, Stomma) i słabo związanych z tematem (Bralewski). Odnoszę wrażenie, że podstawą tej książki są zaledwie dwie (!) pozycje: Mieszko Pierwszy Strzelczyka i Ostrów Lednicki: U progu chrześcijaństwa w Polsce pod redakcją Klementyny Żurowskiej.

Teraz o stylu pisania. Chaotyczność – co chwila zmienianie tematu. Przerzucanie pomostów nad stuleciami, przykładowo w jednym akapicie, obok Mieszka, mogą wystąpić Konstantyn Wielki i Jan Matejko, dokument Dagome iudex porównywany jest do naszego wstąpienia do Unii Europejskiej. Kilka razy czytamy też o nędznej wówczas kondycji papiestwa, które autor – za kardynałem Cezare Baroniusem – zwie „pornokracją”. No fajnie, tylko jaki to ma związek z tematem? Wszak dla Mieszka odległy Rzym był mało istotny, istotni byli sąsiedzi: Niemcy i Czesi.

Momentami autor popada wręcz w beletrystykę, np.:
Na pewno Mieszko I wiele razy był świadkiem oficjalnych świętych wróżb – może nawet sam rozpruł kozła i szukając woli bóstw, „przeczytał” jelita. Czy w roku 963 potępił w czambuł swoich kapłanów (a może byli jeszcze wśród nich niektórzy z tych „starszych i roztropniejszych” obecnych na jego siódmych urodzinach?) za klęskę zadaną mu przez Wichmana i Wieletów? Czy kazał im składać ofiary („żertwy”, jak mawiali Polanie) hojne jak nigdy przedtem, aby bóstwa nie zapomniały o swoim ludzie? Czy kapłani, trzęsąc się ze strachu przed księciem, odpowiedzieli mu, że bogowie milczą? Czy taki zatopiony w myślach Mieszko kazał im doszukać się w znakach bogów odpowiedzi na nurtujące go pytanie: czy bóg chrześcijan jest ponad innymi bogami? (s. 62).
A to zdecydowanie polecam.
Strzelczyk = pełen profesjonalizm
Philip Earl Steele nie wnosi czegoś nowego do naszej wiedzy – daje nam jakąś swoją wizję z pogranicza popularyzacji nauki, dziennikarstwa i beletrystyki. Wizję znacznie słabszą od dostępnych na rynku popularnych biografii Mieszka I pióra Jerzego Strzelczyka i Gerarda Labudy.

Nie jest to książka szkodliwa, ale nie jest też wybitnie pożyteczna. Można przeczytać, ale nie trzeba. A na pewno lepiej kupić książkę Jerzego Strzelczyka – wciąż dostępne w księgarniach najnowsze wydanie z 2016 roku (pod rozszerzonym tytułem: Mieszko Pierwszy. Chrzest i początki Polski).

OCENA: 5/10

P. E. Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I, wydawnictwo Fronda, Warszawa 2005, stron: 128.




Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

15 komentarzy:

  1. Spora część Polaków ma słabość do tego, co zagramaniczne, a jeśli do tego jest to chrześcijańskie (cokolwiek miałoby to znaczyć), to już dla Grzegorza Górnego ociera się o geniusz.
    Jest tylko jeden problem: wszak to Philip Earl Steele wymyślił kronikarza Kpinomira, który był tą skórką banana, za sprawą której z łomotem przywalił o glebę autorytet naukowy pewnego arcybiskupa, że o naukowym kwartalniku teologicznym nie wspomnę. W tej sytuacji kolejnych wywiadów Grzegorza Górnego z tym amerykańskim Mesjaszem mediewistyki raczej się nie spodziewam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale żart z Kpinomirem wyszedł mu nad spodziewanie dobrze. Pamiętam, że na historycy.org wtedy ktoś przyleciał z sensacją: odkryli nowe źródło do dziejów Polski. Aż odszukałem wątek i pacz pan - sam się wypowiadałem, że zacytuję:

      Nie wiem czy jest sens tłumaczyć człowiekowi plecącemu co mu ślina na język przyniesie i wymyślającemu nieistniejące źródła - tu próbka: twierdził, że w czasach Mieszka, wg źródeł, Kalisz był jednym z sześciu głównych grodów. I podał, że potwierdza to:
      "Żywot Mieszka" - źródło niedawno odnalezione w Czechach, spisane przez jakiegoś duchownego z otoczenia Dobrawy.
      http://www.historycy.org/index.php?showtopic=150131&st=0&p=1587171&#entry1587171

      A źródłem tej bredni był zapewne jajcarski, primaaprilisowy żart Rzeczpospolitej - rzekome zapiski rzekomego Kpinomira, bo właśnie tam czytamy o sześciu grodach (Mieszko otrzymał po jednej żonie z Poznania, Kalisza, Giecza, Grzybowa i Kruszwicy – nawet znamy ich imiona: Całusława, Biustyna, Błogomina, Udowita i Pieściwoja. Natomiast z Gniezna Mieszko dostał dwie bliźniaczki: Rębichę i Pępichę).
      https://www.rp.pl/Plus-Minus/304019875-Zapiski-Kpinomira-Zycie-erotyczne-Mieszka-I.html?preview=3&remainingPreview=2&grantedBy=preview&#ap-2

      Rębichę i Pępichę... Takie są źródła usera Herna. Rębicha, Pępicha i Biustyna

      Usuń
    2. O abpie Jędraszewskim powołującego się na kronikarza Kpinomira w piśmie naukowym, oczywiście słyszałem :D

      Usuń
    3. Czytałem i "wywiad", który Steele sam z sobą przeprowadził i to, co arcybiskup w teologicznym kwartalniku zamieścił.
      Herna różne dokonania też śledziłem jakoś tak niedawno. Niewątpliwie ładnie się wyłożył na Kpinomirze, ale przecież znany jest z hm... ciekawych poglądów, specyficznego traktowania źródeł i głębokiej miłości m.in. do Kalisza, że nie wspomnę już o okazjonalnych wzmiankach o turbogermanach, niemieckich grantach itp. Wszystko razem pozwala go umieścić w pewnym zbiorze takich hm... oryginałów, pospołu z Nawojem, A.Mączką i drugimi.

      Usuń
    4. No dzięki, nieźle się uśmiałam :] Biustyna i ta, co wita udami musiały mocno oszołomić arcybiskupa :D

      Usuń
    5. >ta, co wita udami<

      Vit to nie od witania :D W słowiańskim vit to władca/pan. Więc Udowita to "Pani ud" - znaczy, miała nogi :D

      Usuń
    6. Dobrze wiedzieć :) Ale moja interpretacja podobała mi się bardziej :)

      Usuń
  2. Wielkie dzięki za treściwą recenzję :D. Skorzystam zatem z zaleceń i nabędę wspomnianego Strzelczyka i może wspomnianą książkę Krystyny Nurowskiej. Bo chyba de facto wyjdzie na to samo, bez zbędnych dodatków.
    Natomiast przyznam, że o tej sprawie arcybiskupa Jędraszewskiego nie słyszałem. Nie wiem, ja bym od razu chyba nabrał podejrzeń, jakbym zobaczył tego "Kpinomira"... Szczęka mi opadła, że biskup się na to nabrał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu nie tylko chodzi o to, że arcybiskup głupoty wypisywał. Tu chodzi też o to, że te głupoty zamieszczono w periodyku uchodzącym za naukowy i "punktowanym". I tu dopiero szczęka opada tak mocno, że od uderzenia idzie w drzazgi blat dębowego biurka.

      Usuń
    2. Ja powodowany ciekawością, sięgnąłem po ten artykuł arcybiskupa i widzę, że odwołanie do Kpinomira jest tylko w jednym miejscu i ogólne, nie cytuje go jakoś obszernie. Podejrzewam, że ksiądz biskup nie przeczytał dokładnie tego wywiadu, nie sprawdził, czy na pewno w książce Steele'a jest to samo (nie wykluczam, że ją czytam) i tak powstał ten lapsus. Żenada, ale mimo wszystko, stawiam na karygodne niedbalstwo, nie zidiocenie.
      Ale jak wspomniałeś - o ile samego księdza arcybiskupa jeszcze jakoś tam można zrozumieć, to nijak nie łapię, jakim cudem ten potworek przeszedł przez sito recenzji.

      Usuń
    3. Powoływanie się na Kpinomira to tylko karygodne niedbalstwo? Nie rób sobie jaj z pogrzebu.

      Usuń
    4. No dobra, przesadziłem. W sumie to błąd tego rodzaju, jakby fizyk powołał się na "Czarną Skrzynkę Darwina" (w sumie nie jego działka, ale ewidentny bełkot). Tym niemniej, uważam, że mogło to wyglądać jeszcze gorzej.

      Usuń
  3. No, niby tak, mógł przecież arcybiskup coś jeszcze np. o Biustynie napisać. Wtedy rzeczywiście byłoby gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mógł też zacytować większy fragment tego żartu. A to by już naprawdę źle świadczyło i jego intelekcie, jak i poziomie pisma. Mam w ogóle hipotezę, że księdza arcybiskupa to tam w ogóle nie sprawdzają, nawet jeśli innych autorów już tak :P.

      Usuń
  4. Rzeczywiści dziwna ta książka, momentami wpisuje się niestety w nurt pseudonaukowy.

    OdpowiedzUsuń