Jakie to głupie, pomyślał.
Też tak myślałem czytając to coś. Najpierw zastanawiałem się po co Mag wziął się za dziesięciotomowy cykl, skoro z góry było wiadomo, że nie wyda do końca (bo to Mag). Teraz zastanawiam się co ich skłoniło, żeby w ogóle kupić prawa do wydania tego czegoś – takie powieści powinno się zostawiać producentowi kupy, czyli Drageusowi...
Pewnie nigdy bym nie przeczytał tych dwóch tomów cyklu Joe Ledger, gdyby nie Vesper. Wydawnictwo z podpoznańskiego Czerwonaka zapowiedziało (chyba już wydało) inną powieść Jonathana Maberryego: Kagen Przeklęty (wygląda to trochę na popłuczyny po cyklu Kane Karla Edwarda Wagnera). Dawno nie czytałem heroic fantasy, aż mnie wzięło na coś dobrego w tym nurcie. Na szczęście (w tym przypadku to szczęście), Vesper się ceni – okładkowo wyrąbali stówkę (dokładnie: 99,90 zł)! Takich drogich książek nie kupuje się w ciemno, to sprawdzę Maberryego na cyklu Joe Ledger.
Swarogu i Twarogu, Światowicie i Światłowodzie – ależ to było nędzne.
Maberry nieudolnie próbował zrobić to, co przed nim milion pisarzy zrobiło dalece lepiej: połączyć powieść sensacyjną z science fiction (science bardzo umowne). I wyszła mu słaba sensacja z elementami fantastycznymi rodem z przedwojennej literatury pulpowej: szaleni, dysponujący nieograniczonymi funduszami naukowcy chcą władzy nad światem. Hahahaha (to był ich szatański śmiech). Przy okazji, manifest antykapitalistyczny lewaka.
W pierwszym tomie mamy tercet złych: islamskiego terrorystę, jego żonę – genialną naukowczynię i bogatego w penisa biznesmena z branży farmaceutycznej, który chce zostać jeszcze bogatszy. Wspólnie produkują zombiaki, którymi planują zaatakować USA. Oczywiście zombiaki zarażają kolejnych ludzi przerabiając ich na swoje podobieństwo. Według planów terrorysty, rzecz ma się skończyć śmiercią wszystkich niemuzułmanów (Allah ochroni swój lud). Zombiaki się głównemu bohaterowi nie podobają. Wcale ale to wcale (Już lepiej, gdyby próbowali rozsiewać ebolę, bo ebola nie goni za człowiekiem i nie próbuje go ugryźć).
W tomie drugim, genialny naukowiec i zarazem krezus produkuje mutantów i choroby, a jego celem jest wybicie wszystkich niebiałych i Żydów, czyli skromne siedem miliardów ludzi.
Jak widzicie (hahahaha – szatański śmiech) plany zakrojone na iście epicką skalę.
Co ciekawe, w obu powieściach mamy ten sam schemat. Zło dzieli się na dwie frakcje, z których jedna chce się wzbogacić, jednak nie wie, że druga ma plany odmienne – chce przeprowadzić ludobójstwo na nieznaną dotąd skalę.
Na szczęście, Ameryka ma potężną jednoosobową armię w postaci Joe Ledgera, przy którym Jack Reacher to zwykła popierdółka jest. Joe, podczas krótkiej przerwy między rozwaleniem jednego stada zombiaków i drugiego stada zombiaków, przegryzając ogórka, załatwi jeszcze spory oddział zdziczałych inżynierów. A tak poza tym to pajac jest (wg autora pewnie jego pajacowanie miało przekonać czytelnika, że to wybitny twardziel, mnie tylko utwierdziło w opinii, że Maberry to grafoman).
Nasz bohater na początku Pacjenta zero jest gliniarzem, ale szybko zostaje – w idiotyczny sposób – zwerbowany do rządowej agencji od walki z takimi „magicznymi” zagrożeniami. Od razu zostaje – znowu w idiotyczny sposób – szefem oddziału odpowiedzialnego za fizyczną eliminację wrogów. Jest to oddział pięcioosobowy (licząc z samym Joe) – prawda, że to to sensowne? Największe mocarstwo świata do walki ze zjawiskami mogącymi zniszczyć świat powołuje oddział pięcioosobowy. Ale te skubane Amerykańce mają szczęście – podwładni naszego bohatera to też jednoosobowe armie (choć trochę słabsze od dowódcy).
Bohaterowie, tak negatywni, jak i pozytywni, idiotycznie przerysowani. Plany złych bez sensu, element „naukowy” z nauką nie ma nic wspólnego. Fabuła nie spina się od strony logiki, wydarzenia mało wiarygodne.
Styl. Językowo to jest tak proste, że aż prostackie. O ile akcję w jego wykonaniu da się przeczytać (nie napisałem, że z przyjemnością!), o tyle wszystko poza tym jest wybitnie niestrawne. Kiedy przechodzi do filozofowania, psychologizowania albo spraw naukowych (a robi to często) – wieje potężną nudą. To jakbym czytał artykuły z Wikipedii.
A wyżej o inżynierach (muzułmanach) napisałem nieprzypadkowo, bo w Pacjencie zero Maberry pojechał po nich jak Konrad Lewandowski po Szczepanie Twardochu. Ale pewnie dostał joby od wyznawców woke, więc w Fabryce smoków bardzo się z tego tłumaczył. I w Fabryce wjeżdża na pełnym gazie ideolo.
![]() |
| Chyba nie muszę dodawać, że Kagena Przeklętego nie kupię? Może przeczytam jak znajdę w bibliotece |
A teraz najdziwniejsze. Maberry jest pisarzem uznanym i nagradzanym, m.in. jego książki zdobywały nagrody Brama Stokera (najważniejsze za horrory). I nie pojmuję jakim cudem. Wiem, pisarz może mieć kryzys twórczy, ale cykl o Joe Ledgerze jest nie tylko słaby – jest infantylny, niedorzeczny, napisany prostackim językiem... Nie sądzę, żeby autor piszący w ten sposób, nawet będąc w szczytowej formie, był w stanie spłodzić coś wartego wycenienia choćby na pięć (w skali do dziesięciu).
Coś w stylu Joe Ledgera mógłby napisać Jakub Pawełek, autor jednej z największych kup, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek przeczytać, gdyby ograniczył się do fantastyki sensacyjno-militarnej zamiast wetknąć do powieści co mu tylko do głowy przyszło – dalej byłoby to gunwo, ale mniej śmierdzące.
Mimo wszystko powieści Maberryego są lepsze od Pawełkowych (w końcu dałem radę przeczytać), więc ocena będzie wyższa:
OCENA: 3/10.
J. Maberry, Joe Ledger, t. 1: Pacjent zero, tłum. A. Studniarek-Więch, wydawnictwo Mag, Warszawa 2017, stron: 448.
J. Maberry, Joe Ledger, t. 2: Fabryka smoków, tłum. A. Studniarek-Więch, wydawnictwo Mag, Warszawa 2018, stron: 650.
Zob. też:
Sensacja + SF:
Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz