piątek, 30 września 2016

Brian Lumley, Latry

Już kiedyś wspominałem, że dawno, dawno temu – i nie było to mniej więcej w zeszły piątek, lecz przed ćwierćwieczem – lubiłem powieści Briana Lumleya. Wtedy wydawało je nieistniejące już wydawnictwo Phantom Press, „ozdabiając” koszmarnymi okładkami. Przeczytałem wtedy pięć pierwszych tomów Nekroskopa oraz powieści Psychomech, Psychosfera, Dom pełen drzwi. Od tamtej pory nie miałem kontaktu z twórczością Lumleya.

Ostatnio podczas wycieczki po poznańskich księgarniach (mam swoją trasę – zrobię kiedyś o tym notkę) w księgarni Takczytam trafiłem na przecenę. Tak, tak – tania księgarnia miała przecenę, dzięki czemu Latry zjechały z bodaj 9,90 na 4,90 zł. Postapokaliptyczne SF w wykonaniu „horrorowca”? Może być ciekawe.

Po lekturze mam odczucia trochę mieszane. Właściwie czytało się nienajgorzej, ale po Rzekach Londynu chyba nawet Pana Tadeusza czytałoby mi się nieźle (a nie trawię romantyzmu). Co by nie mówić, Brian Lumley w tym fachu działa nie od dziś i jest sprawnym rzemieślnikiem. Sama opowiastka prosta jak drut, jednowątkowa, z nieskomplikowanymi bohaterami. Na szczęście autor nie nadmuchał jej ponad miarę – to właściwie minipowieść, równe dwieście stron.

O czym to jest. Mamy świat po podwójnej katastrofie – wojna atomowa plus całkowite zniszczenie powłoki ozonowej. Czyli resztkom przedstawicieli naszego gatunku doskwiera i promieniowanie radioaktywne, i ultrafioletowe. Ludzie to gatunek nieliczny, na powierzchnię wychodzący głównie nocami. Panami świata są mutanci – latry, ni to zombi, ni to wampiry (jak można się domyślać, polski tłumacz stworzył termin „latry” ze słowa „łotry”). Ludzie sądzą, że latry są pozbawione inteligencji. Czy tak jest w rzeczywistości? Czy możliwy jest kontakt z latrami?

Akcja książki toczy się co najmniej kilka pokoleń po apokalipsie. Bohaterami są przedstawiciele niewielkiej społeczności, która przez lata nie miała kontaktów z innymi ludźmi. Punktem wyjścia są dwa zdarzenia: po 1. podziemne ujęcie wody zostaje skażone, po 2. nawiązany zostaje kontakt radiowy z inną grupą, żyjącą daleko na północy. Zapada decyzja: klan opuszcza swoją siedzibę, udają się na północ.

Jak już wspomniałem, książka jest niespecjalnie obszerna, więc opisy siłą rzeczy są dość lakoniczne – zmagania z latrami, słońcem, promieniowaniem, brakiem wody, paliwa, awariami pojazdów... Lepiej napisać za mało, niż za dużo, ale pewien niedosyt zostaje.

Na pozór dość naiwny może wydawać się wątek Gratha, robiącego za głównego bohatera – szybki awans w społeczności, wątek miłosny rozwijający się błyskawicznie. Ale z drugiej strony, mamy społeczność, w której śmiertelność mężczyzn jest tak wysoka, że najstarsi liczą sobie niewiele ponad 30 lat. Jeśli taka społeczność ma przetrwać, to młodzi muszą szybko dojrzewać i szybko brać się z produkcję potomstwa. Więc może i Lumley przedstawił to nieco naiwnie, ale jakiś sens w tym jest.

Tak gdzieś w połowie książki zacząłem zastanawiać się, co bohaterowie zastaną na północy, czy rzeczywiście społeczność ludzką, czy autor nas czymś zaskoczy. Oczywiście w tym miejscu skończę, nie będę spojlerował.

Niestety, jest trochę rażących nielogiczności. Przykładowo – nie wszyscy mężczyźni wychodzą na „zewnątrz” (przed eksodusem oczywiście), czyli nie wszystkim grozi niebezpieczeństwo ze strony latrów. To niby co sprawia, że wszyscy umierają tak młodo? W końcu społeczność dysponuje technologią, także medyczną, na poziomie wyższym niż w średniowieczu, a wówczas starcy nie byli jakimś wyjątkowym zjawiskiem.

Podsumowując, jest to książka, która nie razi głupotą czy bełkotem. To dzieło sprawnego rzemieślnika, który akurat był w nieco gorszej kondycji. Można przeczytać, ale nie trzeba.

OCENA: 5/10

B. Lumley, Latry, tłum. J. Filas i A. Kochan, wydawnictwo Vis-a-VisEtiuda, Kraków 2014, str. 200.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz