Łączna liczba wyświetleń

piątek, 26 marca 2021

Andrus Kivirähk, Człowiek, który znał mowę węży

Dawno, dawno temu (2008 rok) pisałem na Katedrze.nast:

A tak mi się marzy wydawnictwo, które zacznie wydawać tłumaczenia z fantasy nieanglosaskiej. (...) Czy np. we Francji, Włoszech, Skandynawii, Niemczech, na Węgrzech nie czeka jakiś Sapkowski do odkrycia dla polskiego czytelnika? Jestem bardzo ciekawy tamtejszej fantastyki. Przecież ktoś tam musi pisać, nie wierzę, że fantastyka to domena Anglosasów i Słowian.

Więc ogłaszam: mamy „jakiegoś” Sapkowskiego. Nie z Francji, nie z Włoch, nie z Niemiec, a z maleńkiej Estonii. Człowiek, który znał mowę węży to dla mnie książka fantastyczna nr 1 na polskim rynku AD 2020.

Gorsza sprawa z wydawnictwami, bo Kivirähka wydało chyba niewielkie, raczej regionalne i przy wsparciu ambasady estońskiej – żaden z polskich potentatów nie odkrył tej perełki. Więc to raczej pojedynczy strzał, a nie polityka wydawnicza.

Kivirähk w Estonii, a może i na Łotwie ma status żyjącego klasyka. Jedna z jego książek w samej Estonii sprzedała się w nakładzie 32 000 egzemplarzy. Estończyków jest ok. 972 587 (niecałe siedemdziesiąt procent mieszkańców Estonii – pozostali to głównie Rosjanie). Z tego wynika, że książkę Kivirähka kupiło 3,3 procent Estończyków – u nas analogiczna sprzedaż wynosiłaby prawie milion trzysta tysięcy sztuk!

W Polsce znany był już wcześniej, ale jako autor literatury dziecięcej. Późne odkrycie dla polskiego czytelnika jest dość dziwne (albo symptomatyczne – pokazujące słabość naszego rynku książki), bo Człowiek, który znał mowę węży, wydany oryginalnie w 2007 roku, wcześniej doczekał się przekładów na: angielski (w USA), czeski, łotewski, litewski, francuski (naliczyłem trzy wydania!), rosyjski, duński, holenderski, węgierski, hiszpański, niemiecki, turecki, a nawet na język seto, którym posługuje się zaledwie pięć tysięcy osób (Setu to żyjący na pograniczu Rosji i Estonii prawosławny ludek, posługujący się językiem z grupy ugrofińskiej).

To o książce. Tak była reklamowana we Francji (sensowny blurb):

Oto historia ostatniego z mężczyzn mówiącego językiem węży, jego siostry, która zakochała się w niedźwiedziu, jego matki kompulsywnie piekącej łosie, jego dziadka, który walczył bez nóg, wieśniaczki marzącej o wilkołaku, starca łowiącego wiatry, gada latającego w powietrzu, małpoluda wychowującego gigantyczne wszy, tytanicznej ryby znużonej światem i krzyżackich rycerzy przerażonych tym wszystkim...

To relacja z końca starego świata. Jest to dość baśniowa opowieść (acz nie jest to baśń dla dzieci!), więc realia nakreślone nader oszczędnie, ale z grubsza wiemy, że akcja toczy się w XIII wieku, po podboju Inflant (Łotwy i Estonii) przez Niemców (konkretnie był tam zakon rycerski zwany Kawalerami Mieczowymi, który w 1237 roku zlał się do kupy z krzyżakami).

Stan przed podbojem (w rzeczywistości książkowej, bo nie w naszej): Estończycy żyją sobie w lasach, każdy zna mowę węży, która ułatwia chociażby polowania – bo wszystkie zwierzęta muszą być posłuszne poleceniom wydanym w języku węży. To wystarczy takiego łosia przywołać i ubić. Bezpieczeństwo leśnym ludziom zapewnia Wielki Gad – coś na kształt smoka. Kiedy tylko ktoś Estończyków napastuje, wystarczy, że zbierze się dziesięć tysięcy ludzi i wezwie Wielkiego Gada językiem węży – gadzina się budzi, przylatuje i robi porządek z agresorami.

Niestety, system nawalił, kiedy przybyli Niemcy. Wielki Gad się nie zjawił. Estończycy stanęli do bitwy, jednak odziani w skóry leśni ludzie nie mogli sprostać opancerzonym rycerzom. Skończyło się rzezią. Co gorsza, przegrali nie tylko leśni ludzie, ale też ich styl życia Coraz więcej z nich opuszcza las, zasiedla podlegające Niemcom wsie, zapomina język węży.

Klimat początkowo leśnej sielanki, z czasem zmienia się w ponury, przygnębiający – wszystko gnije, pleśnieje, rozpada się, pustoszeje. Ostatni leśni ludzie dziwaczeją.

Czegóż to nie mamy w tej powieści – jest baśń czerpiąca z tradycji ludów fińskich, jest Księga dżungli, są średniowieczne chansons de geste, są rubaszne opowieści z końca średniowiecza – renesansu (na wzór Dekameronu, Opowieści kanterberyjskich czy Życia Gargantui i Pantagruela). I jest kpina oraz protest wobec globalizacji, która ma wszystko „wyrównać” na wzór lewicowy (oczywiście pewne współczesne lewicowe absurdy nawet się Kivirähkowi nie śniły w 2007 roku, więc nie, nie ma o biologicznych mężczyznach z macicami).

Ale Kivirähk kpi też z drugiej strony – wsteczniaków. Trudno się nie roześmiać, kiedy małpoludy dochodzą do wniosku, że jaskinia jest zbyt nowoczesna i postępowa, więc przeprowadzają się na drzewo (razem z wszami, które hodują).

A to wszystko podane dowcipnie, ale bez osuwania się w heheszki. Raz Kivirähk inteligentnie i zabawnie się wyzłośliwia, by za chwilę rozbawić czytelnika właśnie takim rubasznym humorem (rozmowa o biskupach, homoseksualizmie i kastracji, albo ciągnąca się przez kilka stron dysputa o końskim gównie – mistrzostwo).

Ogólnie co do fabuły, to po kilkunastu stronach miałem pewne obawy – fajnie się czyta, ale to taka bajeczka będzie przez czterysta stron? Niesłusznie, jak mnie Kivirähk złapał, to nie puścił, aż nie skończyłem; połknąłem tę książkę na raz.

Jest to opowieść jednowątkowa, pierwszoosobowym narratorem jest tytułowy ostatni człowiek znający mowę węży – Lemmet. Świat obserwujemy oczami najpierw Lemmeta dziecka, potem młodzieńca, mężczyzny, wreszcie starca.

Jeśli miałbym do czegoś porównać tę książkę, to chyba najbliżej będzie Grendel Johna Gardnera. Ale – może teraz napiszę herezję – Człowiek, który znał mowę węży jest lepszy, chociażby o to poczucie humoru Kivirähka.

Mimo najszczerszych chęci, nie znalazłem w tej powieści słabych stron. Z wiekiem człowiek ma coraz mniejszą chęć na ponowne czytanie danej książki; być może szkoda już czasu na powtórki. Ale do Kivirähka wrócę, możliwe nawet, że dostanie u mnie status szwejkowski (Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej to książka, która u mnie zawsze leży pod ręką, często otwieram na chybił trafił i czytam).

Niniejszym wciągam Człowieka, który znał mowę węży do swojego kanonu fantasy. Parafrazując Gombrowicza: Koniec i bomba, kto nie czytał, ten trąba.

A wydawcę uprasza się o dokładkę – wincy Kivirähka. Tylko plisss, nie opaskudzajcie okładek tym idiotycznym meszkiem.

Aaaa, jeszcze coś – wypada docenić pracę tłumaczki, która świetnie sobie poradziła z książką z mało wszak popularnego u nas języka.

OCENA: 10/10.

A. Kivirähk, Człowiek, który znał mowę węży, tłum. A. Michalczuk-Podlecki, wydawnictwo Marpress, 2020, stron: 412.


***
Przegląd okładek ze świata:

Estonia i Setu

Francja x 3. Zdaje się, że to wydanie miękkookładkowe, twardookładkowe i kieszonkowe. We Francji powieść Kivirähka była nominowana do nagrody za najlepszą powieść tłumaczoną w 2014 roku

USA i Niemcy

Łotwa i Litwa

Holandia i Dania

Węgry i Czechy

Rosja i Hiszpania

Turcja



18 komentarzy:

  1. Dobrze, że jest na Legimi, już na półkę wrzuciłam, co by przeczytać. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro tak zachwalasz, to na pewno wezmę. Rzadko na seczytam widać tego rodzaju zachwyty :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko stylem to nie jest Sapkowski - poziomem tak. Ogólnie, jak pisałem, najbliżej tej książce do "Grendela" i może nieco do T.H. White "Był sobie raz na zawsze król" (zwłaszcza do dwóch pierwszych części).

      Usuń
  3. Ooo, muszę się zainteresować bliżej - zgadzam się z Istimorem - rzadko się zachwycasz, więc to musi być COŚ :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest COŚ. A Marpress chyba ma zamiar brnąc dalej w fantastykę, bo jak się dowiedziałem, mają teraz w planach powieść Paavo Matsina "Gogoli disco". To trochę SF, trochę dystopia, trochę historia alternatywna, trochę fantasy, to wszystko podlane sporą porcję humoru.

      O co chodzi - mamy nieodległą przyszłość, w której carska, acz przypominająca też komunistyczną, Rosja podbiła Estonię. główne miasta, czyli Tallin i Tartu leżą w ruinie, Estończycy zostali deportowani. Na ich miejscu mamy ludzi o imionach rosyjskich, w tym... zmartwychwstałego Gogola.

      Estoński krytyk literacki Peeter Helme, bohaterów "Gogoli disco" nazwał: blatnointeligencją. Co to jest inteligencja, każdy wie, a blatno - to od rosyjskiego słowa "blatnoj" oznaczającego przestępczą elitę (dawnej przestępczości, mającej swój kodeks honorowy, swoją gwarę itd.). Ważną rolę wśród nich odgrywali tzw. wory w zakonie, a o nich artykuł Przechrzty:
      https://www.konflikty.pl/historia/publicystyka-i-wywiady/wory-w-zakonie-rosyjskie-wiezienia-i-tatuaze/


      Pewnie Paavo Matsin wyjdzie w tej samej serii co Kivirähk, czyli serii "Bałtyk". Warto zapoznać się z ta serią:
      https://sklep.marpress.pl/kategoria-produktu/baltyk/?v=9b7d173b068d

      Na razie niewiele pozycji, ale pewnie się rozkręcą :) W każdym razie, mnie cieszy, że jest wydawca, który sięga po 1. po fantastykę z dość egzotycznych rejonów, po 2. fantastykę wyższych lotów, niekoniecznie nastawioną na sukces komercyjny.

      A fantastyką "zalatują" też książki wydane przez nich w serii literatura obca, o te czeskie:

      https://sklep.marpress.pl/produkt/siedem-rozdzialow-z-zycia-vaclava-netusila/?v=9b7d173b068d

      https://sklep.marpress.pl/produkt/corvina-czyli-ksiazka-o-krukach/?v=9b7d173b068d

      czy ta rumuńska:
      https://sklep.marpress.pl/produkt/kocie-opowiesci/?v=9b7d173b068d

      Coś mi mówi, że je nabędę :D

      Usuń
  4. Bardzo interesująca książka, i wygląda na to, że idealnie w Twoim stylu - inteligentna i prześmiewcza ;) Zapisuję na listę do przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno warto. A ja już czekam na następną ich książkę - kolejne ugro-finnish fantasy, tym razem z Laponii: "Polowanie na małego szczupaka" Juhani Karila.

      Tak to opisuje redaktor naczelny wydawnictwa Fabian Cieślik:
      >Tym razem fińska Laponia i kryminał/baśń/thriller/powieść drogi obsypane nagrodami "Polowanie na małego szczupaka" Juhani Karilego w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka!<

      I z fanpage tłumaczy z fińskiego:
      >Główną jej bohaterką jest przyrodniczka Elina Ylijaako, która wędruje przez dziką Laponię w poszukiwaniu tytułowego gatunku ryby. Za nią zaś podąża policjantka Janatuinen, podejrzewająca kobietę o morderstwo. Dwójka wkracza do fantastycznego, pełnego magicznych stworzeń, świata z lapońskich wierzeń ludowych. (...) W powieści pojawia się postać Leszy, która mówi po polsku(!). Sam autor pisząc książkę inspirował się grą „Wiedźmin 3”<.

      Jak podaje wydawca, książka wyjdzie w czerwcu.

      Usuń
  5. Zapowiada się nieźle, zapiszę sobie, ale czemu ta polska okładka jest taka paskudna :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee tam, nie jest paskudna, tylko ascetyczna. W całej serii są okładki w tym stylu.

      Usuń
  6. Gdybym miała polecać kogoś do tłumaczenia z tych mniej znanych literatur, to byłby to włoski pisarz Francesco Barbi, autor fantastycznej dylogii „L'acchiapparatti” i „Il burattinaio”. Dobrze napisane, głόwne postaci (garbaty grabarz i miejscowy wariat-szczurołap) ciekawie opisane, interesująca sceneria (klimaty średniowieczne), język bogaty acz trzymany w ryzach, a autor zdaje się wierzyć, że czytelnik nie jest głąbem. Niby historia nie jest odkrywcza (kompania prostaczkόw rusza na poszukiwania tajemniczego diademu, a trafia na okrutnego potwora), ale wszystko trzyma się kupy i wciąga, przede wszystkim dzięki pogłębionej psychologii bohaterόw, a do tego ta sugestywna sceneria! Brud, smrόd i ubόstwo -witamy w Tilos!;)
    Jak ktoś ma możliwość przeczytania w oryginale, to polecam, bo przetłumaczono to chyba tylko na holenderski i słyszałam, że to kiepski przekład.

    Dziękuję za blog, to kopalnia rόżnorakich informacji. Szukam Kivirähka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Francesco Barbi<

      A kto to u nas wyda... Pewnie nikt. Sam czekam od lat na wznowienie Buzzatiego "Sześćdziesiąt opowiadań" - to już 15 lat od wydania I, na allegro jeśli w ogóle się pojawia, to za kosmiczne pieniądze - dziś jedna oferta za jedyne 120 zł.

      A Ty tłumaczysz z włoskiego?

      Usuń
    2. Czasami tłumaczę (drobne rzeczy), ale Barbi to za wysokie progi na moje krόciutkie nogi;)

      Usuń
    3. Szkoda, bo czasem to tłumacz musi wydawcę zainteresować książką. Szukałem u Ciebie na blogu i nic nie widzę o tym Francesco Barbi. Cóż, opis mnie zainteresował, ale ciekawości pewnie nigdy nie zaspokoję...

      Usuń
  7. Chyba kupię tę książkę :) Miałam na nią oko już wcześniej, bo słyszałam niemal same pochwały na jej temat.
    Ciekawe, czy przetłumaczą najbardziej znaną książkę Kivirahka - "„Rehepapp ehk november”. Opis wygląda obiecująco. Na jej podstawie powstał ponoć dobry film - "Listopad", estoński kandydat do Oscara z 2018 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jest chyba przetłumaczona. Jakoś jesienią ma wyjść. W dużym wydawnictwie, ale na razie nie mogę powiedzieć, w którym - obiecałem, że zachowam dla siebie. A jak chcesz obejrzeć film, to wiem skąd ściągnąć z lektorem :)

      Usuń
  8. Wow, jak fajnie! Super, że ukaże się u nas tak szybko po poprzedniej książce :) A właśnie dzisiaj zamówiłam "Człowieka, który znał mowę węży". Nie da się ukryć, mam spore oczekiwania ^^ I zastanawiam się, ile takich perełek kryje się w krajach, w których mówi się mało popularnymi językami -.-
    Odnośnie filmu - dzięki, ale ostatnio malutko oglądam :/ Chciałabym oglądać więcej, ale nie chcę męczyć oczu (w pracy też sporo czasu spoglądam na ekran komputera). Zgłoszę się może, jak będę mieć więcej wolnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie sporo takich perełek. Ale mnie cieszy, że Marpress idzie w kierunku estońsko-fińsko-lapońskim. Bo to ludy w ogóle nieindoeutopejskie, więc ich podania, mity, folklor są dla nas bardzo egzotyczne (choć ociosane przez tę samą maszynę w postaci chrześcijaństwa).

      Mam nadzieję, że ktoś wyda u nas najlepiej sprzedającą się w Finlandii książkę AD 2020, czyli Ilkka Remes „Kotkanpesä” („Gniazdo orła”). Z opisu wnioskuję, że to taki fiński "Człowiek z Wysokiego Zamku" lub fińska "Brunatna rapsodia". Opis:

      Niemcy wygrały wojnę. Finlandia jest wzorowym uczniem ekofaszyzmu. Ale nadciąga burza ...

      Jesienią 2020 roku Erika Manner musi znaleźć szpiega CIA w Berlinie - w przeciwnym razie zostanie stracona.

      Niemcy inspirują rasowe zamieszki w USA, co stawia Amerykę na krawędzi wojny domowej. Jednocześnie Niemcy forsują własnego kandydata na prezydenta USA.

      Oczywiście nie bez powodu - bo Ameryka wspiera niemiecki ruch demokratyczny, który bliski jest obalenia rządów nazistów.

      Usuń