niedziela, 25 grudnia 2016

Ewa Nowacka, Heliogabal, wnuk Mezy

Bassianus, kapłan lokalnej „wersji” syryjskiego boga Baala, został przodkiem czterech cesarzy dzięki przypadkowi. Ot, kiedyś stacjonował w jego domu rzymski ekwita Septimiusz Sewer. Po kilku latach poprosił o rękę Julii Domny, córki Bassianusa. Sześć lat później został cesarzem, a po nim jego synowie, osławieni Karakalla i Geta.

Reszta była dziełem drugiej córki Bassianusa – Julii Mezy (Maesy). Tak o niej pisał współczesny tamtym wydarzeniom Herodian: kobieta bardzo przebiegła, a obznajomiona w ciągu wielu lat z dworem cesarskim.

piątek, 2 grudnia 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 5): O cesarzu Chrobrym, czyli tytule princeps

Znany bredniopisarz Bieszk opublikował nowy wyrób książkopodobny, kontynuację poprzedniego gniota, pt. Chrześcijańscy królowie Lechii. Tak na marginesie, zastanawiam się na ile to „dzieło” samego Bieszka, bo ogranicza się chyba tylko do powtarzania tez brednioyoutubera Szydłowskiego. Nie, nie będę recenzował całego gniota Bieszka czy całych audycji Szydłowskiego, bo szkoda mi czasu na zapoznawanie się ze stekiem bzdur. Więc tylko o jednej sprawie.

Otóż Bieszk, za Szydłowskiem, utrzymuje, że Bolesław Chrobry był... cesarzem. Ba, cesarzem wschodu i zachodu zarazem (a czemuż tak skromnie, to cesarzem Japonii i Abisynii nie był?).

Bieszk, za Szydłowskim – który, przypomnijmy, zwierza się: Ja, niestety, trochę liznełem łaciny – taki ma dowód na cesarskość Chrobrego:

czwartek, 1 grudnia 2016

O księgarni niePrzeczytane.pl

Dzisiaj sobie trochę napaskudzę na księgarnię, którą niedawno wychwalałem. Gdzieś w sieci natknąłem się na taką opinię o niePrzeczytane: Jak jest dobrze, to jest dobrze, ale jak jest jakiś problem, to jest naprawdę problem.

Do październikowego zamówienia nie miałem najmniejszych zastrzeżeń: szybko, tanio, książki w idealnym stanie, świetnie zapakowane. To wszystkim polecałem korzystanie z tej księgarni. Teraz czuję się zatem zobowiązany do opisania kolejnego zamówienia. I tu nie było już tak różowo. A może raczej nie jest, bo wciąż zamówienie nie zostało w pełni zrealizowane. Po kolei.

piątek, 11 listopada 2016

Październik – raport z biblioteczki i bloga

Zdecydowanie widoczne jesienne spowolnienie zakupowe. Książek przybyło tylko dziesięć, ale do tego trzy komiksy; po czym jeden ubył. Ale – jak pisał Gall Anonim – po cóż koło wyprzedza wóz :D Po kolei.

Książki Feliksa Palmy gdzieś tam mi właziły pod oczy w księgarniach, ale jakoś – z dotąd nieustalonych przyczyn :D – uznałem to za lekturę młodzieżową. Do tego wydawca, znany mi tylko z przeciętnych książek Bernarda Werbera.

Toteż początkowo trylogia Hiszpana w ogóle mnie nie zainteresowała. Aż gdzieś, w bezkresach internetu, przeczytałem bardzo pozytywną, wręcz entuzjastyczną recenzję, a przekaz recenzenta nasunął mi skojarzenia z Krawędzią czasu Piskorskiego, która bardzo mi do gustu przypadła.

czwartek, 27 października 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 4): inne „źródła”

Jasnogórski Poczet Królów Polski  - rzekomo ukrywany przez Kościół...







Bieszki, Szydłowskie et consortes – poza Kadłubkiem i rzekomym Prokoszem – powołują się jeszcze na rzekome liczne inne źródła, że pozwolę sobie zacytować słowa, które Szydłowski skierował do mnie:

wtorek, 18 października 2016

Klaudia Dróżdż, Kazimierz Odnowiciel

W czasach mrocznego PRL badania nad biografistyką, genealogią były traktowane nieco po macoszemu. Oczywiście z przyczyn ideologicznych, bo marksizm ograniczał rolę jednostki w dziejach na rzecz społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem klas niższych. Miało to też swoje dobre strony. Jeśli już jakaś biografia powstawała, to było zwieńczenie wieloletniej pracy i wnikliwych studiów szczegółowych, że pozwolę sobie przypomnieć sztandarowy „produkt” tamtych czasów, czyli biografię Henryka Brodatego pióra Zientary.

Po upadku PRL nastał trend na biografistykę. I, niestety, zaczęła wychodzić masa biografii-doktoratów, czyli napisanych nie jako zwieńczenie, a jako początek badań. A nieraz jest to zarazem początek i koniec. Tak jest w przypadku Klaudii Dróżdż. Przed biografią Kazimierza Odnowiciela opublikowała jedną pracę szczegółową (z tą szczegółowością zresztą nie „poszalała”) – o wykształceniu tego Piasta, czyli zarazem o Bolesławie Zapomnianym (którego – żeby od razu ujawnić mój stosunek do tej postaci – sam zwę Rzekomym albo Nieistniejącym). Nie znalazłem też jej późniejszych artykułów czy książek o Polsce XI wieku.

sobota, 15 października 2016

Kajko i Kokosz. Nowe przygody: Obłęd Hegemona

Po raz pierwszy piszę o komiksie, ale to nie znaczy, że stronię od nich. Kiedyś Nowa Fantastyka wydawała kwartalnik: Komiks Fantastyka. I tam czytałem artykuł o roli półkul mózgowych w odbiorze komiksu. Podobno lewa odpowiada za czytanie, a prawa za oglądanie obrazków. Tylko u dzieci dochodzi do takiego „skorelowania”, że przy lekturze „ogarniają” jedno i drugie jednocześnie. Dorosły, który nie zapoznał się z tym gatunkiem sztuki w dzieciństwie, ma problem: najpierw tekst czy obrazki? Człowiek, który czytał komiksy w dzieciństwie tego problemu nie ma.

Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że historyjki z dymkami poznawałem jednocześnie z pierwszymi książkami. Były to oczywiście historyjki z magazynów Relax (Thorgal!), Alfa i Świat Młodych, ale także Koziołek Matołek, Fiki Miki, Tytus, Romek i A'Tomek, Kleks, komiksy Baranowskiego, czy Kwapiszon (robiony interesującą metodą: rysunki nanoszone na zdjęcia). I był (byli) Kajko i Kokosz.

piątek, 14 października 2016

Krzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery

Nam strzelać nie kazano. – Wszedłem na kulomiot
I spojrzałem na pole, którem carski pomiot
Nadciągał szeregami jako morza brzegi:
Piechota, kawaleria, strzygi, wszędobiegi;
Za niemi wódz – w koronie etheru zasiada
Na żarptaku co skrzydła ogniste rozkłada,
Spod których kolumnami trupy ożywione
Bez tchu, bez serc, bez ducha idą w naszą stronę.
Lści morze bagnetów, ziemia dudni. Jak sępy
Czarne chorągwie martwe prowadzą zastępy.

Taką Redutę Ordona napisał Mickiewicz w 1832 roku – wersja z Europy1. Czyli znowu jesteśmy w świecie znanym z Zadry. A teraz będę się bił w piersi i do głupoty przyznawał. Otóż w jednym z komentarzy napisałem niedawno:

czwartek, 13 października 2016

Czasami seczytam klasykę – wyzwanie

Nie przepadam za wyzwaniami, bo znaczna część z nich poziomem pytań pasuje do gimbazy. Ale to – Clasic Book Tag – akurat jest fajne, pozwalające poznać blogera, a blogerowi popisać o książkach (a to przecież lubimy najbardziej). Czyli dziękuję Izabeli Łęckiej-Wokulskiej, prowadzącej bloga Literackie Zamieszanie za nominację. Tak, wiem, obiecałem, że zrobię to do środy. Ale, jak już pisałem, ostatnio jestem mniej „czasowy”. Mam nadzieję, że obsuwa zostanie mi wybaczona.
Zdjęcie obok, to fragment mojej biblioteczki, jak sądzę, częściowo oddający moje zainteresowania :D

sobota, 8 października 2016

Spółka akcyjna do walki ze... smokiem

Czasem seczytam starą prasę i trafiłem na artykuł pasujący jak ulał do profilu tego bloga. Teraz mam problem, jak otagować post. Bo smok i smokobójcy chcący przejąć jego skarby, to fantasy czystej wody... Ale wydarzenie jest autentyczne, opisywane przez prasę w 1929 roku. Korzystałem konkretnie z artykułu z Ilustrowanego Kuriera Codziennego, który – w przeciwieństwie do choćby bulwarowego Kuriera Czerwonego – uchodził za gazetę poważną. Ba, chyba „najpoważniejszą” w przedwojennej Polsce.

poniedziałek, 3 października 2016

Wrzesień – raport z biblioteczki i bloga

Wreszcie skończyło się wakacyjne czyszczenie magazynów, co od razu odczuła moja kieszeń. We wrześniu przybyło tylko dziewięć książek, z czego jedna raczej nie do czytania, a w charakterze ciekawostki.

I od niej zacznę. To u samej góry na pierwszym zdjęciu, białe z czerwonym paskiem, to jest książka. To tzw. książka lilipucia. Znalazła się w mojej biblioteczce zupełnie przypadkowo – kolega prowadził biuro jednego z europosłów. Europoseł na kolejną kadencję się nie załapał, więc różne różności po nim zostały. W tym trochę takich książeczek Moje Prawa Podstawowe w Unii Europejskiej. Kolega zauważył, że z zainteresowaniem oglądam liliputka i mówi: A chcesz to sobie weź.

sobota, 1 października 2016

Nowy Wiedźmin po polsku, krzakiem pisany i ukraiński

Wiedźminowa sensacja pojawiła się na stronie Empiku:


Gdzie ta sensacja. Otóż poprzednie wydanie Sezonu burz miało tylko 404 strony, nowe rzekomo ma mieć stron 512. Czyżby Sapkowski coś dopisał, miał nas uraczyć jakimś nowym opowiadaniem? A może znanymi z rosyjskich wydań dodatkami: Świat wiedźmina i Bestiariusz? Albo mapą stworzoną przez czeskich fanów?

piątek, 30 września 2016

Brian Lumley, Latry

Już kiedyś wspominałem, że dawno, dawno temu – i nie było to mniej więcej w zeszły piątek, lecz przed ćwierćwieczem – lubiłem powieści Briana Lumleya. Wtedy wydawało je nieistniejące już wydawnictwo Phantom Press, „ozdabiając” koszmarnymi okładkami. Przeczytałem wtedy pięć pierwszych tomów Nekroskopa oraz powieści Psychomech, Psychosfera, Dom pełen drzwi. Od tamtej pory nie miałem kontaktu z twórczością Lumleya.

Ostatnio podczas wycieczki po poznańskich księgarniach (mam swoją trasę – zrobię kiedyś o tym notkę) w księgarni Takczytam trafiłem na przecenę. Tak, tak – tania księgarnia miała przecenę, dzięki czemu Latry zjechały z bodaj 9,90 na 4,90 zł. Postapokaliptyczne SF w wykonaniu „horrorowca”? Może być ciekawe.

czwartek, 22 września 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 3): Kronika Prokosza

Trochę czasu mi zeszło, ale w końcu zabrałem się za kolejną część. Tym razem o piśmie świętym turbolechitów, czyli kronice Prokosza. Najpierw jednak taka uwaga: dotąd uważałem Bieszka za cwaniaczka, który znalazł sposób na zarabianie kasy. Po przeczytaniu jego listu do Sigillum Authenticum z pełną odpowiedzialnością za słowa, nazwę go historycznym debilem, człowiekiem nie mającym zielonego pojęcia w sprawach, w których się wypowiada. Do tego nawet chyba intelektualnie niezdolnym, by kiedykolwiek ten stan rzeczy zmienić.

Teraz o jego (i innych turbolechitów) Biblii. Czymże jest owa Kronika Prokosza? Miał ją odnaleźć na jakimś kramie żydowskim w Lublinie gen. Franciszek Morawski. Do druku przygotował ją niejaki Tymoteusz Hipolit Kownacki. Ukazała się w 1825 roku w wydawnictwie Natana Glücksberga (hmmm, drodzy turbolechici, nie mówi wam nic to podejrzane nazwisko – nie dość, że Niemiec, to jeszcze Żyd?). W pierwszym momencie uznana za autentyk, ale dość szybko badania wykazały, że to znacznie późniejsza fałszywka. Do fałszerza wrócę na końcu.

czwartek, 15 września 2016

Ben Aaronovitch, Rzeki Londynu

Dla leniwych, którzy nie czytają do końca, skrót moich wrażeń z czytania Rzek Londynu: nuuuuudaaaa.

Debiutancka książka Bena Aaronovitcha to alternatywna historia Harry Pottera – jakimś cudem Dursleyom udało się zablokować jego przyjęcie do Hogwartu, Harry skończył szkółkę policyjną, zaczyna pracę jako krawężnik. I tu wychodzą na jaw jego magiczne talenta, więc trafia na naukę do czarodziejskiej policji...

Aha, nie wiem czemu, ale Harry nie ma na imię Harry, lecz Peter i jest Mulatem – jak Cień z Amerykańskich bogów... Właśnie, książka jest totalnie wtórna. Nie wiem czy to w ogóle można nazwać dziełem Aaronovitcha, czy raczej kompilacją. Pojechał nawet po Mistrzu i Małgorzacie – rozróba w teatrze. Problem polega na tym, że Aaronovitch nie dorasta do pięt Rowling czy Gaimanowi, o Bułhakowie nie wspominając... 

piątek, 2 września 2016

Sierpień – raport z biblioteczki i bloga



Znowu trochę popłynąłem – będzie trzeba kolejny raz część książek zapakować do kartonów, bo się nie mieszczą. Najnowsze nabytki leżą na stole w saloniku, bo tylko tam znalazłem wolne miejsce.


piątek, 26 sierpnia 2016

Widmak, Zaklinac, The Witcher (3)

Na koniec zostawiłem m.in. okładki francuskie, niemieckie oraz z kilku mniejszych państw europejskich.

Kraje frankofońskie (Francja i Belgia) to centrum europejskiego komiksu. Nic dziwnego zatem, że w tę stronę poszedł autor okładek z francuskiego wydania Wiedźmina z lat dziewięćdziesiątych. Moim zdaniem, wyszło bardzo dobrze – uważam, że to jedne z najlepiej zilustrowanych książek Sapkowskiego. Ale jestem miłośnikiem frankofońskiego komiksu, więc mogę być nieobiektywny.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Herbert George Wells, Historia świata

Ojciec literatury SF ewidentnie był zafascynowany historią, ale nie tyle jak historyk, co jak historiozof. Z Wikipedii czym jest historiozofia: nauka filozoficzna zajmująca się refleksją nad sensem i istotą dziejów rozumianych jako całość uporządkowanych lub nieuporządkowanych zmian zachodzących w czasie.

Ta fascynacja widoczna jest nie tylko w jego książkach poświęconych historii, lecz także w pozycjach przynależnych do gatunku zwanego historią spekulatywną (ja to nazywam gdybologią) – Wizje przyszłości (1901), Kształt rzeczy przyszłych (1933). Zwłaszcza w tej drugiej – napisanej zanim Hitler doszedł do władzy – Wells zaprezentował się jako niezły wizjoner: pisze np. o wybuchu wojny światowej, konkretnie miała zacząć się 5 stycznia 1940 roku (pomyłka o cztery miesiące i cztery dni), a przyczyną miał być spór niemiecko-polski o Gdańsk i korytarz...

środa, 17 sierpnia 2016

Widmak, Zaklinac, The Witcher (2)

W przypadku okładek rosyjskich autorka z Gildii – jeśli zastosować miarę dziennikarską – zachowała się skrajnie nierzetelnie. Publikuje potworkowate okładki (jedna obok) z komentarzem:
Rosjanie lekko przesadzili... Tchnie to klasycznymi okładkami fantasy z lat 90.
Tak, tchnie okładkami z lat dziewięćdziesiątych, bo to są okładki z lat dziewięćdziesiątych, a dokładniej nawet z połowy tamtej dekady! Rozumiem, że ktoś może nie znać języka rosyjskiego, ale cyfry arabskie chyba zna?

Dlaczego piszę o tym dość ostro. Otóż książki Sapkowskiego w Rosji wydawane były wielokrotnie (więcej razy niż w Polsce!) – większość tych publikacji prezentuje poziom edytorski nieosiągalny dla polskiego wydawcy (Supernowej). Zatem przedstawienie historycznych potworków, to idiotyczna, nieuczciwa manipulacja.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Widmak, Zaklinac, The Witcher (1)

Zanim przejdę do meritum, krótkie wyjaśnienie: nie grałem w Wiedźmina, stąd też nie do końca wiem, które okładki są inspirowane grą (na pewno te obok z wydania amerykańskiego).

Niedawno Andrzej Sapkowski otrzymał honorową nagrodę WFA za całokształt twórczości. Z tej okazji Gildia przedstawiła wybrane okładki książek z cyklu Wiedźmin z całego świata. Przyznam, że nie do końca podoba mi się wybór redakcji Gildii. Dlaczego? Po prostu okazało się, że podobają im się te najbardziej standardowe, a na dodatek – przynajmniej w dwóch przypadkach – wybór jest mocno tendencyjny (chodzi o okładki rosyjskie i litewskie).

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Aneta Franc, Czas młodości czasem wojny. Wspomnienia z Garstedt

Tym razem trochę inaczej, bo to nieco zmodyfikowana na potrzeby bloga informacja o książce napisana do lokalnej gazety.

Aneta Franc, archiwistka badająca dzieje regionu ostrowskiego w Wielkopolsce opisała historię rodzinną. Jej babcia – Helena Łyskawka, pochodząca z Pacanowic koło Pleszewa, została wraz z siostrą Zofią wywieziona na roboty do Niemiec w 1940 roku. Miały szczęście – trafiły do tej samej miejscowości Garstedt, choć do innych gospodarstw. Trzecia bohaterka opowieści, to Maria Wende z Szamotuł, która pracowała u tego samego gospodarza co Zofia Łyskawka.

Gospodarze okazali się przyjaźni – wspominała potem Zofia. – Niemcy byli bardzo wymagający i trzymali się ustalonego porządku. Ale nie katowali nas, nie poniżali, z czasem zżyliśmy się z nimi jak z rodziną.
Czyli jest to opowieść o nie takich złych Niemcach, którzy swoim pracownicom robili nawet prezenty na Gwiazdkę. – Nie były jakieś okazałe, najczęściej coś do ubrania, ale pamiętali zawsze – podkreślała Zofia.

piątek, 29 lipca 2016

Dino Buzzati o smoku i psie

Jak już pisałem, zacząłem dziś czytać dwie książki, ale szybko przywołałem się do porządku: Taki stary, a taki głupi – pracę masz, znowu chcesz nockę zarywać? Zamknąłem książkę.

Ale najwidoczniej nie byłem jeszcze gotowy mentalnie na zmierzenie się z obowiązkiem, zerkam co chwila na Italo Calvino... W końcu mobilizacja: To robimy tak, dwa opowiadania i spadam do roboty. W oczekiwaniu na Calvino, padło na opowiadania innego Włocha: Dino Buzzatiego. Mam dziś tak dobry humor, że nawet on stanu depresyjnego nie wywoła.

A mógłby. Krótko charakteryzując jego pisarstwo: świat jest podły, a ludzie to świnie. Opowiadania są smutne, przygnębiające, właśnie depresyjne. Kończą się albo źle, albo happy endem nader wątpliwym. Ale zmuszają do myślenia, są świetnie napisane, choć bez językowych fajerwerków – nie ma przerostu formy nad treścią.

Klub AK, czyli płyniemy dalej...

Wykończy mnie to wakacyjne czyszczenie magazynów (czyt. promocje) w księgarniach. Ale faktem jest, że książki sobie odmówić nie potrafię (tym pewnie się charakteryzuje nałóg). No i właśnie dziś dotarły do mnie dwie miłe paczuszki.

Korzystając z okazji uzupełniłem sobie podcykl Raymonda E. Feista Saga wojny mroku i kupiłem kolejny, tym razem dwuksiążkowy: Saga wojny demonów.

wtorek, 26 lipca 2016

Helene Wecker, Golem i dżin

Zderzenie mitów żydowskich i arabskich.
Chawa jest golemem, stworzonym dla Żyda poszukującego żony. Jej pan zabiera ją do Nowego Jorku, ale umiera na pokładzie statku. Dopiero co stworzona Chawa zostaje sama w wielkim mieście.
Ahmad – dżin z syryjskiej pustyni wyskakuje z miedzianego flakonu, w którym spędził setki lat. Oczywiście również w Nowym Jorku, w dzielnicy zamieszkałej przez Libańczyków, tak muzułmanów, jak i chrześcijan różnych odłamów.
Oboje nie mogą spać...

czwartek, 21 lipca 2016

Nowa powieść Piskorskiego i krótka historia nieistniejącej książki

Zazwyczaj nie informuję o książkach, które dopiero mają się ukazać, ale dla tego autora robię wyjątek – dla czytelników bloga nie jest tajemnicą, że to jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Krzysztof Piskorski zapowiedział na facebooku nowy tytuł: Czterdzieści i cztery. Z okładki jednoznacznie wynika, że chodzi o rok 1844. Już w kwietniu Piskorski pisał, że będzie to jego najdłuższa powieść.

Czterdzieści i cztery wstępnie zaplanowane jest na koniec września. Ma to być wydanie w okładce zintegrowanej. Jeśli chodzi o treść, autor zdradza niewiele. Nie chcę psuć przyjemności z czytania, więc teraz powiem tylko, że główna tajemnica powieści okazuje się bardzo związana z zagadką mickiewiczowską – napisał na facebookowym fanpage.

W pierwszym momencie myślałem, że to wreszcie zapowiadana od lat Wolta (kontynuacja Zadry), tyle że ze zmienionym tytułem. Ale chyba nie. Akcja Wolty miała być osadzona w okresie powstania listopadowego, czyli gdzieś w pierwszej połowie lat trzydziestych XIX wieku (biorąc pod uwagę, że u Piskorskiego bez wątpienia wydarzenia potoczą się inaczej niż w historii). To Czterdzieści i cztery nie pasuje...

