sobota, 26 grudnia 2015

Stephenie Meyer, Zmierzch

Rozbawiłem Was? Tak, zacząłem kiedyś to czytać. Dość dawno temu, ale trauma jaką wówczas przeżyłem pozostała. Zabrałem się za to nie mając zielonego pojęcia czym jest paranormal romance. Chciałem zobaczyć co to za fantasy, którym zaczytują się kobiety.

Czemu teraz o tym piszę? Otóż zabrałem się za sporządzenie kanonu fantasy. Kryteria przynależności uwzględniłem dwa: wpływ na rozwój gatunku i wartości literackie. Zmierzch, jako najbardziej znany przedstawiciel popularnego podgatunku, naśladowany przez legion pisarek, bez wątpienia spełnia pierwszy warunek. Acz kiedy miałem go umieścić w kanonie, klawiatura zadrżała.

środa, 23 grudnia 2015

966. Narodziny Polski

Gdybym nadawał notkom tytuły, tu byłby taki: Dno i trzy metry mułu. Z podtytułem: Jak nie należy tworzyć książki popularnonaukowej.

Książkę (czasopismo? – trudno to jednoznacznie zakwalifikować) zobaczyłem w saloniku prasowym, biorę do ręki, widzę nazwiska autorów: Sikorski, Strzelczyk, Fałkowski, Pleszczyński, Moździoch (fajnie, będzie sporo archeologii). W tym gronie jednego fantastę – Przemysława Urbańczyka – jakoś strawię. To kupuję.

Zaczynam czytać. Fak, fak, fak – to moja reakcja. Otóż okazało się, że uznanym historykom zostawiono części wprowadzające i ogólnikowe. Sprawy szczegółowe powierzono właśnie owemu fantaście. Przypomnę, że Urbańczyk niedawno opublikował niedorzeczną książkę o Mieszku I [1], zrównaną z glebą przez wspomnianego Sikorskiego [2] (po czym Urbańczyk ripostował artykulikiem, którym pokazał tylko, że merytorycznie nie ma nic do powiedzenia, za to na trolla internetowego nadałby się świetnie).

niedziela, 20 grudnia 2015

Nalo Hopkinson, W kole stań dziewczyno

Są autorzy, którym wydawcy wyrządzili krzywdę. Moim zdaniem, specjalizują (specjalizowały?) się w tym Rebis oraz Zysk i S-ka, a konkretnie mam na myśli wydawane przez nich serie Salamandra i Kameleon. Gdzie tu krzywda – wydawanie w prestiżowych (w założeniu) seriach? Otóż i Kameleon, i Salamandra charakteryzują się zacieraniem przynależności danej książki do SF lub fantasy: nic nie mówiące okładki, nic nie mówiące streszczenia, nic nie mówiące blurby, nic nie mówiące notki o autorach.

„Dzięki temu pozycje te miały szansę dotrzeć do czytelnika spoza fantastycznego getta” – ktoś powie. Naprawdę? To proszę mi wskazać autorów SF/fantasy, którzy debiutowali w Polsce w tych seriach i dzięki temu się wybili. Większość z nich w ogóle nie zainteresowała fanów fantastyki. Miłośników „niefantastyki” też nie.

piątek, 11 grudnia 2015

Sheri S. Tepper, Trawa

Seria Artefakty wydawnictwa Mag w zamierzeniu ma prezentować to co najlepsze w SF sprzed 20-50 lat [1]. Jak wpisuje się w ten plan książka, którą Sheri S. Tepper debiutuje na polskim rynku?

Zacznę od tego, że jako humanista czytam niewiele SF, bo często odstrasza mnie język ze słownika „ścisłowców”. Oczywiście, większość powieści fantastyczno-naukowych nie jest tym jakoś nadmiernie naszpikowana, ale trafiły mi się takie, których właśnie z tego powodu nie dokończyłem. Stąd pewna nieufność wobec gatunku.

A Trawę kupiłem dla... okładki. Tak, te różne odcienie zieleni, połączone z dość naiwnym (nie jest to pejoratywne określenie!) wyobrażeniem „potwora” jakoś skojarzyły mi się z malarstwem Henri Rousseau, które bardzo lubię. To chyba pierwszy przypadek, że opakowanie skłoniło mnie do wydania kasy na książkę. Zresztą zobaczcie sami jedno z dzieł Rousseau zwanego Celnikiem (jest to fragment obrazu Sen z 1910 r.):

wtorek, 8 grudnia 2015

Kate Griffin, Szaleństwo aniołów czyli zmartwychwstanie Matthewa Swifta

Po kilku latach przerwy Mag wrócił do wydawania tego cyklu. Zanim zabiorę się za najnowszy, czwarty tom, robię przypominajkę z poprzednich. Szaleństwo aniołów to „prawdziwe” urban fantasy – Londyn jest nie tylko scenerią, jest pełnoprawnym bohaterem. Trzeba przyznać, że Griffin „czuje” miasto.

W Londynie żyją osoby parające się magią. Czarodzieje, czarownicy, czarownice – ci czarują w tradycyjny sposób mamrocząc jakieś inwokacje. Ale główny bohater jest czarnoksiężnikiem. Jego moc pochodzi wprost od miasta. Magia śmieci, magia metra, magia przewodów elektrycznych... Zresztą nie tylko on czerpie z miasta. Swoistą moc mają też motocykliści, grafficiarze, żebracy, włóczędzy, czyli wszystkie te „pierdolone męty społeczne”. Do tego są jeszcze ludzie zamienieni w idee, jak Król Żebraków, Bezdomna itd.

Marek Olejniczak, Kotłów 1108-2008. Monografia wsi

Teraz pewnie każdy pomyśli – co może być ciekawego w dziejach jakiejś dziury, nie wiadomo gdzie się znajdującej? Do tego, co mnie w dziejach Kotłowa interesuje, dojdziemy.

Najpierw lokalizacja. Kotłów to spora wieś w gminie Mikstat, w powiecie ostrzeszowskim (woj. wielkopolskie). Marek Olejniczak przedstawił nam nie tylko dzieje wioski, ale też parafii, do której należy również Strzyżew (gmina Sieroszewice, powiat ostrowski).

Autor to historyk-regionalista zainteresowany dziejami ziemi ostrowskiej (gmina Mikstat do 1955 r. należała do powiatu ostrowskiego). Niestety, Marek Olejniczak zmarł w 2011 roku – w poprzednim tygodniu obchodziliśmy rocznicę jego śmierci.
Więcej o autorze: Wikipedia, PTTK, parafia w Kotłowie.

Książka ma, moim zdaniem, dziwny układ. Najpierw przedstawione są dzieje wsi, potem parafii rzymskokatolickiej, polskokatolickiej (tu podrozdział o Strzyżewie), innych obiektów, dalej idą legendy i szlaki turystyczne. Kotłów to nie Warszawa czy Poznań, żeby konieczne było takie wydzielanie. Natomiast skutkiem jest to, że np. początki kościoła romańskiego omówione zostały trzy razy (w historii wsi, historii parafii rzymskokatolickiej i legendach).

Top 10: najgrubsze książki w mojej biblioteczce

Akcja, która nieśpiesznie przemyka (a może raczej przeczołguje się) przez książkowe blogi. W pierwszym momencie pomyślałem jak onetowy Jasiu Śmietana: To jezd bes sęsu. Ale idea, raz zaszczepiona w czaszce, nie dawała się zbyć. Zacząłem się łapać, że patrzę na swoją biblioteczkę wyszukując grubasów. W końcu poszedłem po rozum do głowy (nie chwaląc się, nie było daleko), wyjąłem co grubsze tomiszcza i zrobiłem :)


czwartek, 3 grudnia 2015

Daniel Abraham, Wstęp do taksonomii ras

Wczoraj pisałem o tym dodatku do Smoczej drogi. Udało mi się go odszukać w necie :) A jako ilustracja, okładki oryginalnych wydań wszystkich czterech tomów cyklu.
________________________________________________________


Wstęp do taksonomii ras

(Fragment manuskryptu przypisywanego Malasinowi Calvahowi, taksonomowi Klerona Nuasti Cau, piątego tego imienia)

„Próba uporządkowania oraz usystematyzowania trzynastu ras ludzkich podług pokrewieństwa, hierarchii ważności, możliwości łączenia się w pary czy też ich przeznaczenia to przedsięwzięcie, na które siłą rzeczy trzeba by poświęcić całe życie. Nie powinno jednak być powodem do zmartwienia, że co misterniejsze niuanse wielkiego i skomplikowanego dzieła stworzenia mogą czasem wydawać się zawiłe i niejasne. Celem tego eseju jest wprowadzenie laika na piękną i wielce satysfakcjonującą ścieżkę taksonomii.

Rozpocznę od krótkiego przewodnika, do którego czytelnik będzie mógł odnosić się na dalszych etapach.

środa, 2 grudnia 2015

Michael Phayer, Kościół katolicki wobec Holokaustu, 1930-1965

Zauważyłem, że szybciej mi przybywa książek, niż je czytam, a szybciej czytam, niż potem tu opisuję :) Książek w księgarniach, za „normalną” cenę kupuję kilka w miesiącu, ale jestem też regularnym klientem tanich księgarń, okazji na allegro i olx oraz przewalam pudła z książkami w Tesco czy Kauflandzie. Właśnie w tym ostatnim kupiłem książkę historyczną, daleką od moich zainteresowań, bo te koncertują się na wczesnym średniowieczu (X-XIII w.).

Z zasady nie powiększam biblioteczki o pozycje tego typu, bo chatę mam już zawaloną woluminami. Dlaczego zatem nabyłem książkę o stosunkach Watykanu z nazistami? Bo mam w pamięci dyskusję, która przetoczyła się przez prasę kilkanaście lat temu, w związku z wydaniem pozycji Johna Cornwella, Papież Hitlera. Tajemnicza historia Piusa XII. Trudno było wtedy znaleźć wyważone artykuły na ten temat, to było miotanie się między hagiografiami w stylu tygodnika „Niedziela” a bezpardonowym hejtowaniem „Faktów i Mitów”.

Daniel Abraham, Smocza droga

Abraham to przykład całkiem przyzwoitego pisarza, który nie przyjął się w Polsce. Właściwie trudno powiedzieć, jaka jest tego przyczyna. W każdym razie wydawcy rozgrzebali i porzucili trzy jego cykle. W wszystkich przypadkach wydano tylko pierwsze tomy, które teraz zalegają w tanich księgarniach. To wyraźnie pokazuje, że Abraham nie trafia w gust polskiego czytelnika. Nie czytałem, więc nie będę się wypowiadał, o Przebudzeniu Lewiatana (pierwszym tomie cyklu space opera – wydała Fabryka Słów) [1]. Natomiast podobała mi się książka Cień w Środku Lata, pierwszy tom cyklu fantasy (wydał to Mag). Oryginalny świat, fajni bohaterowie, niesztampowa fabuła, interesujący system magii, zwrócenie uwagi na problematykę gospodarczą. Lektura dała mi dużo radości :)

Więc jak zobaczyłem w taniej księgarni Smoczą drogę, nie zastanawiałem się. Trudno tę powieść ocenić, bo jest to tom wprowadzający do cyklu. Kolejnych pozycji zapewne nigdy nie poznamy – wydawnictwo zostało zlikwidowane, a dotychczasowe doświadczenia z Abrahamem pewnie nie zachęcą innych wydawców do kontynuacji. Muszę zatem oceniać tę książkę jako samodzielną pozycję.

wtorek, 17 listopada 2015

Bernard Werber, Tanatonauci

Tak mi się przypomniało. Siedem lat temu na forum katedra.nast napisałem coś takiego:

Czy np. we Francji, Włoszech, Skandynawii, Niemczech, na Węgrzech nie czeka jakiś Sapkowski do odkrycia dla polskiego czytelnika? Jestem bardzo ciekawy tamtejszej fantastyki. Przecież ktoś tam musi pisać, nie wierzę, że fantastyka to domena Anglosasów i Słowian.

Wysypu nieanglosaskiej fantasy w tzw. „międzyczasie” nie było, ale coś tam wydano. I niestety, nie czekał żaden „tamtejszy” Sapkowski na odkrycie... Z całą pewnością nie jest nim Francuz Bernard Werber, nie ta liga. Na powieść Tanatonauci miał świetny pomysł, i koncertowo go spieprzył. Przede wszystkim przynudza. Bohaterowie niby mają jakieś tam indywidualne cechy, jakąś tam przeszłość, ale co z tego, kiedy i tak sprawiają wrażenie ludzi z papieru.

Susanna Clarke, Jonathan Strange i Pan Norrell; serial Jonathan Strange & Mr Norrell

Książkę czytałem już dość dawno temu, ale teraz obejrzałem serial, więc jest okazja i o dziele Susanny Clarke parę zdań nasmarować.
Dla mnie to w literaturze fantasy absolutny nr 1. To książka kompletna, bez słabych stron. Nie można narzekać ani na język, ani na fabułę, ani na świat przedstawiony, ani na bohaterów. Do tego specyficzne, trochę ironiczne poczucie humoru.

– Czy mag może zabić za pomocą magii? – spytał Strange’a lord Wellington.
Strange zmarszczył brwi. Pytanie najwyraźniej nie przypadło mu do gustu.
– Mag zapewne może – przyznał – lecz dżentelmen z pewnością nie powinien.

Wyobraź sobie zatem, czytelniku, zainteresowanie towarzyszące pannie Wintertowne! Żadna młoda dama nie znalazła się w tak uprzywilejowanej sytuacji: umarła we wtorek, wskrzeszono ją w środę nad ranem, a za mąż wychodziła w czwartek. Zdaniem niektórych to aż za wiele wrażeń w jednym tygodniu.

Nie ma sensu więcej pisać, to po prostu trzeba przeczytać. Ostrzegam jedynie, że zdaniem niektórych, powieść przez pierwszych 300 stron „przynudza”, dopiero później się rozkręca. Jeśli ktoś szuka wyłącznie fabuły ala Conan, gdzie od najdalej 5 strony trup ściele się gęsto, to rzeczywiście może mieć takie odczucia. Jednak tym, którzy potrafią się zachwycać pięknym językiem, dobrze wykreowanymi bohaterami i światem, również te pierwszych kilkaset stron zawodu nie sprawi.

czwartek, 12 listopada 2015

Zofia Kossak, Krzyżowcy

Po raz pierwszy czytałem tę książkę dawno, dawno temu, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej. To były ponure czasy schyłkowego PRL-u, kiedy dobrych książek, zwłaszcza fantasy, ukazywało się niewiele, a żeby je zdobyć trzeba było mieć znajomości w księgarni (co ciekawe, książki miały wówczas nakłady wielokrotnie wyższe niż obecnie, a i tak były nie do dostania). Wówczas Krzyżowcy zrobili na mnie wielkie wrażenie.

środa, 4 listopada 2015

Krzysztof Piskorski, Zadra

Wcześniej przeczytałem kilka pozycji steampunkowych i uznałem, że to dość głupawy gatunek, więc Zadry nie kupiłem w „normalnym” terminie. Dopiero teraz napatoczył mi się w taniej księgarni tom pierwszy, a że debiutancką pozycję Piskorskiego [1] wspominam dość miło, zaryzykowałem całe 10 zł polskich. Jakie wrażenia po lekturze? Najlepszym komentarzem jest to, że zaraz po przeczytaniu pierwszego tomu Zadry, kupiłem drugi i dwie kolejne książki tego autora [2].

Przede wszystkim Piskorski umie pisać powieści. Czasem przy czytaniu książek polskich fantastów mam wrażenie, że autor miał pomysł na początek i koniec, a że zamarzyła mu się powieść, a nie opowiadanie, to pomiędzy nawciskał byle czego. U Piskorskiego tego nie ma, od pierwszej do ostatniej strony wygląda to na rzecz przemyślaną. Do tego nie sili się na „nie wiadomo co”. Chce fajnie opowiedzieć fajną historię i.... fajnie mu to wychodzi.

Nie jest to też historia alternatywna w stylu katolicko-narodowym (bleee), czyli opowieść o tym, jak Polacy (np. dzięki wynalazkowi prof. XYZ) podbili świat i tworzą owo wymarzone katolickie imperium, przeciwko któremu knują Żydzi, masoni, geje itp. U Piskorskiego Polacy nadal podwieszeni są pod Napoleona. Cesarz nie dał spodziewanej nagrody w postaci reaktywacji Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale właśnie pojawia się nowa szansa. Dzięki eterowi odkryty zostaje świat równoległy i tam Polacy mają sobie wykroić imperium na miarę potrzeb i możliwości. Wykroić siłą, bo w równoległym świecie pojawili się też Prusacy i Rosjanie.
Za bramę, z francusko-polską armią, wyrusza Stanisław Tyc. Jednocześnie śledzimy akcję w „naszym” świecie, gdzie została narzeczona Tyca (taka inteligentna idiotka) i jej brat-naukowiec zajmujący się eterem.

poniedziałek, 5 października 2015

Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi

Nie lubię, po prostu nie lubię książek, które czyta się jak Długosza z dorobionymi dialogami. I mojego wrażenia nie zmienia to, że Cherezińska korzystała z wielu źródeł, nie tylko ze wspomnianego kronikarza. Być może nie da się inaczej pisać beletrystyki historycznej, której akcja osadzona jest w XIII-wiecznej Polsce, bo Długosz skrupulatnie pozbierał źródła z tego okresu i niewiele da się wymyślić ponad to, co opisał.

Mojego wrażenia nie zmieniły też elementy fantastyczne, po części zresztą nie wiem czemu mające służyć - te herbowe lwy i orły, ograniczające się do prężenia, nic właściwie do fabuły nie wnoszą. Ogólnie fantastyka wydaje mi się wprowadzona na siłę, żeby podpiąć się pod sukces Pieśni lodu i ognia Martina.
Bohaterowie też jacyś tacy papierowi, o skomplikowaniu psychologicznym 12-latków. Po pewnym czasie od lektury w pamięci mam tylko jakieś cechy Łokietka, czyli pozostali niczym specjalnym się nie zapisali.

niedziela, 4 października 2015

Robert Silverberg, Zamek Lorda Valentine'a

Powieść umieszczona przez Sapkowskiego w kanonie fantasy. Tylko czy to jest fantasy? Mamy planetę skolonizowaną tysiące lat wcześniej przez Ziemian. Są tubylcy - miejscowy, inteligentny gatunek. I są imigranci (w entym pokoleniu) z innych planet. Jak marginalnie wspomina autor, Majipoor wciąż utrzymuje też kontakty z innymi planetami, choć coraz rzadsze.

Ale są też czarodzieje, jest Pani Snów, wpływająca na ludzi właśnie poprzez sny.
Chyba to jest właśnie to, co nazywa się science fantasy.

czwartek, 1 października 2015

Granica wschodnia cywilizacji zachodniej w średniowieczu

Zbiorów artykułów ukazuje się w naszym kraju wiele, znaczna część z nich nie wiadomo po co - po raz enty ci sami autorzy publikują te same ustalenia, nadmuchując tylko sobie bibliografie... Ale ten tom jest inny. Kilka słów o artykułach, które mnie najbardziej zainteresowały.

Hanna Zaremska, Chazaria - państwo na pograniczu kultur.
Nie jest to rys dziejów Chazarów, autora skupia się na kilku zagadnieniach związanych z tym ludem: problemie religijnym, w tym konwersją na judaizm, obecnością na ziemiach ruskich (i marginalnie polskich) oraz obrazem w historiografii rosyjskiej.
Jak sama podaje, korzysta z literatury przedmiotu wybiórczo. Tym niemniej, trochę zaskakuje, że z najnowszej literatury polskiej wymienia tylko opracowanie zajmujące się Chazarami marginalnie oraz ujęcie popularnonaukowe [1]. Rzeczywiście w naszej historiografii nie jest to temat bardzo popularny, ale jednak coś tam ostatnio napisano [2].

środa, 30 września 2015

Pentameron / Il racconto dei racconti (2015)

Nie tylko seczytam, ale czasem też sepacze. Nie pisałem dotąd o filmach, bo nie znam się na kinie. Wiem, że coś mi się podoba, albo nie podoba i tyle. Ale dzieło Matteo Garrone zrobiło na mnie takie wrażenie, że coś naskrobię.

Niesamowity film. Jakoś kojarzył mi się z Dekameronem Boccaccia i niewykastrowanymi baśniami braci Grimm. Okazuje się, że skojarzenia prowadziły we właściwym kierunku, bo inspiracją dla scenarzystów były włoskie bajki, które zebrał w XVII wieku Giambattista Basile.

Joel Shepherd, Sasha


Czy książka może być aż tak zła? Widocznie może. To co dalej napiszę tyczy się 50 pierwszych stron powieści, bo tylko tyle dałem radę przeczytać.

Bełkot, chaos, bohaterowie o psychice muszki owocówki. Imiona i nazwy własne brzmiące jak jakieś charknięcia. Do tego „talent" tłumacza zbliżony do „talentu" pisarza...
Za to należy wydawcę pochwalić za dobór okładki - jest tak obrzydliwa, że świetnie komponuje się z bełkotliwą treścią.

Józef Morton, Mój drugi ożenek

Morton to gwiazda literatury przedwojennej i PRL-owskiej, dziś niemal całkowicie zapomniany – nie udało mi się znaleźć informacji o wznowieniach jego książek po 89 roku. Szkoda, bo to naprawdę pisarz wielkiego formatu.

Akcja powieści toczy się tuż po II wojnie, w okresie konfliktu między komunistami a „leśnymi bandami". Na szczęście Morton nie dał się zaprząc do głoszenia komunistycznej propagandy. Głównemu bohaterowi – Marcinowi jednakowo daleko do obu stron konfliktu: I nagle zapragnąłem końca, końca tego wzajemnego mordowania się, żeby wreszcie nastał jaki porządek, spokój, bo jak tu żyć dłużej w takim zamieszaniu, bez żadnej pewności jutra?
„Nowe" przynosi też konflikty rodzinne – przed młodzieżą otwierają się nowe perspektywy: awans dzięki wstąpieniu do Partii, możliwość wyjazdu na Ziemie Odzyskane, wreszcie łatwiejszy dostęp do szkół. To sprawia, że młodzi niechętnie poddają się dyktatowi „ojców".

środa, 18 lutego 2015

Niebezpieczne kobiety

Miałem nadzieję na lekturę dorównującą antologiom Legendy i Legendy II. Jak się prezentuje najnowszy zbiór pod redakcją Martina i Dozoisa? Jestem w trakcie czytania, wrzucam wrażenia po przerobieniu kolejnych opowiadań, a podsumuję po zapoznaniu się z całością.
To po kolei.

niedziela, 25 stycznia 2015

Bradley P. Beaulieu, Wichry archipelagu

Wydawnictwo Prószyński i S-ka swego czasu zarzuciło rynek pozycjami SF i fantasy z serii Najlepsze książki na świecie. Prawdopodobnie. Dobrze, że dodano ten ostatni człon, bo chyba żadnej z pozycji do książek „najlepszych” zaliczyć nie można, a jedynie część z nich określiłbym mianem „dobrych” – większość to przeciętne czytadła. Seria też dość szybko upadła i część tytułów można dziś kupić w tanich księgarniach. Wydawca przy tym nie zmierzył sił na zamiary i zostawił rozgrzebane cykle.

Artur Kijas, Ruś

Książka ukazała się w tej samej serii co poprzednio zaprezentowana. Od razu dodam, że nie dorównuje pracy Marzeny Matli, a wydanie jej w serii Początki Państw jest jakimś nieporozumieniem. Zresztą przewidywałem to, gdy tylko zobaczyłem zapowiedź. Dlaczego? Bo Artur Kijas nie kojarzy mi się z badaniami nad początkami Rusi. Jego pole badawcze to raczej okres rozbicia dzielnicowego i późniejszy.

No i też omawiana książka została skonstruowana na takiej samej zasadzie, na jakiej egzamin zdawał student Akademii Rolniczej – obrył tylko konie, a gdy wylosował pytanie Rozród bydła" zaczął tak: U bydła wygląda to nieco inaczej niż u koni, bo u koni...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Marzena Matla, Czechy

Na serię Wydawnictwa Poznańskiego Początki Państw ostrzyłem sobie zęby jak komornik na nowy traktor. Po nabyciu dwóch pierwszych tomów nieco się rozczarowałem, bo okazało się, że to książki popularno-naukowe, chociaż napisane przez uznanych historyków.

Marzena Matla dała się poznać jako autorka pracy (doktorat) o pierwszych Przemyślidach [1] oraz kilku artykułów poświęconych Czechom w IX-XI w. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez mediewistów polskich i czeskich [2]. Jest to pozycja wyważona, raczej - na podstawie najnowszych badań historyków i archeologów – prostująca i uzupełniająca dorobek starszej historiografii, a nie szarżująca nowymi, często dziwacznymi i oderwanymi od źródeł oraz zdrowego rozsądku hipotezami, jak to ostatnio nieraz obserwujemy [3].