Łączna liczba wyświetleń

środa, 15 lipca 2026

H. Paul Honsinger, Man of War, t. 1-3

Taka sobie opowiastka, jak na oficynę Drageus (bo w ich edycji czytałem) całkiem nieźle, ale wiadomo, że ten wydawca rzuca na rynek powieści prezentujące poziom selff-publishingu – nietrudno być orłem w towarzystwie Larsona, Currie czy Webba.


Najbardziej podobała mi się pierwsza mniej więcej połowa pierwszego tomu; paradoksalnie, jeszcze nie była to militarna science fiction, raczej space opera w stylu Star Treka – życie codzienne na okręcie, dużo problemów medycznych.

Głównym bohaterem jest Max Robichaux, z pochodzenia Cajun (to potomkowie francuskich kolonistów z amerykańskiej Luizjany), młody człowiek, przed trzydziestką. Tak zajebisty, że Honorcia Harrington z cyklu Webera nawet nie ma podjazdu (a dotąd myślałem, że to właśnie Honorcia jest szczytem marysuizmu). Max dość przypadkowo zostaje dowódcą kosmicznego niszczyciela – przejmuje po poprzedniku najgorszą załogę we flocie Unii, błyskawicznie przerabia ją na najlepszą, po czym leci wygrzmocić zadki szczurowatym Kragom. Oczywiście wygrzmaca i to w sposób nader spektakularny. Do tego pozyskuje Unii sojuszników w całej galaktyce (bo wszyscy, poza szczurowatymi oczywiście, kochają naszego bohatera).

Za Maxem stoi załoga złożona z takich samych ideałów, szczególnie idealny jest lekarz Ibrahim Sahin, jak widać po imieniu, muzułmanin – geniusz medycyny i dyplomacji, do tego znający z pięćset języków (jestem w stanie rozmawiać z praktycznie każdym człowiekiem i z większością obcych w tej części wszechświata, do której się udajemy).

Wrogowie, naturalnie, to typy o czarnych podniebieniach – Kragowie gorsi od nazistów i islamistów (nieprzypadkowo o nich wspomniałem, bo szczurowaci zaatakowali ludzi z pobudek... religijnych), ludzcy „przeszkadzacze” skrajnie głupi.

Wszechświat przedstawiony. Ludzkość skolonizowała masę planet, podzieliła się na kilka kosmicznych imperiów. Podziały polityczne są radośnie niemądre, np. w tej wspomnianej Unii są – wnioskując po składzie załogi – Amerykanie, Brytyjczycy, Polacy, Koreańczycy, Chińczycy, Mongołowie, Japończycy, Turcy czy Ruski, ale z nieznanych przyczyn własne kosmiczne imperium zbudowali... Włosi (to się powinno nazywać: Empire Bordello Bum Bum).

To polski czytelnik polubi: w powieści mamy kilku bohaterów, którzy są albo Polakami pewnymi, jak Kleszczyński (Widząc konsternację dowódcy, przeliterował nazwisko. Max spojrzał w sufit, jakby tam szukał pomocy) lub domniemanymi – z nazwisk można tak wnioskować, np. chorąży Amborski czy kapral Piotr Bromkowski. Do tego mamy chyba polską planetę, w każdym razie jest Świat Polski.

Cykl własnie wznawia Starship – imprint wydawnictwa Axis Mundi. Na razie wydali dwa tomy, trzeci zapowiedziany na 14 września 

W galaktyce ludzie napotkali inne „rasy” – ich nazwy, oczywiście, zapisywane są niepoprawnie wielkimi literami (no sami zobaczcie jak to kretyńsko wygląda: Martwi ludzie i Krag leżeli na całym korytarzu). Są to np. Vaaach przypominający przerośnięte (ponad czterometrowe) misie koala, Pfelung wyglądający nieco jak sum z krokodylimi nóżkami czy wspomniani szczurowaci Krag.

Przodkiem każdego z gatunków było jakieś dzikie zwierzę. Krag pochodzili od gryzoni, Vaaach od drapieżnych leniwców, zaś Pfelung od przydennych ryb dwudysznych. Co czyniło pochodzenie od małp tak śmiesznym? Nikt nie rozpoczynał rozmowy z Pfelung od stwierdzenia, że jego babka smakowała wspaniale, grillowana w mące kukurydzianej.

Te rasy nie są aż tak naiwne, jak u Larsona, ale z jakiego powodu przypominają ziemskie zwierzęta? Przynajmniej w przypadku Kragów jest to wyjaśnione (być może w przypadku innych „ras” też by było, ale cykl nie został ukończony i już nie będzie).

Z nieznanych powodów polski tłumacz i polski redaktor (pisarz Rafał Dębski!) uznali, że odmienianie nazw owych ras jest niepotrzebne. Nie wiem jak Wam, ale mnie to przeszkadzało w lekturze: jednostki Krag (zamiast Kragów), pchnął Krag (zamiast Kraga), Krag zdołają (zamiast Kragowie), bohaterowie wojny z Krag (zamiast z Kragami)... To może w ogóle w Drageusie nie odmieniajcie rzeczowników, będzie fajnie – Kali chcieć krowa, Kali mieć krowa.

Pominąwszy marysuizm i czarno-białych bohaterów, jakoś to się czyta, ale z wyłączeniem dania głównego, czyli kosmicznych bitew. Niestety, opisy tego, jak Max wygrzmaca tyłki szczurowatym, są nudne ponad wszelkie wyobrażenie (skomplikowane jak plany Kojota na upolowanie Strusia Pędziwiatra, niepotrzebnie rozdęte, naszpikowane pseudotechnicznym bełkotem i w gruncie rzeczy głupkowate, bo autor rozwinął przed unijnym niszczycielem czerwony dywan – na zasadzie: jak „nasi” strzelają, to zawsze trafią, ale jak tamci strzelają, to zawsze spudłują). Lepiej wychodzą starcia na broń białą – tak, w kosmosie walczy się szablami i toporami (co nawet ma jakiś sens – podczas abordażu strach używać broni palnej, bo jakiekolwiek przebicie kadłuba czy uszkodzenie istotnej części mogłoby się skończyć wyparowaniem tak atakowanych, jak i atakujących).

Mnie w lekturze przeszkadzała jeszcze widoczna, niezdrowa fascynacja autora systemami totalitarnymi – nazizmem i islamem. Przykładowo, myśliwce walczą w szyku sprawdzonym przez Luftwaffe nad Polską i Francją. Albo, wyjątkowo lubianą przez Maxa postacią historyczną jest Wernher von Braun – naukowiec i nazistowski zbrodniarz wojenny, który, co prawda, miał wielkie zasługi dla Amerykanów (po upadku III Rzeszy został wywieziony do USA i był czołowym współtwórcą programu kosmicznego), ale jego miejsce było raczej przed trybunałem w Norymberdze.

Komuś może jeszcze przeszkadzać brak kobiet – chyba tylko jedna pojawia się i to bardzo epizodycznie (podczas wizyty na planecie arabskich Rashidian, kawę przynosi piękna dziewczyna). Ma to jednak uzasadnienie w powieści – Kragowie załatwili ponad połowę kobiet bronią biologiczną, co więcej: te, które zachorowały i przeżyły, są bezpłodne. Więc jeśli ludzkość ma przetrwać, to kobiety, które nie zetknęły się z wirusem, muszą zająć się życiem rodzinnym, a nie służbą wojskową (dlaczego ze służby zostały wykluczone te bezpłodne po przejściu choroby – pojęcia nie mam).

Co miłe: tym razem tłumacz starał się przełożyć stopnie marynarki kontekstowo (a nie na zasadzie „bo mnie się kojarzy”), ale przy tym trochę zagmatwał.

Czy warto to czytać... Jeśli macie wielką chęć na militarną space operę, a nic lepszego nie znajdziecie, to na pewno lepiej wziąć do ręki dzieła Honsingera niż pozostałych anglosaskich „gwiazd” Drageusa. Tylko poza tym, że jest to w gruncie rzeczy dość słabe, to jeszcze niedokończone. Autor w trzecim tomie zostawia czytelnika z paskudnym cliffhangerem. Ciąg dalszy miał być (Autor planuje kolejne przygody tych bohaterów, które znajdą się w trylogii Flames of War – taka jest informacja w chyba trzecim tomie). Niestety, „jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach” (podobno to Milana Kundery) – w 2020 roku, mając zaledwie sześćdziesiąt lat, Honsinger zmarł na COVID.

Wcześniej z tego cyklu opublikował jeszcze opowiadanie (chyba spin-off), mikropowieść (prequel) i powieść (też prequel), ale tego po polsku nie mamy (może wyda je Wydawnictwo Starship, które przejęło tego autora po Drageusie?).

Części cyklu, które nie zostały wydane w Polsce

I to jest cały dorobek literacki tego pisarza, bo skończył wcześnie, za to zaczął późno (wcześniej był adwokatem, pierwszą książkę wydał mając pięćdziesiąt trzy lata).

OCENA: 5/10.

H. P. Honsinger, Man of War, t. 1: Wezwał nas honor, tłum. J. Łyżwa, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2014, stron: 624.

H. P. Honsinger, Man of War, t. 2: Honor to my, tłum. J. Łyżwa, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2015, stron: 558.

H. P. Honsinger, Man of War, t. 3: Bracia w chwale, tłum. J. Łyżwa, wydawnictwo Drageus Publishing House, Warszawa 2015, stron: 400.

3 komentarze:

  1. Czyli pochwały tego cyklu przez Przybyłka na Pyrkonie to były działania promocyjne(Przybyłek jest redaktorem prowadzącym wyd. Starship), nie związane z jakością samych książek. Dobrze wiedzieć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A chwalił też cykl Starship (od którego chyba się nazwali) Resnicka? Bo to też takie sobie, lepsze od Honsingera, ale cudów nie ma - jak na Resnicka to słabo (za to zawsze polecam jego cykl opowiadań Kirinyaga, który mamy prawie w komplecie po polsku - brakuje tylko najnowszego opowiadania, z 2008 roku, bo polski zbiór wyszedł dziesięć lat wcześniej).

      Mam wrażenie, że wydawnictwo Starship ma być konkurencją właśnie dla Drageusa - może trochę lepszym Drageusem, bo jednak Honsinger to stany wyższe Drageusa, a Resnick chyba poza jego zasięgiem.

      Ale gdybym miał im coś podpowiedzieć, to np. Marko Kloos - Fabryka Słów nie wydała go w komplecie, a w ubiegłym roku puścił jeszcze coś z Frontlines (ale nie wiem czy to byłoby atrakcyjne dla czytelnika militarnej SO, bo forma - epistolarna) i wciąż na polskiego wydawcę czeka kolejny cykl w akcją w tym samym uniwersum (trylogia, na razie są dwa tomy, trzeci ma wyjść w grudniu).

      Poleciłbym też takiego autora, jak nieco już w Polsce zapomniany Harry Turtledove - on tworzy głównie militarną fantasy, ale i SF się znajdzie: czterotomowy cykl zapoczątkowany wydaną też u nas powieścią "Wojna światów. W równowadze". Z tym cyklem mam jednak pewien problem - Obcy atakują Ziemię podczas II wojny, cała ludzkość jednoczy się przeciwko nim. No i w tych okolicznościach przyrody ci "dobrzy" to m.in SS i NKWD... Może w USA to tak nie szokuje, ale "Tu jest Polska" :D Ale chyba mimo tego defektu, chciałbym to przeczytać do końca.

      Usuń
    2. Nie, nie chwalił.Ogólnie była to prelekcja "Hard SF kontra soft SF: nauka czy emocje górą?" Gośćmi byli Przybyłek, Rafał Kosik i Magdalena Salik. Na starcie cała trójka stwierdziła, że założona teza jest błędna, bo jedno nie wyklucza drugiego. Później punktowali głupoty w różnych znanych książkach i chyba Kosik stwierdził, że w wielu książkach hard-sf to "hard" dotyczy głównie nauk ścisłych, nie uwzględniając ekonomii, lub psychologii, na co Przybyłek stwierdził, że w cyklu Man of War wszystko to jest uwzględnione i że szczerze poleca.

      Usuń