Klub AK, czyli popłynąłem :D

Jestem Paweł, książkoholik. Przyznaję się do bezradności w walce z nałogiem. Chyba czas udać się na miting AK (Anonimowych Książkoholików)... Ktoś może dać namiary, gdzie takowe spotkania się odbywają? :D
Żartuję oczywiście, ale ostro popłynąłem z książkowymi zakupami. Średnia na lipiec – jedna książka dziennie...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 2): Rocznik Awentyna

W drugiej części zajmę się źródłami „wiedzy” Bieszka i jemu podobnych. Oczywiście nie źródłami do cywilizacji kosmicznych, Ujgurów sprzed 60 tysięcy lat i kultury Gobi, bo tu mam kilka hipotez co do źródła: choroba psychiczna, nadmiar alkoholu, nadmiar trawki lub innego tego typu świństwa, ewentualnie żądza pieniądza skłaniająca do wymyślania sprzedawalnych bzdetów. W każdym razie, to jest sprawa dla psychiatry, psychologa lub toksykologa.

Jeszcze taka uwaga – turbolechici nie mają zielonego pojęcia o krytyce źródeł historycznych. Każdą „starą książkę” (jak to nazywa Bieszk) uważają za wiarygodną. Tak, dla Bieszków nawet książka z XIX wieku jest wiarygodnym źródłem informacji o wydarzeniach z wieku IX, bo jest stara... Uznałbym ją raczej za przestarzałą, a nie starą w tym kontekście.
Turbolechitom nieznane jest też takie pojęcie jak „postęp badań naukowych”. Nie ogarniają, że np. za Naruszewicza (XVIII wiek) historiografia polska dopiero raczkowała. Może łatwiej turbolechici zrozumieliby, co to jest „postęp badań naukowych”, gdyby próbowali zęby wyleczyć metodami XVIII-wiecznymi... Brak znieczulenia, kowal, obcęgi i tym podobne rozkosze. Także dla nauk humanistycznych dwieście czy sto lat, to przepaść.

czwartek, 14 lipca 2016

Turbolechickie zidiocenie, czyli dojenie frajerów (cz. 1)

A zacznę z nieco innej beczki. Otóż jakiś czas temu Wojciech Pastuszka – prowadzący blog archeowieści.pl – zrobił pewien eksperyment: sprawdził czy da się zarabiać na popularyzowaniu nauki, a konkretnie archeologii, paleoantropologii, historii itp. Wprowadził odpłatność za dostęp do części zamieszczanych artykułów. Okazało się, że poległ.

Niestety, trwające niemal pięć lat próby nie zakończyły się sukcesemoświadczył niedawno Pastuszka. – Reklamy są rzadkością i przynoszą mało pieniędzy, a subskrybentów – choć ich liczba stale rosła – wciąż nie ma wystarczająco wielu, abym mógł dalej poświęcać tak dużo czasu na tworzenie serwisu.

środa, 6 lipca 2016

Do księgarni marsz :)

Nie pisałem dotąd o rynku wydawniczym – nowościach, promocjach itp. Ale tym razem robię wyjątek, bo chodzi o małe wydawnictwo i małą księgarnię, więc mogło się nie przebić do wszystkich. A można bardzo tanio kupić naprawdę wartościowe książki.

Wydawnictwo Templum oferuje w księgarni sredniowieczna.com (to właściwie jedna firma) pozycje z pięćdziesięcioprocentowym rabatem. Templum ma kilka serii wydawniczych, z których najistotniejszą chyba jest Klasyka Polskiej Mediewistyki.

czwartek, 30 czerwca 2016

Światy Pierumowa

Ten post będzie nie tyle o literaturze, co o grafice, a konkretnie o okładkach do rosyjskich wydań książek Nika Pierumowa.

Zresztą o poziomie literackim jego twórczości lepiej miłosiernie milczeć – swoje zdanie wyraziłem tu, przy okazji „sprawozdania” z czytania Terna (tytułu u nas nie przetłumaczono – Тёрн to nazwa rośliny znanej w naszym kraju jako tarnina, albo potocznie tarka lub torka).

Mam taki zwyczaj, że po przeczytaniu książki szukam w sieci okładek do innych wydań, z różnych państw. No i wczoraj wszedłem sobie na rosyjski portal ozon.ru popatrzeć na książki Pierumowa.
Rosyjskie ilustracje do pozycji fantasy często są utrzymane w klimatach baśni dla dzieci. Ale moją uwagę przykuły okładki wydawnictwa Эксмо. Są po prostu świetne. Od razu przyznam, że lubię malarstwo monochromatyczne (stosowanie tylko jednej barwy w różnych odcieniach). Ilustracje z Эксмо nie są monochromatyczne sensu stricto, ale najczęściej jest jedna barwa przeważająca.
I jak nie trawię pisarza Pierumowa, tak może skusiłbym się na polskie wydanie jego książek z tymi okładkami :D

Jan Maszczyszyn, Światy Solarne

W zamierzchłych czasach, tuż po szwedzkim  potopie :D Wróć, tuż po wojnie polsko-jaruzelskiej, a dokładniej w 1985 roku miesięcznik Fantastyka ogłosił konkurs literacki. Sapkowski był w nim trzeci, pierwszy – Huberath, a rozdzielał ich Jan Maszczyszyn (zajął II miejsce za opowiadanie Ciernie). Nie był to debiut, nie było to też jego ostatnie dokonanie literackie. Ale przez długi czas był słabo rozpoznawalny. Dlaczego? Otóż w 1989 roku wyemigrował do Australii i przestał pisać.

Kiedy dotarłem na emigrację odnalazłem tu tysiące książek za bezcen – tak to tłumaczył w wywiadzie dla steampunk.info.pl. – Mogłem czytać wszystko. Załamało mnie to kompletnie. Uznałem, że pisanie fantastyki nie ma sensu, że prędzej czy później dokonam nieświadomego plagiatu lub popadnę w sztampę. I tak na 25 lat odłożyłem literackie próby. Czytałem wyłącznie publikacje popularno-naukowe. Poświęciłem się bez reszty kosmologii i paleontologii.
(Nie wklejam linka do wywiadu, bo dziś na stronie wyskakuje komunikat: Strona nie może się wyświetlić ponieważ konto zostało zablokowane). EDYCJA: wywiad już dostępny na stronie steampunk.info.pl.

środa, 29 czerwca 2016

L. Sprague de Camp, Szalony demon

De Camp znany jest głównie z produkcji Conanów w duecie z Linem Carterem. O ile na samodzielne dokonania tego drugiego lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia*, o tyle książki de Campa wciąż warte są uwagi.

Ostatnio wyciągnąłem jeden z kartonów, w których zalegają książki dawno nie czytane. Patrzę na okładkę Szalonego demona i z niczym nie kojarzę. Zacząłem czytać i połknąłem od razu w całości.

Jest to lekka lektura, pełna niewymuszonego humoru, bijąca na głowę większość współczesnych dokonań podgatunku zwanego comic fantasy (takiego Toma Holta nie udało mi się przebrnąć). No tak, jeszcze nie napisałem: Szalony demon to właściwie już staroć, po raz pierwszy wydany w 1973 roku.

Objętość książki w sam raz – 206 stron tekstu sprawia, że czytelnik nie odczuwa znużenia poczuciem humoru autora.

sobota, 18 czerwca 2016

Warcraft: Początek (2016)

Do kina szedłem bez wielkich oczekiwań, bo produkty okołogrowe (filmy, książki) zazwyczaj swoim poziomem nie powalają. Do tego media już od paru tygodni trąbią: fatalne pierwsze recenzje superprodukcji. Będzie klapa? (to z wp), Recenzje Warcraft: Początek. Rozczarowanie? (naekranie), Fani będą się bawić, reszta będzie narzekać (gram.pl). Z drugiej strony optymizm pozwalał zachować reżyser – Duncan Jones znany ze świetnego filmu Moon (2009).

O samym Warcrafcie wiedziałem tyle co nic, bo ani grałem, ani czytałem (powieści z akcją osadzoną w tym świecie wydawała kiedyś w Polsce  ISA, potem Fabryka Słów, ostatnio Insignis).

A w kinie świetnie się bawiłem przez dwie godziny. Dostałem wszystko, czego można oczekiwać od superprodukcji fantasy. Świetne efekty specjalne – chyba drugi po Avatarze świat w takim stopniu nam obcy.

czwartek, 16 czerwca 2016

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów

Kiedy pierwszy raz usłyszałem termin „rural fantasy”, pomyślałem, że to mnożenie bytów ponad potrzeby (no może nie dokładnie tak kulturalnie pomyślałem, bo pewnie jakiś wulgaryzm się zaplątał, raczej to było coś w stylu: Ja piiiii, piiiii ich). Ale tak na chłopski rozum, skoro jest urban fantasy, czyli miejska, to musi być i rural fantasy, czyli wieśniacka. Chyba nie cieszy się popularnością, bo na lubimyczytac znalazłem osiem pozycji tegoż podgatunku, z czego siedem to książki z cyklu o Jakubie Wędrowyczu Pilipiuka – listę uzupełnia Wybrana Naomi Novik. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę pozycji, np. młodzieżówki Tada Williamsa i Deborah Beale z cyklu Zwyczajna farma. W każdym razie jest to podgatunek niszowy.

Może i trochę szkoda, bo akurat jestem wsiofilem, także literackim – do moich ulubionych książek zaliczam Chłopów Reymonta, Mój drugi ożenek Mortona, czy Konopielkę Redlińskiego.

środa, 15 czerwca 2016

Raport czytelniczy, maj, cz. 2

Dokończenie majowego raportu. Tym razem:


Kate Griffin, Nocny burmistrz.
Kate Griffin, Neonowy Dwór.
Tad Williams, Brudne ulice nieba.
C. S. Friedman, Skrzydła gniewu.
C. S. Friedman, Dziedzictwo królów.
Django Wexler, Mroczny tron.

piątek, 10 czerwca 2016

Raport czytelniczy, maj, cz. 1

Czas, czas, czas – tego zawsze mało. Dlatego poddaję się – dłuższych notek o paru książkach już nie napiszę. Więc chociaż w kilku słowach o przeczytanych w maju:


Agnieszka Hałas, Dwie karty.
Paweł Majka, Pokój światów.
Nancy Farmer, Morze Trolli.
Krzysztof Piskorski, Cienioryt.
Lucius Shepard, Smok Griaule.

środa, 8 czerwca 2016

Henry Lion Oldi, Magia przeciw prawu, tom 1: Magioso

Oldi to pseudonim dwóch ukraińskich, acz piszących po rosyjsku pisarzy: Dmitrija Gromowa i Olega Ładyżenskiego. Mój pierwszy kontakt z nimi był dość nieszczęśliwy: książka „stadnego” autorstwa (poza Oldim, firmują to Marina i Siergiej Diaczenko oraz Andriej Walentinow) – Granica. Fragmenty czytało się dobrze, inne znowu fatalnie. Dość pochopnie uznałem, że skoro Diaczenków znam, lubię i cenię, to za te gorsze fragmenty muszą odpowiadać Oldi i Walentinow. Dlatego Oldiego (Oldich?) omijałem szerokim łukiem.

Aż w antykwariacie natknąłem się na Otchłań głodnych oczu. Dwa tomy w cenie trzech piw. Żal było nie skorzystać. I był to strzał w dychę. Od ręki połknąłem tom pierwszy. Niestety, inne książki ukraińskiego duetu już dawno z księgarń „wyszły”, więc przez dwa lata nic innego ich autorstwa w moje ręce nie wpadło. Dopiero zupełnie niedawno, na olx znalazłem dwa tomy cyklu złodziejskiego po... 1,50 zł tom! Przesyłka kosztowała więcej...

wtorek, 31 maja 2016

Karol Kollinger, Polityka wschodnia Bolesława Chrobrego (992-1025)

Wiele samozaparcia wymaga ode mnie obiektywna ocena tej książki. A to ze względu na poziom literacki (czy raczej jego brak), który sprawia, że czytelnik ma chęć nie zgadzać się z każdym ustaleniem autora.

Nie sposób jednak nie przyznać racji jednemu z naukowych recenzentów tej pracy, który napisał:
Autor porusza się w materiale źródłowym z pewnością, ale i pochwały godną ostrożnością (W. Duczko).
To prawda, Karol Kollinger „wraca” do źródeł, to one są podstawą jego analizy, a nie hipotezy spłodzone przez pokolenia historyków. Warto jeszcze autora pochwalić za zamieszczenie fragmentów – często długich – przetłumaczonych przekazów. Nowych źródeł oczywiście nie wynajduje, bo ich zasób znany jest od dawna. Ale chyba jako pierwszy wykorzystuje do badania polityki wschodniej Chrobrego młodszą (korwejską) wersję kroniki Thietmara, która – obok dopisków XII-wiecznych – zawiera także poprawki samego kronikarza.

poniedziałek, 30 maja 2016

O redagowaniu, czyli w odpowiedzi człowiekowi, który obserwuje sam siebie

Niedawno na blogu Koczowniczki zaczęła się dyskusja, czy może raczej pyskusja o redagowaniu. Otóż znany pieniacz (potem się dopiero dowiedziałem, że także tłumacz, a nawet autor – popełnił jakąś książkę) Paweł Pollak raczył przedstawiać swoje racje w swoim stylu, czyli z niewielką znajomością materii, za to z wieloma inwektywami, pomówieniami itp. Zaprezentował zachowania typowe dla trolla. Tak się biedny pisarzyna* podniecił pyskusją, że nawet coś tam nasmarał na swoim blogasku.

środa, 25 maja 2016

Agnieszka Hałas, Między otchłanią a morzem

Takie szczęście mnie niedawno spotkało – w jednym z prowincjonalnych Empików znalazłem debiutancką książkę Agnieszki Hałas. Kilkanaście lat czekała na mnie. Okazało się, że z kupnem jest mały problem: książka nie figurowała w systemie! – Nie wiedziałam, że w ogóle jeszcze to mamy – tłumaczy zaskoczona kasjerka. W końcu znajduje rozwiązanie – na kasę nabija inną książkę o tej samej cenie. Więc posiadam, sfatygowany kilkunastoletnim miętoleniem przez setki klientów, swój egzemplarz.

Nie kryję, że mam pewien sentyment do opowiadań o Krzyczącym w Ciemności, które dawno, dawno temu czytywałem w śp. Feniksie. Najstarsze z nich właśnie w tym roku osiągnie pełnoletniość (pierwodruk: Feniks nr 10, 1998). Wtedy, w epoce zdominowanej przez klasyczne fantasy, to było łał – takie ni to darc fantasy, ni to new weird.

piątek, 20 maja 2016

Tim Powers, Na nieznanych wodach

Powers to autor nagradzany (World Fantasy Award w 1993 roku za powieść Ostatnia odzywka) i uznany (aż trzy jego książki znalazły się w kanonie Sapkowskiego).

Na nieznanych wodach, jak twierdzi wydawca, była nominowana do World Fantasy Award i nagrody Locusa. Była też inspiracją dla twórców filmu Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach. I choćby dlatego zbyt wiele po tej książce nie oczekiwałem. Film oglądałem, nie pamiętam o czym to było :D Zostało mi w głowie, że to przygodowa fantasy, którą ogląda się bez obrzydzenia, a nawet z pewną przyjemnością. Ale głębia owego dzieła jest taka, że zaraz po wyjściu z kina zaczyna się proces zapominania.

Książka, poza tytułem i wątkiem Fontanny Młodości, fabularnie ma niewiele wspólnego z filmem (a przynajmniej tak twierdzą recenzenci). Natomiast porównywalny jest poziom obu produktów. W powieści dostajemy prostą, jednowątkową historyjkę z nieskomplikowanymi bohaterami. Akcja pędzi na łeb na szyję, choć wydarzenia większych emocji nie wywołują, a karaibskie demony jakoś są mało straszne...

sobota, 30 kwietnia 2016

966 Świadectwo Chrztu, dodatek Tygodnika Powszechnego

W związku z rocznicą chrztu Mieszka I mamy prawdziwy wysyp publikacji naukowych i popularnych. Specjalny dodatek wypuścił Tygodnik Powszechny. Całkiem przyzwoity dodatek, a do tego dostępny również w wersji elektronicznej.

Na początku jest wstęp ks. Bonieckiego, Milenium 50+. Dość ciekawy, ale nad felietonem nie będę się rozwodził i – tak szczerze – nie jest dla mnie specjalnie istotny.
Ocena 5/10

Dalej idzie wywiad z bp. Grzegorzem Rysiem przeprowadzony przez Michała Kuźmińskiego pt. Wasal świętego Piotra. Czyta się to nieźle, a biskup imponuje swoją wiedzą. Ale oczywiście nic nowego ten wywiad nie wnosi.
Ocena 5/10

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Kroniki Shannary, sezon 1 (2016)

Andrzej Sapkowski cykl Terry’ego Brooksa, Shannara zaliczył do kanonu literatury fantasy, choć zupełnie nie pojmuję, co go do tego skłoniło (o ile dobrze kojarzę, w drugim wydaniu Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini Shannara wyleciała z kanonu, a zamiast niej pojawił się inny cykl Brooksa, niewiele lepszy – Magiczne królestwo). Po przeczytaniu jednego tomu Shannary i dwóch Magicznego królestwa straciłem ochotę na kontakt z prozą sygnowaną nazwiskiem Terry Brooks.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Mówią Wieki, kwiecień 2016

Namnożyło się w Polsce czasopism historycznych. Niemal każdy tygodnik stara się jeśli nie takowe wydawać, to chociaż parę kartek w numerze na sprawy przeszłości poświęcić. Tę przeszłość oglądamy więc z każdej możliwej strony, a podlane to zazwyczaj jest ostrym sosem politycznym. Czasem pisma te zamieszczają artykuły uznanych historyków, częściej dopuszczają do głosu różnych nawiedzonych oszołomów. Toteż raczej  nie kupuję tych produktów.

Ale ostatnio wracając z podróży zbyt szybko przeczytałem książkę, więc podczas przesiadki zaszedłem do saloniku prasowego. W oko wpadły mi Mówią Wieki – najbardziej chyba szacowne w Polsce pismo popularyzujące historię (za komuny, jako uczeń podstawówki, nawet to prenumerowałem). Na pierwszej stronie tytuł: Dlaczego Mieszko I przyjął chrzest (ze względu na rocznicę temat ostatnio modny). To biorę.

piątek, 22 kwietnia 2016

Django Wexler, Tysiąc Imion

Powieść należy do popularnego ostatnio nurtu „prochowej fantasy”. Ki pies, ta „prochowa”? Rozumiem to jako fantasy umieszczone nie w rzeczywistości quasi średniowiecznej, lecz inspirowaną raczej stuleciami XVII-XIX. Django Wexler konstruując swój świat opierał się na przełomie XVIII i XIX stulecia.

Akcja Tysiąca imion toczy się w Khandarze, który wzorowany jest na Egipcie. W krainie tej stacjonują wojska z zamorskiego, północnego imperium – Vordanu (przypominającego Francję Ludwika XVI). Pojawiają się problemy. Do Khandaru przybywają posiłki z Vordanu, dowodzone przez charyzmatycznego dowódcę. Ich zadaniem jest stłumienie buntu.

środa, 20 kwietnia 2016

Salman Rushdie, Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy

To właściwie mój pierwszy kontakt z prozą Rushdiego. Ze 20 lat temu zabrałem się za Szatańskie wersety, ale jakoś nie dałem rady przebrnąć.
Jak ocenić wycieczkę pisarza „głównego nurtu” w stronę fantasy? Taki dowcip mi się przypomniał:

Siedzi dwóch Europejczyków w knajpie w Korei.
– Jak znajdujesz te dżdżownice w cukrze?
– Eeee.... Bardzo interesujące.

Powieść Rushdiego na pewno jest interesująca. Czy smakowita, to już kwestia gustu. Mnie fajnie czytało się pierwszych kilkadziesiąt stron. Potem przeskoki z wątku na wątek zaczęły lekko nużyć. Tym bardziej, że Salman Rushdie ma wielki talent do budowy kilometrowych zdań, z wtrąceniami do wtrąconych wtrąceń. „Oblecieć” półtorej strony dwoma zdaniami, to może i szuka, jednak czyta się to średnio.

wtorek, 8 marca 2016

Dan Simmons, Hyperion

Jak widać nieco zatarłem się z aktualizowaniem bloga w lutym. Otóż założyłem sobie, że będę pisał o każdej przeczytanej książce właśnie w kolejności, w jakiej czytam. No i trafiłem na książkę, o której trudno było mi coś sensownego wykrztusić, zatem najpierw zamilkłem, potem złamałem zasadę kolejności. Ale się nie poddaję :)
Winowajcą jest Hyperion. Bardzo trudno pisze mi się o takich książkach – doczepić nie ma się do czego, gatunek znam o tyle o ile, więc nie będę się wymądrzał, jak powieść prezentuje się na tle innych pozycji SF. No a przecież oznajmić: „Podobało mi się” albo „Fajne” to trochę za mało.
Na dodatek powieść ma status klasyki gatunku, a recenzowanie klasyka przypomina tresurę nosorożca – czy mu przywalisz, czy go pogłaszczesz, nosorożcowi wsio rawno. A zawsze można z siebie gupka zrobić...

wtorek, 1 marca 2016

Anthony Riches, Honor patrycjusza

Jako historyk zajmowałem się średniowieczem i pewnie właśnie dlatego nie przepadam za powieściami osadzonymi w tym okresie (oczywiście są wyjątki). Lubię natomiast literaturę w realiach starożytnych, zwłaszcza antycznych. Niestety, nie tylko ja lubię. Dlaczego „niestety”? Bo popularność sprawia, że tłucze się masowo chałowate książki, których akcja niby jest osadzona w starożytnym imperium rzymskim.

Takową jest właśnie Honor patrycjusza. Nie jest to powieść historyczna, tylko jakiś mikst – bohaterowie rodem z XXI wieku osadzeni w rzeczywistości z grubsza przypominającej wiek II. To nie są ludzie antyku – myślą i zachowują się jakby żyli w naszych czasach. Przecież starożytność, średniowiecze to czas wszechobecnej religii, zabobonów itp. Tu w ogóle tego nie ma. Bohaterowie to racjonaliści z XXI wieku.

sobota, 13 lutego 2016

Garth Nix, Sabriel

Jest to książka napisana w stylu typowym dla hollywoodzkich superprodukcji, czyli dla każdego – powinna wciągnąć 15-latka i nie obrazić inteligencji 60-latka. Tylko jest taka zasada: jak coś jest do wszystkiego, to zazwyczaj jest do niczego.

Aż tak źle, na szczęście, nie jest. Garth Nix stworzył prościuteńką, jednowątkową i dość zwięzłą historyjkę, w której próżno szukać jakiegoś nowatorstwa. Uniknął za to jakichś porażających naiwności, może poza wątkiem romansowym – pewnie sam nie wiedział jak się za niego zabrać, więc potraktował po macoszemu, niewiele uwagi mu poświęcając. Właściwie dobrze, bo romansów nastolatków w stylu fantasy mamy zatrzęsienie.

Bohaterowie też jak z hollywoodzkiej superprodukcji, od razu wiadomo kto dobry, kto zły. Jakąś tam psychologią, to też se, panie, autor gitary nie zawracał – nakreślił kilkoma grubymi krechami. Jest bohaterów za to na tyle niewielu, że zostają w pamięci.