czwartek, 30 czerwca 2016

Światy Pierumowa

Ten post będzie nie tyle o literaturze, co o grafice, a konkretnie o okładkach do rosyjskich wydań książek Nika Pierumowa.

Zresztą o poziomie literackim jego twórczości lepiej miłosiernie milczeć – swoje zdanie wyraziłem tu, przy okazji „sprawozdania” z czytania Terna (tytułu u nas nie przetłumaczono – Тёрн to nazwa rośliny znanej w naszym kraju jako tarnina, albo potocznie tarka lub torka).

Mam taki zwyczaj, że po przeczytaniu książki szukam w sieci okładek do innych wydań, z różnych państw. No i wczoraj wszedłem sobie na rosyjski portal ozon.ru popatrzeć na książki Pierumowa.
Rosyjskie ilustracje do pozycji fantasy często są utrzymane w klimatach baśni dla dzieci. Ale moją uwagę przykuły okładki wydawnictwa Эксмо. Są po prostu świetne. Od razu przyznam, że lubię malarstwo monochromatyczne (stosowanie tylko jednej barwy w różnych odcieniach). Ilustracje z Эксмо nie są monochromatyczne sensu stricto, ale najczęściej jest jedna barwa przeważająca.
I jak nie trawię pisarza Pierumowa, tak może skusiłbym się na polskie wydanie jego książek z tymi okładkami :D

Jan Maszczyszyn, Światy Solarne

W zamierzchłych czasach, tuż po szwedzkim  potopie :D Wróć, tuż po wojnie polsko-jaruzelskiej, a dokładniej w 1985 roku miesięcznik Fantastyka ogłosił konkurs literacki. Sapkowski był w nim trzeci, pierwszy – Huberath, a rozdzielał ich Jan Maszczyszyn (zajął II miejsce za opowiadanie Ciernie). Nie był to debiut, nie było to też jego ostatnie dokonanie literackie. Ale przez długi czas był słabo rozpoznawalny. Dlaczego? Otóż w 1989 roku wyemigrował do Australii i przestał pisać.

Kiedy dotarłem na emigrację odnalazłem tu tysiące książek za bezcen – tak to tłumaczył w wywiadzie dla steampunk.info.pl. – Mogłem czytać wszystko. Załamało mnie to kompletnie. Uznałem, że pisanie fantastyki nie ma sensu, że prędzej czy później dokonam nieświadomego plagiatu lub popadnę w sztampę. I tak na 25 lat odłożyłem literackie próby. Czytałem wyłącznie publikacje popularno-naukowe. Poświęciłem się bez reszty kosmologii i paleontologii.
(Nie wklejam linka do wywiadu, bo dziś na stronie wyskakuje komunikat: Strona nie może się wyświetlić ponieważ konto zostało zablokowane). EDYCJA: wywiad już dostępny na stronie steampunk.info.pl.

środa, 29 czerwca 2016

L. Sprague de Camp, Szalony demon

De Camp znany jest głównie z produkcji Conanów w duecie z Linem Carterem. O ile na samodzielne dokonania tego drugiego lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia*, o tyle książki de Campa wciąż warte są uwagi.

Ostatnio wyciągnąłem jeden z kartonów, w których zalegają książki dawno nie czytane. Patrzę na okładkę Szalonego demona i z niczym nie kojarzę. Zacząłem czytać i połknąłem od razu w całości.

Jest to lekka lektura, pełna niewymuszonego humoru, bijąca na głowę większość współczesnych dokonań podgatunku zwanego comic fantasy (takiego Toma Holta nie udało mi się przebrnąć). No tak, jeszcze nie napisałem: Szalony demon to właściwie już staroć, po raz pierwszy wydany w 1973 roku.

Objętość książki w sam raz – 206 stron tekstu sprawia, że czytelnik nie odczuwa znużenia poczuciem humoru autora.

sobota, 18 czerwca 2016

Warcraft: Początek (2016)

Do kina szedłem bez wielkich oczekiwań, bo produkty okołogrowe (filmy, książki) zazwyczaj swoim poziomem nie powalają. Do tego media już od paru tygodni trąbią: fatalne pierwsze recenzje superprodukcji. Będzie klapa? (to z wp), Recenzje Warcraft: Początek. Rozczarowanie? (naekranie), Fani będą się bawić, reszta będzie narzekać (gram.pl). Z drugiej strony optymizm pozwalał zachować reżyser – Duncan Jones znany ze świetnego filmu Moon (2009).

O samym Warcrafcie wiedziałem tyle co nic, bo ani grałem, ani czytałem (powieści z akcją osadzoną w tym świecie wydawała kiedyś w Polsce  ISA, potem Fabryka Słów, ostatnio Insignis).

A w kinie świetnie się bawiłem przez dwie godziny. Dostałem wszystko, czego można oczekiwać od superprodukcji fantasy. Świetne efekty specjalne – chyba drugi po Avatarze świat w takim stopniu nam obcy.

czwartek, 16 czerwca 2016

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów

Kiedy pierwszy raz usłyszałem termin „rural fantasy”, pomyślałem, że to mnożenie bytów ponad potrzeby (no może nie dokładnie tak kulturalnie pomyślałem, bo pewnie jakiś wulgaryzm się zaplątał, raczej to było coś w stylu: Ja piiiii, piiiii ich). Ale tak na chłopski rozum, skoro jest urban fantasy, czyli miejska, to musi być i rural fantasy, czyli wieśniacka. Chyba nie cieszy się popularnością, bo na lubimyczytac znalazłem osiem pozycji tegoż podgatunku, z czego siedem to książki z cyklu o Jakubie Wędrowyczu Pilipiuka – listę uzupełnia Wybrana Naomi Novik. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę pozycji, np. młodzieżówki Tada Williamsa i Deborah Beale z cyklu Zwyczajna farma. W każdym razie jest to podgatunek niszowy.

Może i trochę szkoda, bo akurat jestem wsiofilem, także literackim – do moich ulubionych książek zaliczam Chłopów Reymonta, Mój drugi ożenek Mortona, czy Konopielkę Redlińskiego.

środa, 15 czerwca 2016

Raport czytelniczy, maj, cz. 2

Dokończenie majowego raportu. Tym razem:


Kate Griffin, Nocny burmistrz.
Kate Griffin, Neonowy Dwór.
Tad Williams, Brudne ulice nieba.
C. S. Friedman, Skrzydła gniewu.
C. S. Friedman, Dziedzictwo królów.
Django Wexler, Mroczny tron.

piątek, 10 czerwca 2016

Raport czytelniczy, maj, cz. 1

Czas, czas, czas – tego zawsze mało. Dlatego poddaję się – dłuższych notek o paru książkach już nie napiszę. Więc chociaż w kilku słowach o przeczytanych w maju:


Agnieszka Hałas, Dwie karty.
Paweł Majka, Pokój światów.
Nancy Farmer, Morze Trolli.
Krzysztof Piskorski, Cienioryt.
Lucius Shepard, Smok Griaule.

środa, 8 czerwca 2016

Henry Lion Oldi, Magia przeciw prawu, tom 1: Magioso

Oldi to pseudonim dwóch ukraińskich, acz piszących po rosyjsku pisarzy: Dmitrija Gromowa i Olega Ładyżenskiego. Mój pierwszy kontakt z nimi był dość nieszczęśliwy: książka „stadnego” autorstwa (poza Oldim, firmują to Marina i Siergiej Diaczenko oraz Andriej Walentinow) – Granica. Fragmenty czytało się dobrze, inne znowu fatalnie. Dość pochopnie uznałem, że skoro Diaczenków znam, lubię i cenię, to za te gorsze fragmenty muszą odpowiadać Oldi i Walentinow. Dlatego Oldiego (Oldich?) omijałem szerokim łukiem.

Aż w antykwariacie natknąłem się na Otchłań głodnych oczu. Dwa tomy w cenie trzech piw. Żal było nie skorzystać. I był to strzał w dychę. Od ręki połknąłem tom pierwszy. Niestety, inne książki ukraińskiego duetu już dawno z księgarń „wyszły”, więc przez dwa lata nic innego ich autorstwa w moje ręce nie wpadło. Dopiero zupełnie niedawno, na olx znalazłem dwa tomy cyklu złodziejskiego po... 1,50 zł tom! Przesyłka kosztowała więcej...