piątek, 30 września 2016

Brian Lumley, Latry

Już kiedyś wspominałem, że dawno, dawno temu – i nie było to mniej więcej w zeszły piątek, lecz przed ćwierćwieczem – lubiłem powieści Briana Lumleya. Wtedy wydawało je nieistniejące już wydawnictwo Phantom Press, „ozdabiając” koszmarnymi okładkami. Przeczytałem wtedy pięć pierwszych tomów Nekroskopa oraz powieści Psychomech, Psychosfera, Dom pełen drzwi. Od tamtej pory nie miałem kontaktu z twórczością Lumleya.

Ostatnio podczas wycieczki po poznańskich księgarniach (mam swoją trasę – zrobię kiedyś o tym notkę) w księgarni Takczytam trafiłem na przecenę. Tak, tak – tania księgarnia miała przecenę, dzięki czemu Latry zjechały z bodaj 9,90 na 4,90 zł. Postapokaliptyczne SF w wykonaniu „horrorowca”? Może być ciekawe.

czwartek, 22 września 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 3): Kronika Prokosza

Trochę czasu mi zeszło, ale w końcu zabrałem się za kolejną część. Tym razem o piśmie świętym turbolechitów, czyli kronice Prokosza. Najpierw jednak taka uwaga: dotąd uważałem Bieszka za cwaniaczka, który znalazł sposób na zarabianie kasy. Po przeczytaniu jego listu do Sigillum Authenticum z pełną odpowiedzialnością za słowa, nazwę go historycznym debilem, człowiekiem nie mającym zielonego pojęcia w sprawach, w których się wypowiada. Do tego nawet chyba intelektualnie niezdolnym, by kiedykolwiek ten stan rzeczy zmienić.

Teraz o jego (i innych turbolechitów) Biblii. Czymże jest owa Kronika Prokosza? Miał ją odnaleźć na jakimś kramie żydowskim w Lublinie gen. Franciszek Morawski. Do druku przygotował ją niejaki Tymoteusz Hipolit Kownacki. Ukazała się w 1825 roku w wydawnictwie Natana Glücksberga (hmmm, drodzy turbolechici, nie mówi wam nic to podejrzane nazwisko – nie dość, że Niemiec, to jeszcze Żyd?). W pierwszym momencie uznana za autentyk, ale dość szybko badania wykazały, że to znacznie późniejsza fałszywka. Do fałszerza wrócę na końcu.

czwartek, 15 września 2016

Ben Aaronovitch, Rzeki Londynu

Dla leniwych, którzy nie czytają do końca, skrót moich wrażeń z czytania Rzek Londynu: nuuuuudaaaa.

Debiutancka książka Bena Aaronovitcha to alternatywna historia Harry Pottera – jakimś cudem Dursleyom udało się zablokować jego przyjęcie do Hogwartu, Harry skończył szkółkę policyjną, zaczyna pracę jako krawężnik. I tu wychodzą na jaw jego magiczne talenta, więc trafia na naukę do czarodziejskiej policji...

Aha, nie wiem czemu, ale Harry nie ma na imię Harry, lecz Peter i jest Mulatem – jak Cień z Amerykańskich bogów... Właśnie, książka jest totalnie wtórna. Nie wiem czy to w ogóle można nazwać dziełem Aaronovitcha, czy raczej kompilacją. Pojechał nawet po Mistrzu i Małgorzacie – rozróba w teatrze. Problem polega na tym, że Aaronovitch nie dorasta do pięt Rowling czy Gaimanowi, o Bułhakowie nie wspominając... 

piątek, 2 września 2016

Sierpień – raport z biblioteczki i bloga



Znowu trochę popłynąłem – będzie trzeba kolejny raz część książek zapakować do kartonów, bo się nie mieszczą. Najnowsze nabytki leżą na stole w saloniku, bo tylko tam znalazłem wolne miejsce.