Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 15 października 2026

Jędrzej Pasierski, Dom bez klamek

Może być. Nie widzicie entuzjazmu? I słusznie. Książka ma dobre momenty, niestety, ma też bardzo słabe – nie wszystko w niej jest wiarygodne, słaba kwerenda (czy jak to dziś nazywają z angielskiego: risercz), a do tego wychodzi warszawska słoma z butów.


Akcja zaczyna się w grudniu 2012 roku. W szpitalu psychiatrycznym zostaje zamordowany pacjent. Sprawę ma prowadzić trzydziestosiedmioletnia podkomisarz Nina Warwiłow. I dopóki dochodzenie kręci się wokół szpitala, jest całkiem nieźle; nie wiem czy realia szpitalne dobrze oddane (brak mi doświadczeń), jednak widać jakąś orientację autora w psychiatrii (w dobie internetu nie jest to wielka zasługa, ale czyta się przyjemnie).

Niestety, mam dużego zonka związanego z pochodzeniem Niny. Polscy autorzy często uznają, że polskie pochodzenie jest do dupy, więc próbują bohaterów uczynić światowymi przez domieszką obcej krwi (patrz choćby Luta Karbina Piotrowskiego, pół-Turczynka). No i Pasierski bohaterkę zrobił pół-Rosjanką. Bywa, są większe nieszczęścia.

Ale tu jest rzecz możliwa w teorii, jednak w praktyce niewiarygodna. Otóż ojciec Niny jest imigrantem ze Związku Sowieckiego, w Leningradzie pracował jako milicjant (nie był to „policjant z Petersburga”, jak napisał autor, bo w ZSRR był Leningrad i milicja), no i po przyjeździe do Polski też pracował w milicji, a potem w policji. I to mało prawdopodobne z obu stron.

Ze strony rosyjskiej – milicjantowi niełatwo byłoby wyjechać na stałe do innego kraju, a do tego zrzeczenie się sowieckiego obywatelstwa na pewno by mu życia nie ułatwiło. Taka opcja była możliwa właściwie tylko wobec milicjantów-repatriantów (ludzi, którzy przed 1939 rokiem mieli polskie obywatelstwo), niemających wiedzy operacyjnej i gdzieś do 1960 roku.

Ze strony polskiej – kandydat do służby w milicji PRL musiał mieć uregulowany stosunek do służby wojskowej (najlepiej jakby ją odbył w Siłach Zbrojnych PRL, ale teoretycznie wystarczało zwolnienie z takowej służby). Do tego musiał być polskim obywatelem, a w PRL było o nie trudniej (dziś wystarczą trzy lata małżeństwa z polskim obywatelem, w PRL konieczny był pięcioletni stały pobyt w naszym kraju) – ojciec Niny mógł dostać nasze obywatelstwo (co wymagało zrzeczenia się sowieckiego, patrz wyżej) najwcześniej w 1980 roku, czyli do pracy w milicji mógłby zostać przyjęty gdzieś w latach 1981-1985. Nierealne – nawet wojskowa hunta Jaruzelskiego nie odważyłaby się wkurzać ludzi zatrudnianiem Rosjanina w milicji, przecież w ten sposób potwierdziliby to, o co naród miał do nich największe pretensje: że są ruskimi pachołkami.

Prędzej bym uwierzył, że Aleksander Siergiejewicz Warwiłow był doradcą albo łącznikiem sowieckich służb w SB lub oddziałach operacyjnych milicji, a nie zwykłym milicjantem z komendy na Pradze. Ale, jako doradca/łącznik, nie byłby funkcjonariuszem „naszej” milicji/SB, więc nie obejmowałoby go przeniesienie do policji.

Poza tym Pasierski skonstruował Ninę zgodnie z zasadami „sztuki”: detektyw powinien pić – pije, powinien mieć rozwalone życie osobiste – ma, powinien mieć problemy finansowe – ma, mile widziane traumy z dzieciństwa – są. Klon milionów literackich detektywów. Tyle dobrego, że dość dobrze oddane cechy DDA – uwikłanie w rodzinę pochodzenia, bierna agresja, cwana gapa (jest w drugim miesiącu ciąży z byłym, a już prowadzi intensywne poszukiwania nowego tatusia dla dziecka, niby awans jej jest niepotrzebny, bo kręcą ją tylko śledztwa, ale zobaczycie jak to załatwiła). Niezbyt sympatyczna osoba. Pozostali bohaterowie raczej obojętni.

Wracając do fabuły. Jest dość ciekawa, ale autor popycha ją mało wiarygodnymi wydarzeniami. Przykładowo, w pewnym momencie Nina zostaje odsunięta od śledztwa, wysłana na urlop. Oczywiście, dalej prowadzi dochodzenie, już na własną rękę. I – w nocy! – jedzie do więzienia przesłuchać informatora. A służba więzienna ją wpuszcza. To coś zupełnie od czapy.

Policjant, czy nawet prokurator, nie może ot tak sobie wejść do więzienia i zażądać widzenia z osadzonym. Po pierwsze, potrzebna jest zgoda prowadzącego postępowanie (w tym przypadku prokuratora). Po drugie, taka wizyta policji musi być zgłoszona służbie więziennej z jednodniowym wyprzedzeniem. Po trzecie, przesłuchania muszą się odbywać w godzinach pracy administracji zakładu karnego, czyli do piętnastej trzydzieści. I po czwarte – strażnicy wpuścili ją, bo machnęła odznaką, nawet nie sprawdzili legitymacji policyjnej, sama się nie przedstawiła, na dobrą sprawę nawet nie wiedzieli, kogo wpuszczają...

Trochę dziwne też, że świadkowie mogący pomóc Ninie w postępowaniu, nie tylko od ręki zgadzają się „sypać”, lecz wręcz czekają, aż ktoś z policji ich odwiedzi (Kolak: Tak se właśnie myślałem, że kiedyś tu przyjedziecie; o Gratkowskim: Był bardzo zadowolony. Powiedział, że na nas czeka).

Zakończenie takie sobie, trochę wydumane, motywy sprawcy nieco dziwaczne (w każdym razie dla mnie). Tożsamość sprawcy nie wiem czy zaskakująca, bo przez niedoskonałość warsztatu pisarskiego (to był debiut Pasierskiego), można było ją przewidzieć znacznie wcześniej – nie zdradzę czego szukać, bo bym zrobił spojlera (tak samo od razu można się domyślić, kim byli policjanci współpracujący w przeszłości z handlarzem kobietami).

Teraz warszawska słoma z butów, to głupkowato-obrzydliwe, bezzasadne poczucie wyższości wobec ludzi z prowincji. Prowincjusze Pasierskiego są z zasady brzydcy (jeśli nawet ma „ładną twarz” to jest zapuszczona), mówią niepoprawnie, nie potrafią się zachować przy stole (zaczął metodycznie siorbać), do tego są tak wsiowo życzliwi (poczciwe głupole i brzydale). Używają przekleństw i wyzwisk sprzed pięćdziesięciu lat („psiakrew”, „huncwot”; z drugiej strony, kawałek dalej temu samemu chłopu wciska w usta „fekalia” – tu jednak raczej powiedziałby „gówna”, a jakby chciał być kulturalny, to „odchody”). No i chyba wszyscy na prowincji są bezrobotni (pewnie żyją z podatków Pasierskiego): w godzinach pracy dzieciaki siedziały w szkole, a dorośli zapewne pochowani po domach.

Prowincjusze mieszkają w brzydkich domach (Okolica była urodziwa nawet o tej porze roku, lecz dom komicznie z nią kontrastował swoją brzydotą), w których śmierdzi (Pachniało tu zjełczałym serem), trzymają psy na łańcuchach (Wielki pies zawył z odległości kilkunastu metrów, był jednak uwiązany na łańcuchu). Oczywiście wieśniacy nie mają kawy rozpuszczalnej, o ekspresie nie ma co marzyć – serwują fusy zalane wrzątkiem, do tego palą wyjątkowo śmierdzące ruskie papierosy z przemytu.

Parę cytatów, jak warszawski snob widzi ludzi z prowincji:

chłopak z prowincji. Miał sylwetkę jak zaniedbany grubas.

Policjant (...) o wyglądzie chłopaka z głębokiej prowincji.

[Prowincjonalna urzędniczka] w średnim wieku, grubokoścista, życzliwa, z lekko roztargnionym i przepraszającym wyrazem niebieskich oczu. Wyglądała, jakby siedziała w urzędzie za karę.

na wsi ludzie starzeli się dziwnie szybciej.

pokolenia małomiasteczkowych wieśniaków.

Takim ludziom – reprezentantom warszawki – nawet nie ma sensu tłumaczyć, że wieś z jego fantazji nie istnieje, on ma głowę tak wypraną w swojej bańce, że i tak nie uwierzy.

Czy warto to czytać... To zależy, jeśli lubicie połączenie kryminału z obyczajówką, to można spróbować. Chociaż ja lubię, ale ta powieść mnie nie porwała – z drugiej strony: też nie odrzuciła (pomijając warszawkowate bucostwo). Być może sprawdzę jeszcze drugi tom cyklu (obecnie ośmioczęściowego); przyznam, że mniej mnie interesuje kolejne śledztwo Niny Warwiłow, a bardziej jak wybrnie ze swoich osobistych problemów – i to nie jest dobra rekomendacja dla fanów „czystego” kryminału.

OCENA: 5/10.

J. Pasierski, Nina Warwiłow, t. 1: Dom bez klamek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, stron: 344.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz