czwartek, 25 grudnia 2014

Nik Pierumow, Tern


Rosjanin pisał posługując się chyba zasadami rządzącymi światem z humorystycznego cyklu Jacka L. Chalkera [1]. Mamy więc szlachetnego do zrzygania głównego bohatera, który wędrując przez świat zygzakiem (to z Piroga Sapkowskiego) zbiera drużynę do walki ze złem. W takowej drużynie musi być przegląd rasowy danego uniwersum, a jeden z członków nie do końca godny zaufania. Można by to uznać za pastisz fantasy, gdyby nie zupełny brak humoru.

Oczywiście można posługując się oklepanymi motywami napisać niezłą powieść, ale akurat Rosjaninowi się to nie udało. Stworzona przez niego drużyna wałęsa się po świecie w te i wew te, niby w jakimś celu. Na popasach bohaterowie gadają, a raczej przemawiają do siebie. Próbka – otwieram książkę na chybił trafił (strona 115):

Byłbym szczęśliwy móc to przeczytać, usłyszeć albo zobaczyć – uprzejmie skłonił się Tern.
– Niestety, niestety, wielce czcigodny! Nasz język, język demonów, jest bardzo złożony i zawiły. Tak się złożyło, że znamy waszą mowę, ale aby zrozumieć naszą poezję... – smutno skłonił głowę Krojon. – No, na przykład trzeba powiedzieć, że wasze amfibrachy i amfimakry u nas...
– E... hmm... wielce dostojny panie, demonie Krojonie – lękliwie odezwała się Stein. – A nie należałoby odłożyć ten wielce interesujący i pouczający wykład, na później?

Tak właśnie w napuszonym stylu sobie miodzą przez całą książkę.

Uniwersum też nie bardzo się Pierumowowi udało. Standard fantasy: tu lasy, tam ruiny świątyni, gdzieniegdzie miasto, w tle jakieś konflikty i zło, z którym drużyna będzie się mierzyć (jak na razie niemrawo, ale bez wątpienia w kolejnych tomach się rozkręcą). Świat zamieszkują różne rasy [2], część znana z innych pozycji fantasy (jak choćby gnomy), inne z lekka zmodyfikowane (np. sidchy, w których nietrudno dostrzec elfy), coś tam dołożył sam autor (dhussy).

Akcja nieco się rozkręca pod koniec książki, ale czy warto brnąć przez liche 350 stron, by przeczytać przeciętne sto? Ja pasuję, kolejnych tomów serii nie będę czytał, bo też trudno spodziewać się jakichś fajerwerków – poprzedni cykl Pierumowa, który wpadł mi w ręce (kontynuacja Władcy Pierścieni Tolkiena) miał dokładnie te same wady. Czyli Tern to nie obniżka formy, a pozycja na miarę talentu autora.

PRZYPISY
1. Jack L. Chalker, cykl Tańczący bogowie (w Polsce ukazały się tylko trzy tomy: Rzeka Tańczących Bogów, Demony Tańczących Bogów, Zemsta Tańczących Bogów).
2. Ten kto wymyślił określenie „rasy na różne gatunki istot rozumnych bez wątpienia nie przykładał się do nauki biologii w szkole podstawowej.

Ocena 4/10.

N. Pierumow, Tern, tłum. I. Czapla, wydawnictwo SOLARIS, Stawiguda 2010, stron: 502.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz