Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 11 października 2026

Olaf Björn Loknit, Conan i pożeracze ciał

Po nieudanym Conanie Stirlinga jakoś nabrałem chęci na dobrą heroic fantasy. A żeby znowu nie wtopić, wytypowałem na kolejną lekturę ruskiego Conana autorstwa Jeleny Chajeckiej, której niefranczyzowa powieść bardzo mi się spodobała. Ale, jak widzicie, ostatecznie przeczytałem coś innego.


Po prostu wszedłem na ruskie forum o świecie Cymeryjczyka (nie tylko o samym Conanie, bo w Rosji dość popularny jest także spin-off – dorabiane przez tamtejszych twórców przygody Red Sonji). I znalazłem wątek, w którym bez krępacji wrzucają całe paczki pirackich ebooków. Tak, przyznaję się do zassania piratów, bo raz, że nikt nigdy tego w Polsce nie wyda, dwa, bo ruskie, a ruskiemu szkodzić to nie wstyd.

No i w tych ebookach, obok „normalnych” Conanów i Red Sonji, znalazłem coś ciekawego, cały cykl: Conan – Alternatywna Hyboria. Trochę zrobiłem karpia i tak myślę: co to, do jasnej córy Koryntu, jest? No i odpaliłem powieść, która niby miała być przyzwoita, a poza tym na forum była wymieniona jako pierwsza z tego cyklu (z paczki ebooków wynika, że wschodni autorzy natłukli około siedemdziesięciu alternatywnych Conanów).

Oczywiście, że autor, rzekomy Olaf Björn Loknit, nie jest żadnym wikingiem – to pseudonim ruskiego pisarza Andrieja Martjanowa, który tworzył (bo już nie żyje) Conany pod tym pseudonimem solo lub w spółkach autorskich (w tym przypadku wspomagała go Marina Kiżyna). Jeśli ktoś w „Loknit” dostrzegł anagram nazwiska Tolkien (w rosyjskim: Толкин – Tolkin), to nie jest od czapy. Teraz ciekawostka: mamy po polsku jednego Conana tego autora: Conan i karząca dłoń (siedemdziesiąty tom czarnej serii wydawnictwa Amber) – jednak z okładki tego się nie dowiecie, bo nasz wydawca uznał, że skandynawskie nazwisko nie przyciągnie czytelników, więc zmienił na pseudo-angielskie: Oscar Wocknitt.

Dokładniej alternatywnego Conana opiszę Wam w innej notce, bo geneza tegoż jest nader ciekawa, a tu krótko: to nie są przygody wychodzące jakoś drastycznie poza kanon, zmieniające Conana czy jego Erę Hyboryjską – to koncepcja multiwersum, czyli zasadniczo Conan siedzi u siebie, jednak czasami odwiedza inne światy.

Loknit akcję umieścił (nie wnikam w dzieła epigonów, tylko Howarda) po Szkarłatnej cytadeli a przed Godziną smoka. Czyli mamy Conana króla Akwilonii. I ktoś otwiera portal do innego świata, z którego wpełzają demony. Trochę podobne to do Malowanego człowieka Petera V. Bretta – demony w dzień się nie pojawiają, za to nocami atakują ludzi (ale poddani Conana nie mają run do obrony swoich domostw!).

Largo nie zdążył wpaść w panikę. Z ciemności wyłoniła się bestia, przypominająca bezwłosego wilka, o skórze pokrytej odrażającymi fałdami, i bezszelestnie rzuciła się na młodzieńca. Pod jej ciężarem Largo stracił równowagę i upadł na ziemię. Kapiąc śliną na twarz Largo i zionąc smrodem z paszczy, demon próbował dosięgnąć jego gardła.

Largo jest jedną z istotnych postaci, chyba najważniejszą z drugoplanowych. Głównego bohatera nie ma – dziwne, że w Conanie Conan nie jest głównym bohaterem... Ale jest pierwszoplanowym, jednak co najmniej tak samo istotny jest niejaki Vajd (rosyjskie Вайд powinienem transliterować albo po polsku jako Wajd, albo po angielsku jako Vayd, ale jakoś do Conana pasuje mi wersja pośrednia). Chyba nie jest to postać znana z dzieł Howarda, jednak był „etatowym” bohaterem powieści Loknita (na szczęście, autor przypomniał czytelnikowi co trzeba, żeby nie czuł się zagubiony). Krótko, Vajd pochodził z nizin społecznych, w młodości...

zarabiał na życie komponując sprośne, obsceniczne piosenki i wykonując je w marynarskich tawernach w pobliżu Targu Morskiego. A jego zacną matkę znała połowa męskiej populacji Dzielnicy Nadmorskiej i to właśnie jej cnoty – wysoce wątpliwe, zdaniem Vajda – pozwalały im wieść znośne życie.

Później Vajd dołączył do piratów, gdzie dorobił się pseudonimu „Szczurek”, służył pod kapitanem Conanem (Co Conan w nim lubił – nie mogę sobie wyobrazić! Ale śpiewał zabawne piosenki, naprawdę nas rozśmieszał...). Piraci, podczas poszukiwań starożytnych skarbów w dżungli, natknęli się na Labirynt.

Wiele tysięcy lat temu, w legendarnych czasach Acheronu, gdy bogowie wciąż stąpali po ziemi, jeden z nich, tak starożytny, że jego kult popadł już w zapomnienie, postanowił stworzyć dla siebie miejsce spoczynku. Bogowie, choć nieśmiertelni, są pod pewnymi względami bardziej bezbronni niż śmiertelnicy – bez czci tracą sens istnienia. Bóg zamknął się w grobowcu, jego ciało rozkładało się, duch odchodził do innych światów, a przez tysiąclecia grób zyskiwał świadomość, gdyż zgromadziło się w nim zbyt wiele mocy pragnącej ucieleśnić się w myśli. Tak oto w dżungli Darfaru powstał Labirynt.

Labirynt z zasady wykańczał wszelkich intruzów, ale w Vajdzie coś dostrzegł. I uczynił go swoim Mistrzem (a przynajmniej tak sądzi sam Vajd). Labirynt jest w stanie kontaktować się telepatycznie z Mistrzem niezależnie od odległości. Za jego sprawą Vajd zyskał ogromną magiczną moc. Po powrocie z wyprawy oczywiście wiedzie mu się we wszystkimi, z czasem sam zostaje kapitanem okrętu i to już nie pirackiego, tylko korsarskiego.

Sam Conan Loknita jest bardziej Conanem howardowskim niż wersja woke stworzona przez Stirlinga. Jednak (na ile pamiętam jeszcze oryginalne opowiadania Howarda) jest wersją pastiszową – jeszcze bardziej maczystowski niż u pierwotnego twórcy, furiat i brutal na poziomie groteskowości, właściwie chyba lekki psychopata (jak pokazała końcówka rozdziału dziewiętnastego), do tego nie jest to wybitny bystrzak. Zdaje się, że aż takich akcji u Howarda nie było:

Conan kilkakrotnie otwierał i zamykał usta, ale ostatecznie tylko splunął i gwałtownie się odwrócił, pozwalając, by gniew opadł. Vajd był zaskoczony zmianą w charakterze swojego kapitana. W dawnych czasach Cymmeryjczyk najpierw spuściłby porządne lanie Vajdowi – za to, że nie wywiązał się z powierzonego zadania, potem Angusowi – za to, że nie nękał go radą, a później komuś w pobliżu – ot tak, dla zabawy, żeby go zastraszyć – dopiero wtedy uspokoiłby się i zaczął szukać właściwego rozwiązania.

Odczucie pastiszowości zwiększa jeszcze jeden element, którego nie pamiętam z Howarda – Loknit wprowadza bohaterów, którzy albo są (Chepozus), albo bywają (Tao) komiczni.

Oczywiście wiemy, że Conan, Vajd i Largo będą musieli się spotkać i rozprawić z demonami. Wiadomo również, że za całą tą hecą stoi zły czarownik, bo to Conan, a w jego przygodach pióra epigonów z zasady takowy jest. Ponieważ to Alternatywna Hyboria, to wiemy, że odwiedzą też inny świat (tu mamy lekkie nawiązanie do kolejnego bohatera Howarda, także eksploatowanego przez wschodnich pisatieli – Kulla z Valusii). Wątków jest więcej, wszak Conan na tronie Akwilonii jest uzurpatorem, a na co komu władca, jeszcze samozwaniec, który nie potrafi obronić poddanych przed demonami?

Jak się to czytało. Przyznam, że całkiem nieźle, choć trochę na zasadzie guilty pleasure. Widać, że Martjanow ma doświadczenie (chyba nikt nie wie, ile książek napisał, bo choć znamy masę jego pseudonimów, to pewnie nie wszystkie) i jakiś talent – jego pierwsza powieść niefranczyzowa dostała w 1997 roku nagrodę Bolszoj Ziłant przyznawaną podczas Ziłantkonu, największego rosyjskiego konwentu (jakby nasz Pyrkon); można uznać, że Bolszoj Ziłant to prawie odpowiednik naszego Zajdla.

Ma ta książka słabe strony, elementy niewiarygodne. Przykładowo, dlaczego np. Diana od ręki zgadza się pomóc Vajdowi przeciwko swojemu... nazwijmy to: pracodawcy? Albo Vajd ma osobistego demona (jest magiem, więc powinien mieć chowańca). I teraz wyobraźcie sobie, że z tym swoim demonem, wyglądającym jak pies, pojawia się w krainie, w której demony robią rzeź. Jak sądzicie, jak mieszkaniec owej krainy zareaguje na demona towarzyszącego Vajdowi? O tak: – Na brodę Mitry – gadający pies! – wykrzyknął Largo z nieskrywaną radością. Radością? Naprawdę? Oczekiwałbym strachu, wściekłości, a radość to chyba ostatni pomysł, jaki przyszedłby mi do głowy... Jeszcze jeden taki element, nieco zabawny, skojarzył mi się z komiksami Marvela z lat osiemdziesiątych: wielki złol, zanim zabije wroga, musi najpierw wygłosić przemowę, puszyć się, dokładnie opisywać swoje motywy i zamiary.

Kiedy jest akcja, to czyta się naprawdę nieźle, ale kiedy mamy chwilę oddechu, to już tak różowo nie jest. Mnie trochę przeszkadzała też ta pastiszowość Conana. Gdyby autor zrobił go bardziej inteligentnym, a mniej narwanym – niektóre wątki można było ciekawiej poprowadzić (choć nie wiem, czy w duchu Howarda).

Bohaterowie są skonstruowani prosto, jednak w sposób zupełnie wystarczający jak na heroic fantasy, do tego każdy dostał cechę, która sprawia, że są „jacyś”, zapadają w pamięć, potem podczas lektury nie zastanawiasz się: „A ten, to kto to niby jest?”. Trochę zbyt duże tempo, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie – bohaterowie zakochują się i zaprzyjaźniają w mgnieniu oka, tak samo szybko wymazują poprzednie uczucia (notatka na gorąco, podczas czytania: relacje międzyludzkie na poziomie bajek czytanych dzieciom – wiadomo, że w heroic fantasy nigdy nie jest to wielce wyrafinowane, ale w tym przypadku jest słabo nawet jak na tę odmianę fantastyki).

Ciekawostka: jak Stirling kazał Conanowi rozważać konsekwencje seksu w postaci niechcianej ciąży, tak Loknit przypisał Cymeryjczykowi coś na kształt depresji, ale całkiem zgrabnie nam to wytłumaczył – mamy i impuls, który ten stan wywołał, i przyczynę jego trwania (jest jak lew zamknięty w klatce z hordami szczurów ... lew może walczyć z innym lwem albo tygrysem, ale nie ma pojęcia, co zrobić ze szczurami. Rozgniata je, lecz wciąż przybywają nowe). Naturalnie, depresja nie trwa długo.

Nie jest to powieść bardzo dobra, nie jest nawet dobra, to typowe – jak to nazywają Rosjanie – „końskie mięso” (objaśnienie w komentarzu), ale zaspokoiła chwilowo moje ciągoty ku heroic fantasy o wiele lepiej niż książka Stirlinga. Przeczytam pewnie też te Conany Chajeckiej, a może i sięgnę po kolejne książki Loknita, bo opinie z rosyjskiego forum budzą ciekawość (Conan i pożeracze ciał to podobno jedno ze słabszych dzieł tego autora).

Jeszcze w sprawie autorstwa. Z conanowskiego forum (nie widziałem oficjalnego potwierdzenia) wynika, że obok Martjanowa i Kiżyny w tym tomie palce maczał jeszcze Gerald Stark, co jest pseudonimem Wiktora Głumowa, co z kolei jest pseudonimem Kiriłła Starikowa (tak, pseudonim ma pseudonim!).

Kwestia formalna: ten tom w wydaniu rosyjskim zbiera dwie powieści: oczywiście Conan i pożeracze ciał Loknita oraz Zołotoj pawlin Sabatiei (Złoty Paw z Sabathei) niejakiego Chrisa Wainwrighta (nie wiadomo, kto się kryje pod tym pseudonimem). Złotego Pawia sobie odpuściłem, więc ocena tylko dla Loknita.

OCENA: 6/10.

O. B. Loknit, Konan i pożyratieli płoti, [w:] Saga o Konanie, t. 38: O. B. Loknit, Ch. Wainwright, Konan i pożyratieli płoti, wydawnictwo Siewiero-Zapad, Archangielsk 1997, str. s. 5-252 [cała książka ma 544 strony].


1 komentarz:

  1. Obiecane "końskie mięso" – nie wiem, czy twórczynią tego terminu nie jest wspomniana Chajeckaja, która użyła go (i objaśniła) w felietonie „Kocham Conana. Wspomnienia i refleksje”. Pochodzi to z „Trzech muszkieterów”. Dumas opisuje jak w pewnym momencie czterej muszkieterowie (bo jak wiemy, było ich trzech czyli czterech) popadli w poważny kryzys finansowy. A tu nieoczekiwanie Portos wyprawił prawdziwą ucztę – różne rodzaje mięsiwa itp. Cytat z Dumasa:

     – Czy wiecie, co my tu jemy? – zagadnął Atos po upływie dziesięciu minut.
     – Do licha! – odparł d’Artagnan, – ja mam cielęcinę, nadziewaną karczochami.
     – A ja comber z jagnięcia – rzekł Portos.
     – Ja zaś potrawę z drobiu – rzekł Aramis.
     – Mylicie się, panowie, wszyscy – odpowiedział z powagą Atos; – jecie koninę.
     – Co mówisz? – zawołał d’Artagnan.
     – Koninę!? – mruknął Aramis, krzywiąc się z niesmakiem.
     Portos milczał.
     – Tak jest, koninę. Nieprawdaż, Portosie, że to konina? A może z uprzężą?
     – Nie, panowie; uprząż zachowałem – odparł Portos.

    Jak widzicie, „końskie mięso” to symbol ubóstwa, maskowania biedy, podróbki, rzeczy udającej coś lepszego. Ruska definicja: »wyrażenie „końskie mięso” jest używane w przenośnym, ironicznym sensie do opisania niskiej jakości, produkowanej seryjnie i napisanej w sposób prymitywny literatury masowej«.

    Od owego „końskiego mięsa” (koniny) stworzono termin „Conanina” – tak Rosjanie zwą swoje Conany.

    OdpowiedzUsuń