Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 lutego 2026

Jen Williams, Bezsenni

Sięgnąłem po tę pozycję nieco przypadkowo. Ot, zastanawiałem się czy wejść w inny cykl Joe Williams (zaczęty powieścią Dziewiąty deszcz). Zastanawiałem, bo autorka nieznana mi, na papierowe niedoczytane półkowniki miejsca już nie mam, ebooki masakrycznie drogie, a w okolicznych bibliotekach nie było.


Ale byli Bezsenni, okładka przyciągająca – od razu nasunęła mi okładkę do Zatrutego kielicha Bennetta, który bardzo przypadł mi do gustu (jak się okazuje, obie ilustracje są autorstwa Toma Robertsa). Odpaliłem w telefonie opinie – też wskazywały na pewne podobieństwo do powieści Bennetta. To na sprawdzenie autorki wypożyczyłem Bezsennych (a kiedy już czytałem, pojawiła się w Świecie Książki promocja na ebooki Dziewiątego deszczu, chyba krótka, bo już nie ma, ale kupiłem za 14,90 zł).

Jak wyszło w praniu? Przyzwoicie, choć nie jest to poziom wspomnianego Bennetta. I gatunkowo też coś odmiennego, bo Zatruty kielich nie jest fantasy, raczej biopunkiem, a Bezsenni to powieść dla młodzieży stojąca na pograniczu fantasy i baśni.

Choć to nie biopunk, też mamy dziwną przyrodę, czy raczej tylko niektóre istoty. W panteonie świata Williams jest bogini Królowa Węży, która zmienia „normalne” istoty w dziwotwory. Właśnie jej produktem jest jedna z pierwszoplanowych bohaterek – Elver. To młoda kobieta, która miała być złożona Królowej Węży w ofierze, jednak bogini uznała, że warto ją zostawić przy życiu – zamieniła jej krew na swój jad i tak powstał dziwotwór, którego dotknięcie może zabić.

Drugim pierwszoplanowym bohaterem jest Artair – młody mężczyzna, także dziwotwór, choć wyjątkowo nie jest dziełem Królowej Węży. Jest jednym z Bezsennych, czyli człowiekiem, w którym jakby zamieszkał demon; jeśli Artair zaśnie, demon przejmie władzę nad jego ciałem i będzie robił to, co demonom najlepiej wychodzi – rzeź. Dlatego chłopak spać może tylko w swojej klasztornej celi, na noc zamykanej na cztery spusty.

I wtedy na powierzchnię wypłynęło jedno z jego wspomnień, powracające uparcie od lat: unoszący się w powietrzu zapach duszącego dymu i posmak płonących tkanek… Artair ochlapał twarz zimną wodą, chcąc odpędzić od siebie te myśli.
– Czujność to podstawa – wymamrotał.

Wężowa Bogini nie jest jedynym bogiem tego świata, innym jest potężny, lecz niezbyt bystry Krwawy Szpon, którego kapłanka, Matka Maura, coś knuje. Tak, zgadliście – Elver i Artair muszą ją powstrzymać. Tak, znowu zgadliście, w powietrzu wisi romans. Może nie jest to aż romantasy, romans nie jest sednem fabuły, jednak ten element jest dość schematyczny, typowy dla młodzieżówek – trójkącik: niby ciągnie ją do dobrego, ale i na tego złego łypie okiem i już widzi szansę naprawienia go.

Jak pisałem, jest to na pograniczu fantasy i baśni, więc nie można oczekiwać bardzo skomplikowanych bohaterów – mimo trudniej przeszłości i teraźniejszości, są to istoty dość prosto zbudowane.

Do tego autorka rozłożyła przed nimi czerwony dywan, który jak najbardziej mieści się w baśniowej logice. To jak bohater, któremu król zlecił wycięcie lasu w jeden dzień, „przypadkowo” spotyka Wyrwidęba, a ten bez namysłu do niego dołącza; następnego dnia bohater ma zniwelować górę i sytuacja się powtarza, tym razem z Waligórą; trzeciego dnia ma dostarczyć list na drugi kraniec kontynentu, i co za zdarzenie: przypadkowo spotyka Pędziwiatra, który też bez namysłu wykonuje za niego zdanie. Właśnie takie „przypadki” moszczą szlak bohaterom Williams.

Mimo tego, jakoś się to czyta. Mnie pewne uproszczenia wynagrodził oryginalny świat powieściowy, system magii, który może jest wzorowany na typowych dla gier RPG, ale jednak wyszedł dość ciekawie, no i dziwotwory Królowej Węży. A także to, co już w logice baśni się słabo mieści, czyli próba wyjaśnienia czym kieruje się Matka Maura. I jeszcze najciekawszy z bogów – Trik (tu już imię wskazuje, że to kuzyn Lokiego, kolejny trickster). Trochę humoru. Ooo, całkiem dużo zebrało się elementów, które spodobały mi się.

To jeszcze jeden, drobiazg, trochę fanserwis: widać, że tłumaczka czytała Kajka i Kokosza, bo pewnie stąd wzięła polskie imię dla boga Opoja. Natomiast nie używałbym słowa „sędzina” na określenie kobiety-sędzi (sędzina to żona sędziego).

Język, jak to w przypadku baśni i młodzieżówek, bardzo prosty, ale nie prostacki.

W moim przypadku, Bezsenni sprawdzili się jako „zachęcacz” do nabycia Dziewiątego deszczu, który ma być powieścią dla dorosłych. Gdybym był nastolatkiem, to pewnie wyceniłbym na 8/10, może nawet na 9/10, ale jestem ciut starszy, więc:

OCENA: 6/10.

J. Williams, Sleepless Duology, t. 1: Bezsenni, tłum. E. Ładuch, wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2025, stron: 336.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz