Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 20 października 2026

Michał Organiściak, Poławiacze sunu

Czytając to miałem przed oczyma pierwszy kadr komisu „Wyprawa” Jeana Van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego z tekstem: Witaj wesoła przygodo! Powieść Organiściaka zaczyna się nawet fajnie, ale potem jest już tylko coraz gorzej. Lekko napisane nic, dodatkowo na minus obrzydliwa i niepotrzebna scena zoofilska. Gdybym miał określić tę książkę jednym słowem, to użyłbym: niedojrzała.


We wszystkich recenzjach jest to powtarzane, ale skoro się z tym zgadzam to też napiszę: klimat trochę podobny do Piratów z Karaibów. Prosta, lekka, awanturnicza przygodówka – marynistyczna fantasy. Początkowo czytało się dość dobrze, bo autor na poziomie zdania, akapitu, nawet rozdziału jest dość sprawny. Niestety, patrząc całościowo, nie bangla – miałem odczucie, że mam do czynienia z jednostajnym techno (umcy umcy umcy umcy).

Świat może byłby interesujący, gdybyśmy zobaczyli ciut więcej. W każdym razie mamy technologię odpowiadającą naszej z okresu wczesnonowożytnego; są żaglowce, pistolety, muszkiety, działa. Jest magia, a jednym z jej źródeł jest tytułowy sun – narkotyk pozyskiwany z koralowców, które, jak wiadomo, rosną pod wodą. Marten Duvallet jest nawigatorem na okręcie i jest „ćpunem” uzależnionym od sunu, choć wielkich mocy magicznych to on nie ma. Jego brat, Cobar jest studentem. Powieść zaczyna się od dwóch podobnych scen – najpierw Marten ma problem z mężem swojej kochanki, potem Cobar ma problem z ojcem swojej kochanki. Cobar musi uciekać i co za zbieg okoliczności – akurat w miejscowym porcie zacumował okręt jego brata (takich zbiegów okoliczności pchających fabułę jest masa).

Bohaterów sporo, tylko, niestety, wszyscy prości, a na dodatek infantylni – mentalność dwunastolatków, no góra piętnastolatków. Autor każdego obdarzył jedną cechą (Cobar jest głupi – w zamyśle pewnie miał być tylko nieodpowiedzialny, Marten zmartwiony – swoim nałogiem, głupotą brata itd. itp.). I w koło Macieju: Cobar robi coś głupiego, Marten się wkurza i martwi, a ostatecznie głupota młodszego brata skutkuje czymś pozytywnym.

Do tego postaci zachowują się często absurdalnie. Cobar (wiele Wam nie zdradzam, bo to sam początek) chce dostać się na okręt, na którym służy jego brat. Spotyka marynarzy z tejże jednostki – co w takiej sytuacji nakazuje zdrowy rozsądek? Po prostu powiedzieć owym marynarzom prawdę: „mój brat służy na waszym okręcie, nazywa się tak i tak, muszę się dostać na pokład, żeby mu przekazać coś ważnego”. Co robi Cobar? Opowiada jakąś kretyńską bajeczkę, że chce się zaciągnąć do floty. Marynarze biorą go do łodzi, po czym już płynąc, zabierają mu kasę i wywalają do wody. Czy wtedy Cobar im mówi prawdę? Ależ skąd – wpław dociera do okrętu i wdrapuje się na pokład po linie. Tak, niezbyt krzepki studenciak-imprezowicz, w ciuchach obciążonych wodą, po przepłynięciu sporego dystansu, wspina się po około pięciometrowej linie. Ale to nie koniec cobarei – tuż przed burtą okrętu spada z powrotem do wody, po czym... jeszcze raz się wspina. Na konkurs Iron Mana go!

Ktoś może rzec, że taki wdzięk przygodówek, ale w wykonaniu Organiściaka nie ma to uroku Jacka Sparrowa. Być może dlatego, że humoru co kot napłakał i nie dlatego, że autor go nie używa. Jak najbardziej, nie waha się go użyć, tylko mnie jakoś nie bawią powtarzane suchary typu „Orki nie są rybami, to ssaki” (powtórzone chyba czterokrotnie, a nie śmieszyło już za pierwszym razem). Nie znalazłem w tej powieści ani jednego zabawnego żartu.

Jak wywalicie z Piratów z Karaibów elementy komediowe i stronę wizualną, to co zostanie?

Do tego miałem wrażenie, że powieść jest pozszywana z elementów z innych dzieł. Nie tylko z Piratów z Karaibów. Narkotyk jako źródło magii (daleko nie szukając, książki, o których pisałem: Trylogia Magów Prochowych Briana McClellana czy cykl jadeitowy Fondy Lee). Sporo elementów z pierwszego tomu cyklu Kane Karla Wagnera (państwo wyspiarskie, na jednej z wysp rządzi kobieta władająca magią, która swoje czary uprawia w ogromnej jaskini; i chce zapanować nad cesarstwem, a prowadzić do tego ma zatrudnienie bohatera/bohaterów). Te elementy pozszywane w Poławiaczach sunu można mnożyć, ale wymieniając wszystkie właściwie streściłbym Wam powieść.

No i bobek na zakalcu... Kiedyś było takie powiedzenie, że najpopularniejszy w knajpie jest ten, który nasrał do fortepianu. Tylko nie wiem czy to jeszcze działa i czy działa na niwie literatury. A autor akurat „nasrał do fortepianu”. Bo tak odbieram tę scenę zoofilską. Michał Organiściak postanowił nam opisać, jak wygląda seks z syreną, a że strategiczne organy ma ona w części zwierzęcej... Cóż, jestem wdzięczny Sapkowskiemu, że ograniczył się do niezłego żartu w miejsce prymitywnej dosłowności (Merle oznajmiła, że cała ta sprzeczka jest głupia i bezprzedmiotowa, i nie dotyczy prawdziwych zawodowców, którzy nie wiedzą, co to uprzedzenia, co ona jest gotowa natychmiast udowodnić za stosowną opłatą, choćby i ze smokiem Villentretenmerthem w naturalnej postaci. W ciszy, jaka zapadła, usłyszano medium płci żeńskiej, deklarujące, że może zrobić to samo za darmo).

Odradzam. Autor ląduje na mojej czarnej liście.

OCENA: 4/10.

M. Organiściak, Poławiacze sunu, wydawnictwo Fabryka Słów, Warszawa 2026, stron: 496.



Zob. też:


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz