sobota, 3 listopada 2018

Dlaczego w Polsce nie popularyzuje się nauki?

Do napisania tej notki natchnął mnie wywiad z Sigillum Authenticum – druga część rozmowy z dr. hab. Marcinem Przybyłą. Archeolog zastanawiając się nad przyczynami popularności fantazmatu Wielkiej Lechii (i to można uzupełnić o inne teorie spiskowe), wskazuje m.in., że:

winna jest również sama nauka. Wciąż, zwłaszcza jeśli chodzi o archeologię, brakuje publikacji o charakterze popularnonaukowym. To, co znaleźć można na półkach księgarni to zwykle albo losowo wybrane prace naukowe, albo książki ocierające się już o para-naukę.

Moje tytułowe stwierdzanie, że „się nie popularyzuje” jest oczywiście nieco na wyrost. Wszak mamy sporo pisemek popularnonaukowych (historycznych wręcz masę, jest też Archeologia Żywa). Ale rzeczywiście pewne okresy historyczne są pomijane. Dlaczego? Zacznijmy od tego kto popularyzuje naukę:
1. Sami naukowcy.
2. Dziennikarze.
3. Pasjonaci.
4. Dorobkiewicze.

Dorobkiewicze, czyli ludzie, którym wydaje się, że na książkach/artykułach popularnonaukowych można się dorobić. Ludzie bez jakiegokolwiek przygotowania do pisania takich pozycji. Takim jest np. Janusz Bieszk, który długo szukał niszy do przytulenia jakiejś gotówki. Zaczął od książki o krzyżackich warowniach – słabej, ale jakoś tam do przyjęcia. Wielkiej kasy z tego nie było, więc druga próba była już kompletnym odlotem, bo Bieszk zajął się ufologią (Cywilizacje kosmiczne na Ziemi). Ale pewnie i z tego kasy nie było, bo tematyka eksploatowana od dawna i masa tego typu książek się ukazała i ukazuje. Ostatecznie Bieszk znalazł swoją finansową niszę i wciska brednie turbolechickie. W stajni Bellony (i nie tylko Bellony) jest więcej takich dorobkiewiczów, bez większego pojęcia o średniowieczu, którzy (jeszcze?) do poziomu turbolechickiego się nie zniżyli. Można wymienić: Michałka (ten już nieżyjący), Zielińskiego, Leśniewskiego, Cecułę, Barkowskiego.


Odmiennym przypadkiem dorobkiewicza jest pisarz, który ma przygotowanie merytoryczne, ale „odpuszcza” sobie merytorykę na rzecz sprzedawalności, czyli usensacyjnia swoje prace wbrew faktom, żeby tylko więcej sprzedać. Tu przykładami mogą być Zdzisław Skrok i Kamil Janicki (i, niestety – to bardzo smutny przypadek – Przemysław Urbańczyk).

Pasjonaci często mają naprawdę sporą wiedzę. Ale jest pewne ograniczenie – wiedza pasjonatów bez przygotowania w postaci studiów historycznych czy archeologicznych, zazwyczaj jest wartościowa dla dziejów XX wieku, rzadziej XIX, a okresy dawniejsze najczęściej leżą i kwiczą. Podobnie jest z dziennikarzami, którzy – jeśli brak im studiów kierunkowych – też najlepiej czują się w dziejach XIX i XX wieku.

Zostają nam naukowcy. Problem polega na tym, że polski naukowiec nie jest uczony pisania. Moim zdaniem, jest to sytuacja dziwaczna, że np. historyka czy historyka sztuki (humanistów!) nikt nie uczy pisania po polsku. Takowej umiejętności nie wynieśli przecież z gimnazjum czy liceum, bo tam uczenie pisania polega z zasady na smarowaniu dwu-, trzystronicowych rozprawek na debilne tematy. A i to pewnie coraz rzadziej, bo teraz chyba uczy się wypełniać testy. Dlatego, moim zdaniem, równolegle do proseminarium magisterskiego powinny być prowadzone zajęcia z praktycznego dziennikarstwa (przynajmniej na kierunkach humanistycznych).

Są oczywiście ludzie, którzy po prostu talent literacki mają (np. prof. Jerzy Strzelczyk czy prof. Błażej Śliwiński), przy czym lepiej jest z tym u historyków, niż archeologów. Ale, jak to z talentami bywa, nie wszyscy je mają. Nie tylko na poziomie budowania zdania, używanego słownictwa, ale nawet zwykłej wyobraźni. Skutkiem tego są takie prace popularnonaukowe, jak choćby Władysław Laskonogi Macieja Przybyła (to jest praca naukowa, której – nie wiadomo dlaczego – obcięto przypisy) czy Świętopełk gdański Marka Smolińskiego (horror –  zbiór ciężkostrawnych naukowych artykułów, który ma robić, z nieznanych przyczyn, za popularną biografię).

Taka popularyzacja się nie sprzedaje, jak się nie sprzedaje, to autor gucio zarabia, a jak gucio zarabia, to przestaje się w to bawić. Jak twierdzi Wojciech Pastuszka ze śp. Archeowieści, za książkę naukową autor może dostać 500-1000 zł. To są kwoty śmiechu warte, bo nawet nie pokrywają kosztów autora (zakupu książek, ksero, dojazdów do bibliotek). Z drugiej strony przeciętny czytelnik, jak raz i drugi natnie się na taką książkę jak Smolińskiego, to w przyszłości będzie półki z pozycjami popularnonaukowymi omijał szerokim łukiem. Tym samym rykoszetem obrywają ci popularyzatorzy, którzy potrafią to robić.


Dodatkowo nasze państwo w żaden sposób nie zachęca naukowców do pisania książek popularnych. Punktów za to żadnych nie dostają (więc z punktu widzenia kariery naukowej, czas poświęcony na pisanie takiej książki, to czas zmarnowany), kasy z tego nie ma.

Jest też druga strona medalu – czytelnik. Czy praca popularnonaukowa może się przebić do fanów Bieszka i Szydłowskiego? Przypuszczam, że wątpię. Książki tych wieszczów turbolechityzmu, pisane prościuteńką, acz kulawą polszczyzną, nie przypominają prac popularnonaukowych, a raczej manifesty ideologiczne – słowotoki bez uzasadniania, bez wątpliwości. Jeśli takie coś trafia do danego czytelnika, to znaczy, że (napiszę oględnie) z intelektem tegoż czytelnika jest nie najlepiej.

Czytelnik wieszczów – tak sądzę – nie pojmie pracy naukowej czy choćby popularnonaukowej. Zresztą, jeśli komuś się chce, to proszę zobaczyć oceny wypociny Szydłowskiego (Wandalowie czyli Polacy) na Lubimy Czytać. Dziewięć lub dziesięć punktów wystawili tej pozycji ludzie, którzy w swoich portalowych biblioteczkach w ogóle nie mają innych książek. Są to osoby, które wiedzę czerpią głównie z memów i filmików na YouTube. Do nich Bieszk czy Szydłowski ze swoimi prościuteńkimi tekstami trafiają. Ale pracy popularnonaukowej nie da się napisać aż tak prosto.

Cóż, kiedyś coś zostało w naszym kraju położone z edukacją – nieprzypadkowo rywalizujemy z Albańczykami, Rumunami i Portugalczykami o tytuł najmniej czytającego narodu Europy. Ciekawe jak z kolei wygląda sytuacja z wiarą w spiski i pseudonaukowe teorie, bo sądzę, że tu z kolei plasujemy się w europejskim czubie tabeli.


Tu trzeba jasno określić: Polska jest krajem analfabetów. Dwanaście lat temu robiono badania ze zrozumienia tekstu pisanego w siedmiu państwach (USA, Kanada, Polska, Niemicy, Szwajcaria, Holandia i Szwecja). To, że wypadliśmy najgorzej, to małe bubu. Szokujące są wyniki Polaków. Okazało się, że tylko trzy procent naszych rodaków w pełni rozumie tekst pisany! Jako tako rozumie kolejnych dziesięć procent. Ponad połowa słabo klei, a jedna trzecia to de facto analfabeci.

Więc nie tyle popularyzacja nauki, co walka z analfabetyzmem jest potrzebna.

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

47 komentarzy:

  1. Komuniści, co prawda mówili, że zlikwidowali w Polsce analfabetyzm. Ale kto by uwierzył komunistom? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle że komuna skończyła się prawie 30 lat temu - całe pokolenie się urodziło, dorosło i rozmnożyło. Gdzieś widziałem staty - od 89 roku czytelnictwo spadło dwukrotnie. Z analfabetyzmem walczyła tez wcześniej II RP. Być może przyczyną porażki jest to, że obyczaj czytania książek w zaborach rosyjskim i austriackim był słabo ugruntowany - za szybko pojawiła się obfitość kanałów telewizyjnych, a potem internet.

      Usuń
  2. Jeśli nie czytają, to mogliby grać... ale porządnych gier mogących służyć jako wsparcie edukacyjne też nie ma. Szkoda, mogłoby powstać coś w stylu, chociażby, Egypt: Old Kingdom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIe wiem na ile można czerpać wiedzę z gier - sam nie gram.

      Usuń
    2. Gry nie są dobrym źródłem wiedzy naukowej, za to rewelacyjnie popularyzują tematy historyczne. Europa Universalis to seria, którą pewnie zna każdy, kto gra i interesuje się historią. Stare serie o budowaniu miast (Caesar, Zeus) bardzo żywo oddziałują na wyobraźnię i znacznie ułatwiają wejście w temat starożytnej Grecji i Rzymu. Cywilizacja Sida Meiera to także flagowy przykład gry, która choć nie uczy historii czy geografii to doskonale potrafi zainteresować szeroko pojętą nauką, jako że pozwala samemu przeprowadzić państwo przez dzieje (i przy okazji np. dowiedzieć się z grubsza jak wyglądał rozwój technologii na przestrzeni wieków)

      Usuń
  3. Ja z kolei zastanawiałem się (i nadal się zastanawiam) nad tekstem "Dlaczego naukowcy odpowiadają za pseudonaukę". Nie chodzi mi tutaj o to, że naukowiec nie pisze prac popularnonaukowych (albo nie ma czasu, albo... nie umie, nie raz spotykałem się z sytuacją, że dany profesor nie potrafił wytłumaczyć najprostszych rzeczy i nie mówię tu w kontekście Wielkiej Lechii), zdarza się coraz częściej, że sami ludzie nauki promują bzdury (lub produkują pseudonaukę) poprzez źle rozumianą interdyscyplinarność. Potem właśnie taki prof. geografii wypowiada się o genetyce, językoznawstwie czy historii starożytnej etc. (wiesz Pawle o kogo mi chodzi :D) Naukowcy powinni przede wszystkim tępić chwasty w swoim ogródku, a nie chować się w krzakach i udawać, że nic się nie dzieje. Znieczulica :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na fazie kilka osób parających się niby nauką poprało różne teorie lechickie, ale żaden historyk czy archeolog. Makuch jest chyba prawnikiem, Kowalski to geograf, Belezyt - politolog, jest jeszcze duet utytułowanych wuefistów.

      Niestety, polska nauka pod tym względem (krytyki kolegów) jest bardzo tchórzliwa, co widać też w przypadku plagiatów. Pisałem już kiedyś o dr. Gerardzie Kucharskim z UAM, którego za szereg plagiatów ukarano tylko zakazem zajmowania stanowisk kierowniczych (których i tak obejmować nie mógł). Po czym zrobił kolejny szereg plagiatów. I na stronie UAM nadal figuruje jako "aktywny pracownik nieetatowy". To ręce opadają.

      Usuń
  4. PS Mam jeszcze jedno pytanie. Ta miniaturka z kanału Atora, to jakaś aluzja do samego autora kanału wideoprezentacje? :D Bo to też dobry przykład osoby, która dla kilku wyświetleń będzie pierdzielić przez godzinę o najbardziej absurdalnej teorii spiskowej, ale już nic mnie pisze więcej, bo jeszcze mnie pozwie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymieniłem tę grafikę - myślałem, że to fruwa po necie i mogę wziąć na prawie cytatu, ale teraz dojrzałem zdjęcie tego Ałtora w narożniku, więc wywaliłem.

      Usuń
    2. Mi się często wyświetla w proponowanych i najczęściej te o teoriach spiskowych.

      Usuń
  5. Profesorowie Andrzej Kokowski (np. 'Starożytna Polska') i Jan Dąbrowski ('Polska przed trzema tysiącami lat') to chlubne wyjątki w dziedzinie popularyzacji wiedzy archeologicznej. Niestety, odnoszę wrażenie, że wraz ze śmiercią wydawnictwa TRIO umarła także archeologiczna literatura popularno-naukowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, Kokowskiego lubię czytać. "Goci" też mi się podobali, ale czytałem masę zarzutów wobec tej książki.

      Usuń
    2. Tytuły tych prac wyprzedziły swoją epokę. Co prawda zjawisko "clickbajtu" odnosi się do marnych treści okraszonych przykuwającym uwagę tytułem, jednak myśl o starożytnej Polsce takie skojarzenie mi narzuca. Swoją drogą w momencie ukazania się pozycji Jana Dąbrowskiego, jeszcze dobrze nie opadła wrzawa na temat pracy wspomnianego Przemysława Urbańczyka

      Usuń
    3. A to chodzi o Urbańczyka "Trudne początki Polski" - w porównaniu do późniejszych dokonań tego artysty, to jeszcze było całkiem znośne.

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. 1. Paweł ma zawsze rację.
      2. Jak Paweł nie ma racji, patrz pkt. 1 :D

      Usuń
    2. Jeśli chodzi o facetów, to w większości Waszego gatunku zawsze muszę się przekonać....

      Usuń
  7. A to już jasne, czemu Sattivasa pisze tylko krótkimi, zdawkowymi jękozdaniami rodzaju: "a cóż to za bełkot", zamiast napisać solidną odpowiedź dowodzącą bez żadnych wątpliwości, że ma rację. Nie nauczyli biedaczka pisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, w tym przypadku "wina" leży po stronie czytelników - po co się spuszczać dla kogoś, komu intelekt i tak nie pozwoli zrozumieć?

      Usuń
  8. Cóż, pozostaje mi się pod tym podpisać. Niestety, w naukach ścisłych też popularyzacja kuleje z podobnych powodów. Chociaż w tym wypadku, mamy też niestety problem z nadmiernym upraszczaniem, panuje tendencja, by broń Boże, nie straszyć biednego czytelnika jakimikolwiek wzorami, nawet najprostszymi. W czym jest nieco racji, bo wielu faktycznie ucieka, jak widzi 2+2=4.
    Ale o ile to jest dyskusyjne, to już w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć, czemu nieraz używa się porównań jak dla idiotów, czy małych dzieci. Jednak, zakładam, że po literaturę popularnonaukową sięgają zazwyczaj ludzie na jakimś poziomie intelektualnym. Przykładem jest tutaj, skądinąd dobry fizyk i popularyzator, Leonard Susskind. Dobrze mu wyszły książki, gdzie wiedział, że może używać wzorów, skierowane już do zaawansowanych pasjonatów. Inne sa niezłe, ale tylko niezłe, właśnie przez przeładowanie jakimiś metaforami z tancerzami łapiącymi się za ręce i tym podobnymi.

    Nawiasem mówiąc, znasz może tę książkę? Nie czytałem, ale wygląda mi na szuranie:
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/92500/pochodzenie-i-rasa-slowian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam Czupkiewicza, ale czytałem dość dawno temu, więc dziś nie wypowiem się co do poziomu tej książki - acz zdaje się że to pseudonauka, ale dość zręcznie napisana (z niektórymi jego tezami nawet naukowcy dyskutują, jak choćby z pomysłami co do Dagome iudex). Z tego co pamiętam to allochtonista, a nawet bardzo allo - Słowian wyprowadzał bodajże gdzieś spod Uralu.

      Usuń
    2. Pseudonauka tak sprytnie napisana jest chyba najgorsza, bo ciężko wychwycić. Jeden gniot co ostatnio nawet opisywałem, ma tak momentami.
      Ale dzięki, niewykluczone, że się zapoznam, jak już uporam się z nową książką pana Sikorskiego

      Usuń
    3. Ja się na pewno zapoznam, bo przypomniałeś mi typa i od ręki zamówiłem jego książkę :D

      Usuń
  9. Źródło badań o rozumieniu tekstu posiadacie? Ja spotkałem badania OECD i wyszło, że "aż" 12% Polaków rozumie tekst. Tak, znicz tylko postawić przy czytelnictwie. To wina szkolnictwa i rodziców. Szkolnictwa, bo żadne dziecko nie polubi czegoś, jeśli jest to wymuszane. Brak czytających, to forma buntu za opresyjne podejście do wymaganych lektur(gniotów) szkolnych. Mam córkę w Edukacji Domowej. Nie nadążamy finansowo z kupnem kolejnych książek. Pewnie dlatego, że ja i żona też czytamy, a to kosztuje. Jako dziecko nie byłem zmuszany do czytania. Wystarczyło, że w domu był zbiór książek i widziałem czytających rodziców. Więcej nie trzeba.
    Na rozwiązania systemowe nie licze. W moim mieście lokalna biblioteka zachęca do siebie wyświetlaniem filmów typu "Pitbull". Nie trzeba tego komentować.
    Długo bolało mnie to, że ludzie nie czytają. Teraz tłumaczę to sobie, że książki w Polsce, to dobro luksusowe. I dlatego też, książki popularnonaukowe powinny być wydawane! My, czytelnicy powinniśmy pomagać finansowo w wydawaniu wartościowych książek, bo co się stanie jeśli poziom czytalnictwa wzrośnie, a książek nie będzie? Nie zwalałbym też winy na elity intelektualne, bo tytuł profesora polskiego jest często tylko wydmuszką pomalowaną tradycją, a tradycji w Polsce tykać nie wolno.
    Z przymrużeniem oka, aby zwiększyć ilość czytelników należałoby zakazać prawnie czytania lub z czytania zrobić grzech.
    Już bez żartów, powinniśmy-tak, my- zcalić w działaniu wszystkich czytających i wszelkimi sposobami, od lobbowania zmian systemu po indoktrynację, zwiększać czytelnictwo w Polsce. Samo się nie zrobi. To jest nasz interes! Od polityki po kolejkę w sklepie pełno jest debili. Mam, jak Wy, tego dość. I niestety, brak mi nadziei na zmiany, bo czy sami jesteście chętni chociaż do dyskusji na temat? Bo podobne posty można pisać do śmierci, tylko to nic nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wyniki badań były publikowane w Przeglądzie. 12% może się zgadzać - w tamtych badaniach wyszło, że 13% pod względem rozumienia tekstu należy do dwóch najbardziej kumatych grup. Z tym że do grupy pierwszej - 3%, do grupy drugiej (kumającej już gorzej) - 10%.

      Też mnie nikt nie zmuszał do czytania, być może dlatego, że zacząłem czytać zanim poszedłem do szkoły. Na przełomie I i II klasy przerobiłem Trylogię Sienkiewicza, potem Faraona, a w klasie IV wziąłem się za książki typu Chłopi czy Lalka. Ale moi rodzice też bardzo dużo czytali i czytają, a tak samo było w przypadku dziadków - wychodzi, że to dziedziczne :D

      Dobór lektur to jest w ogóle porażka - katuje się dzieci romantykami, pozytywistami czy młodopolakami, a teraz jeszcze z patriotyczno-narodowo-katolickim zadęciem. Świetny sposób na obrzydzenie czytania.

      A co do działania, to może po latach pracy w gazetach jestem już "nieco" cyniczny, ale szczerze mówiąc mam to w nosie - przyjdzie taki dzień, że trafię do piaskownicy, robaki mnie zeżrą i tyle. Więc staram się, żeby moje życie było fajne, miłe i przyjemne, a to kłóci się z beznadziejną walką z wiatrakami :D

      Usuń
    2. A jakie są teraz lektury? Chodzi mi o tytuły tych narodowo - katolickich.

      Usuń
    3. Anonimowy
      Trochę wysiłku - google, wpisujemy "zamiany w kanonie lektur" i wszystko będzie jasne.

      Usuń
  10. Książki są drogie , biblioteki ( w miastach do 50 tys.) beznadziejnie wyposażone , same początki
    dziejów Polski wyjątkowo ubogo udokumentowane , stąd , zawodowcy nie mają już nic do powiedzenia
    nie będą przecież powtarzali ustaleń swoich poprzedników czyli pozostaje jedynie obszar zupełnie nierozpoznany
    czyli tajemniczy , a tajemnica zniesie nawet największy absurd.
    Nauka , obojętnie jaka, nie potrzebuje popularyzacji , wystarczy gdy paranauka będzie sukcesywnie i skutecznie
    zwalczana , a nie jest to łatwe zadanie bo to są tematy zbliżone do wiary , a co może sama wiara , to aż strach
    przypominać :))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nauka , obojętnie jaka, nie potrzebuje popularyzacji"
      To jakbyś się dowiedział o jej istnieniu?

      Usuń
    2. Zdaje się ,że nadal edukuje się dzieci i młodzież w t zw szkołach :))))))))))
      Popularyzować można metody odżywiania albo aerobik a nie rachunek różniczkowy ,
      fizykę atomową czy nawet historię w ujęciu wymagającym przynajmniej wykształcenia na poziomie akademickim

      Usuń
  11. Można tylko westchnąć i się z wpisem zgodzić. Brakuje też jakiejś "cenzury naukowej" ;) tj. zasięgania opinii naukowców (specjalistów od zagadnienia) przy wydawaniu książek popularyzatorskich napisanych przez nie-naukowców. Oczywiście jest to utopia, ale kiedy Wydawnictwo Literackie firmuje bzdury Leśniewskiego o Piastach... Co jednak bardziej mnie smuci (i szokuje), to opinie czytelników docelowych, którzy głęboko gdzieś mają zawartość merytoryczną książki - ważne jest dla nich, że autor napisał łatwo i przyjemnie. Jak gdyby nie dało się napisać przyjemnie, ale zarazem merytorycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. > Brakuje też jakiejś "cenzury naukowej"<

      Ale kto miałby za toi płacić? Wydawca? Dla niego to kasa zmarnowana. Autor? Z tych wypasionych pięciu stów? moim zdaniem, to jest działka państwa. Dziś mamy tak, że pisanie czy recenzowanie prac popularnych nic naukowcowi nie daje - lepiej napisać po raz ochnasty te same ustalenia do pisma o nakładzie 100 sztuk, ale punktowanego. Dla mnie humanistyka bez popularyzacji, to sztuka dla sztuki. Dlatego to odpowiednie ministerstwo powinno ustalić jakieś zasady, dzięki którym naukowiec będzie doceniony za pracę (pisanie lub recenzowanie) przy popularyzacji.

      Dziś niektórym naukowcom się chce, większość ma to gdzieś. To anegdotka: z 10 lat temu pisałem artykuł prasowy, który zahaczał o historię i to trudny dla mnie temat i okres - konkretnie potrzebowałem informacji o rozsiedleniu szlachty wielkopolskiej w XVI-XVIII w. To dzwonię do znanego historyka (dawniej mediewisty, ale od dobrych 30 lat regionalisty). Wyłuszczam o co biega. I teraz dalszy ciąg rozmowy:
      Pan Naukowiec: - Nie chce mi się gadać.
      Ja: Eeee, znaczy co, nie interesuje pana popularyzacja pańskich badaniach, informacja o nich?
      Pan Naukowiec: - Mam to w dupie.

      Zmusiłem go w końcu do wypowiedzi lekkim szantażem ("Zdaje Pan sobie sprawę, że nagrywam rozmowę i zacytuję Pana wiernie?") :D Szantażyk podziałał połowicznie, bo Pan Naukowiec się wypowiedział, ale jego wypowiedź nadal była nader kwiecista. A ja, zgodnie z obietnicą, zacytowałem wiernie.

      Usuń
  12. Jeśli o analfabetyzm Polaków chodzi to mnie osobiście boli jedna kwestia: książkoholicy, którzy krzyczą jak bardzo wstyd im jest za nasz kraj, bo nie czytamy. Tyle tylko, że... my nie mamy wyrobionej kultury czytania. Najpierw zabory, zaraz potem PRL - nie było jak się tego "uczyć". A taki "przeciętny" książkoholik z forum zamiast rozmawiać o tym z ludźmi, tłumaczyć i pokazywać to... będzie obrażał.
    Przyznam, że jeśli chodzi o rzeczy historyczne to sama jestem z nimi trochę na bakier. Zawsze trochę kręciła mnie starożytność, z naciskiem na Egipt, ale im dalej - tym generalnie nudniej. Mam też tendencje do zapominania i olewania, a także do poznawania fragmentów historii przez dzieła kultury. Tzn. na przykład od czerwca mam fazę na "Hamiltona" w związku z czym nagle udaje, że wiem jak przebiegało zdobycie niepodległości przez USA. W związku z czym naprawdę trudno mnie czymś zainteresować o ile nie jest to opowiadane w formie pewnej "bajki". A teksty naukowców faktycznie zwykle nie zachęcają pod tym względem. Nie wiem na co musiałabym trafić, by nagle poczuć przypływ pasji do takich tematów, mimo że w szkole podstawowej zawsze miałam z historii 6. </3
    Mam wrażenie, że przy popularyzacji takich tematów naprawdę mogłyby pomóc uniwersytety, organizując jak najwięcej wykładów otwartych i różnych eventów, ale tu pojawia się problem z administracją: wykładowcy często są już z XXI-wieku, ale osoby zajmujące się zarządzaniem dalej siedzą w głębokim PRL-u, a przynajmniej tak to wygląda na mojej uczelni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co mają zabory i PRL do "kultury czytania"?

      Usuń
    2. Mają, bo czytanie wynosi się najczęściej z domu. Oczywiście analfabeta nie będzie czytał, więc warto zobaczyć kiedy wprowadzono obowiązek szkolny:

      Zabór pruski - 1825.

      Zabór austriacki - 1873 (dwa pokolenia później). Ale było to martwe prawo, de facto o jakiejś powszechności edukacji można mówić w tym -przypadku gdzieś od 1910 roku.

      Zabór rosyjski - nie wprowadzono obowiązku szkolnego, więc wprowadziła go dopiero II RP w 1919 roku.

      Mamy około stu lat różnicy między zaborem pruskim, a dwoma pozostałymi. Przy czym w zaborze austriackim było niebo lepiej niż w rosyjskim, bo ok. 1900 r. w austriackim edukacja obejmowała prawie 60% dzieci, a w rosyjskim zaledwie 16%.

      Z moich obserwacji wynika, że przynajmniej w czytaniu prasy lokalnej, granica zaborów jest wciąż widoczna - zabór pruski zdecydowanie góruje na rosyjskim (w austriackim nigdy nie pracowałem) - nieprzypadkowo największa sprzedaż takowych gazet w Polsce jest w powiatach wrzesińskim i jarocińskim. Kilka lat temu Stowarzyszenie Gazet Lokalnych robiło takie badania, wyszło, że w tych dwóch powiatach niemal w każdym domu kupuje się prasę lokalną.

      Usuń
    3. ps.
      Można by się zastanawiać czy RP nr 1 wprowadziłaby taki obowiązek wcześniej niż zaborcy. Z tego co kojarzę, zapędy do wprowadzenia obowiązku szkolnego były w Księstwie Warszawskim, no ale to nie RON. Sądzę raczej, że mieszkańcy Wielkopolski i Pomorza mogą być Prusakom wdzięczni za oświatę.

      A PRL raczej miał dobry wpływ na czytelnictwo, bo w tej siermiężnej krainie nie bardzo było co robić - albo pić, albo czytać. Tyle że czytać niekoniecznie było co. Z fantasy przed latami 80. ukazały się jakieś zupełnie pojedyncze tytuły - bodajże tylko Tolkien i jedna książka LeGuin (Czarnoksiężnik z Archipelagu) + kilka pozycji, które można do fantasy zaliczyć, jak "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa.

      Usuń
    4. Zgadzam się z Tobą Pawle. Problemy z czytaniem to raczej nie wina zaborców (a przynajmniej nie wszystkich), zasię PRL miał znaczne dla czytelnictwa zasługi - szczególnie dzięki organizacji sieci bubliotek publicznych, solidnie w książki zaopatrzonych.
      Co się tyczy: "pić lub czytać", to pamiętam, że nawet grube księgi były tańsze od wódki. Dwutomowa "Historia Rosji" Bazylowa to było w księgarni 0,33 l dobrej (wtedy dobrej) wódki, "Historia Polski 1795-1918" Kieniewicza tyle co ćwiartka.
      Fantasy to rzeczywiście było rzadkością, ale sporo było innej fantastyki (ach, te kochane "Kroki w nieznane"), był niekwestionowany cesarz cesarzy Lem, Strugaccy, Dick potem oczywiście Zajdel, Bułyczow et consortes, wreszcie "Fantastyka" w iście kosmicznym nakładzie.
      I (za czym tęsknię), ludzie potrafili wówczas czytać nawet "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" - od lat w mojej bibliotece tylko ja to raz na jakiś czas wypożyczam z uporem maniaka.

      Usuń
    5. Zgadza się, książki były tanie, ale czasem nieosiągalne, mimo wielkich nakładów - trzeba było mieć znajomą w księgarni, która odłoży pod ladę :D Moi rodzice mieli znajomą kioskarkę, wiec miałem teczkę na m.in. Fantastykę i Świat Młodych (komiksy!), także na Przekrój ("Poczet cesarzy rzymskich" Krawczuka!) i pisma "światoznawcze" ("Dookoła świata", "Kontynenty", "Poznaj świat") ale i tak na wiele numerów się nie załapałem. A czegoś takiego jak Alfa (też pismo SF, z komiksami, acz mało popularne i wychodziło bardzo nieregularne, średnio co jakieś 10 miesięcy, z przerwami nawet czteroletnimi) nasz kiosk chyba wcale nie dostawał.

      Usuń
    6. To była właśnie specyfika onego czasu - książka nieosiągalna mimo wielkiego nakładu.

      Usuń
    7. Wiesz jak czytałem Władcę pierścieni? Nie udało mi się zdobyć 'Wyprawy" (pod takim tytułem w PRL wyszła Drużyna pierścienia), więc najpierw przeczytałem "Dwie wieże", potem "Powrót króla", a "Wyprawę" dopiero po upadku komuny, jak kupiłem badziewne wydanie Tolkiena z wydawnictw Czytelnik - CiA-Books Svaro (1990 rok) - jak tylko gdzieś zobaczyłem reklamę tego nowego wydania Tolkiena, to zmusiłem rodzicielkę do wyprawy do Dużego Miasta (jakieś 70 km) i kupienia Pawłowi całej trylogii :D

      Usuń
    8. Podpisuję się pod uwagą o administracji.
      U mnie na uniwersytecie organizuje się różne popularnonaukowe wydarzenia, a potem biedni ludzie, którzy się tym zajmują muszą np. przedstawiać trzy oferty cenowe na zakup soczka owocowego potrzebnego do zaprezentowania dzieciakom eksperymentu razem z protokołem wyboru i uzasadnieniem najkorzystniejszej cenowo oferty.

      Usuń
    9. Jako osoba urodzona po okresie PRLu i pochodząca raczej z wiejsko-robotniczej rodziny (3 z 4 dziadków przybyło ze wsi na Śląsk przez możliwość pracy) widzę przede wszystkim, że w tamtym okresie nacisk był na właśnie pracę, a nie czytanie literatury, która pewnie odskocznią była, ale... po pierwsze, nie w "wiejskich" domach, po drugie - dostęp do niej był właśnie utrudniony (co obecnie analizuję trochę przez pracę licencjacką). Jeśli spojrzymy na zachód Europy to w krajach, w których nie było takich hmm... obciążeń historycznych literatura zwykle ma się lepiej, a przynajmniej to wynika z moich rozmów z tłumaczami.

      Co do administracji - ostatnio moja uczelnia organizowała targi uczelni właśnie. Wszyscy, którzy przybyli na miejsce [w większości szkoły prywatne] mieli super ulotki, super ludzi, super gadżety. My mieliśmy informatory wydrukowane w Wordzie. </3 A wszystkich wykładów "specjalnych" [np. przybył do nas kiedyś spec od Ayn Rand z NYC] trzeba szukać i za nimi szperać, bo inaczej za żadne skarby człowiek się o nich nie dowie.

      Usuń
  13. Mi się jeszcze jedna rzecz przypomniała. Z tekstem nie do końca się zgadzam, ale uważam, że coś w tym jest:
    https://www.kwantowo.pl/2013/11/29/czytajac-glupiejemy/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Coś" to zawsze w tym było. "Wyzwolenie pani Jutty" rules!

      Usuń
    2. A o tym też już kiedyś pisałem, że taki np. Bieszk swojej pierwszej książki miał już dawno temu sześć dodruków (czyli z pierwszym drukiem, jakieś 70 000 sztuk!), a poprawne pozycje popularne mediewistyczne pewnie nie przekraczają 5000...

      Ale, chcę w to wierzyć :D, miłośnicy Bieszka w rankingach czytelnictwa są wśród nieczytatych, bo przeczytanie dwóch-trzech książek w roku nie czyni oczytanym (a co oni mogą przerabiać - Bieszk raz, Szydłowski dwa, Zięba trzy).

      Natomiast co do beletrystyki, to lepiej jak czytają byleco, niż wcale. Nawet byleco jakoś tam stymuluje szare komórki. Swoją drogą to ciekawe - czytelniczki Harlequinów w elicie intelektualnej (bo skoro tylko 9% Polaków przeczytało 7 lub więcej książek w 2017 roku, to się kobity łapią).

      Usuń
  14. Starczyłoby na poczatek, gdyby chociaż popularyzowano obecnie historię w formie zbliżonej do dawnych "tygrysków".....

    OdpowiedzUsuń