Łączna liczba wyświetleń

piątek, 8 maja 2020

Joe Abercrombie, Pół króla

Do tej książki podchodziłem jak pies do jeża. Po pierwsze, bo wszędzie podkreślane jest, że to młodzieżówka. Po drugie, bo to Abercrombie, a z trzech jego dzieł, które przeczytałem, podobało mi się dokładnie ani jedno (czytałem: powieść Samo ostrze i opowiadania Parszywa robota z antologii Miecze i mroczna magia oraz Też mi desperado z antologii Niebezpieczne kobiety).

O dziwo, lektura tej młodzieżówki okazała się przyjemniejsza. Hmmm... Teraz pytanie: dlaczego akurat przy tej powieści tak się podkreśla, że grupą docelową jest młodzież? To równie dobrze (może nawet słusznie) metką „młodzieżowe” można oznaczyć książki Gwynne czy Williamsa.

Pół króla to kolejna pozycja z Gimbazą Wybrańcem. Tym razem typ drugi. Typ pierwszy, który omawiałem przy okazji cyklu Gwynne, to najczęściej zwykły chłopak, nawet wieśniak i dopiero w trakcie wychodzi, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym. Przykłady przedstawicieli tej grupy wybrańców: Pug i Thomas z cyklu o Midkemii i Kelewanie Feista, Rand al'Thor z Koła czasu Jordana, Simmon z Pamięć, smutek, cierń Williamsa czy właśnie Corban z cyklu Gwynne.

Drugi typ Gimbazy Wybrańca, to syn władcy, który pozornie nie ma predyspozycji do władania. Wady dyskwalifikujące można podzielić na trzy grupy:
1. Zdrowotne – Raoden z Elantris Sandersona, Nikander z Wichrów archipelagu Beaulieu, Brandon Stark z Gry o tron Martina.
2. Charakteru – np. Morgan (niedojrzały utracjusz i pijak) z najnowszej pozycji Williamsa o Osten Ard.
3. Urodzenia – przykładowo bękart Jon Snow z Gry o tron (przy czym serialowy Jon jest zarazem mesjaszem typu pierwszego).

Taki bohater musi przejść swoją odyseję, żeby nabrać cech niezbędnych do władania.

Yarvi, bohater Pół króla, jest Gimbazą Wybrańcem typ 2 grupa 1. Czyli pozornie zero oryginalności. Pozornie. Bo tym razem dostajemy bohatera wiarygodnego – ma sporą wiedzę, ale to wiemy skąd, a innych wybitnych cech raczej mu brak (nie ma magicznej mocy, nie jest mistrzem miecza). Nie ma też ani mentora, ani opiekuna, ani typowego orszaku Gimbazy Wybrańca.

No i choć jest Gimbazą Wybrańcem, to nim nie jest. Paradoks? Nie, ogólnie to ten typ bohatera, ale GW powinien w finale zmierzyć się z lokalną wersją Szatana. A w Pół króla brak takowej postaci. W ogóle nie ma ani ucieleśnionego zła, ani ucieleśnionego dobra. Owszem, wiemy komu kibicujemy, a komu nie, ale ani „nasi” nie są dobrzy jak miód, ani „tamci” źli jak Baba Jaga. Bohaterowie to zdecydowanie mocna strona powieści. Nie jest to oczywiście jakaś wybitna głębia psychologiczna, ale postaci dobrze skrojone jak na rolę, którą mają do odegrania.

Świat już gorzej skrojony, bo to typowe quasi-średniowiecze, w tle gdzieś mamy nawet elfy. I gdyby nie te elfy, to zastanawiałbym się w ogóle czy to jest fantasy. Bo magii, co kot napłakał. Ot, właśnie te elfy (o których tylko słyszymy, ale się nie pojawiają) i ptaki gadające, ale na zasadzie papuziej (acz nie papugi, a orły, wrony i gołębie powtarzają teksty wbite do ptasich móżdżków). Są jeszcze opowieści o bogach (ale i my mamy opowieści o bogach, a jakoś nie czuję, żebym żył w baśniowym świecie). I to ograniczenie elementów rodem z fantasy właściwie też sprzyja wiarygodności powieści.

Abercrombie nie poszedł w opasłe tomiszcza. Pół króla to jednowątkowa powieść (obecnie chyba rzadkość w tego typu fantasy). Akcja wartka, choć bez bezsensownej galopady wydarzeń. W ogóle czytając to miałem wrażenie, że obcuję z idealnym produktem rzemieślniczym – dokładnie wymierzone porcje opisu i dialogu, w odpowiednich miejscach umieszczone „coś” przykuwające uwagę. I jakby podwójny zaskakujący finał. Podwójny, bo po głównym mamy jeszcze taki mniejszy.

Jeśli podobał Wam się Gwynne, to tym bardziej powinien spodobać się Abercrombie w tym wydaniu. Po prostu czuć, że Abercrombie to pisarz z wyższej półki niż Gwynne. Pół króla to idealna powieść do pociągu – nie wymaga nie wiadomo jakiego skupienia, ale też nie obraża inteligencji. Owszem, czerpie z oklepanych schematów fantasy, ale Abercrombie nie jest ich niewolnikiem.

Choć to pierwszy tom trylogii, to bez problemu można czytać jako samostojkę (co jest o tyle istotne, że Rebis ostatni tom wydał w znacznie mniejszym nakładzie i o ile dwa pierwsze są osiągalne bez problemu, o tyle trzeci nie).

OCENA: 7/10.

J. Abercrombie, Morze Drzazg, t. 1: Pół króla, tłum. A. Jacewicz, wydawnictwo REBIS, Poznań 2015, stron: 398.

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

16 komentarzy:

  1. Mogę trochę zaspoilerować? Ciśnie mi się tu pewien komentarz, ale nie chcę Ci popsuć kolejnych części, jeśli chcesz je przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak już zaczęłaś, to dajesz :D

      Usuń
    2. No to w tym konkretnym przypadku Gimbaza Wybraniec sam staje się Lokalnym Szatanem :) Już na końcu pierwszego tomu jest tego przebłysk, kiedy Yarvi każe płynąć szybciej, chociaż już bardzo dobrze wie, co to oznacza dla niewolników. I to właściwie nie jest fantasy, tylko postapo. I jak to bywa u Abercrombiego, większość postaci jest raczej negatywna i nijak nie idzie im kibicować. Kolejne tomy wprowadzają trochę nowych postaci i kręcą się wokół walki o władzę. Kurcze, czytałam to już dawno, a całkiem sporo pamiętam, zrobiło to na mnie wrażenie jak żadna książka Abercrombiego, a czytałam wszystkie wydane w Polsce.

      Usuń
    3. No, to widać, że Abercrombie bardziej się schematem bawi, niż go powiela. A w ogóle to doczytałem u Ciebie, więc już trochę spojlerów mam :D

      http://przeczytane2015.blogspot.com/2017/05/272017-morze-drzazg-joe-abercrombie.html

      Usuń
  2. No i fajnie, takie lżejsze, ale całkiem dobrze napisane książki też są potrzebne. Chyba wpiszę na listę do przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kup pierwszy tom, bo to samostojka, przeczytasz, to będziesz wiedzieć czy chcesz w to brnąć. A właśnie Rebis ma promocję - książki za pół ceny.

      Usuń
  3. Poczytałam pracę naukową o Gimbazie Wybrańcu. To mogłaby być zabawna lektura. W ogóle, przypomniało mi się, jak w okolicy gimnazjum właśnie rozmawiałam na temat tego motywu z 2 lata starszym kolegą. Wkurzaliśmy się na wtórność i happy end, a kolega zdradził mi swój plan na powieść. Będzie wybraniec, ale na końcu umrze i wygra zło. Taki oryginalny był. XD

    A książkę może kiedyś sobie sprawdzę, zobaczymy. Brakuje mi takiego lekkiego fantasy na poziomie trochę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domyślam się, że chodzi o pracę Jolanty Łaby "Idee mesjańskie w literaturze fantasy"? Ale jej praca jest nie tylko o GW, a ogólnie o wybrańcach, bo takiego Aragorna czy Conana trudno uznać za gimbazę :D Nota bene, omawiając kolejny typ Mesjasza z literatury fantasy - takiego robaszka, który dzięki szlachetności, uporowi i poświęceniu ratuje świat, a potem sobie wraca do Pcimia żyć jak wcześniej, uwzględniła chyba tylko Froda z Władcy pierścieni, a aż prosi się o przywołanie J’ona z komiksu "Szninkiel".

      Usuń
    2. Tam miało być "poczytałabym", ale telefon coś mi poprawił po swojemu. Ale dzięki za tytuł, zerknę. xD

      Usuń
    3. https://pwtw.pl/wp-content/uploads/wst/21/%C5%81aba.pdf

      To tylko przerobiony na artykuł fragment jej książki. Książkę wydał Gdański Klub Fantastyki: J. Łaba, Idee religijne w literaturze fantasy, Gdańsk 2010.

      Usuń
    4. A to może jak się to szaleństwo skończy to się do GKF wybiorę i pożyczę, tak "normalnie" nie mam daleko. Albo może i w bibliotece u nas będzie, bo mam jednak bliżej (GKF to 20 minut z buta od uczelni, a ja jestem leniwa i mam daleko do domu xD).

      Usuń
    5. Nie mówi się "leniwa"... Chociaż właściwie, kobiety bywają leniwe, w przeciwieństwie do mężczyzn. Ja sam w żadnym wypadku nie jestem leniwy, jedynie oszczędnie gospodaruję swoją energią :P

      Usuń
  4. Chyba se kupię, lubię takie granie dobrze znanym motywem :P. Ale co do Thomasa i Puga, to moim zdaniem to jest właśnie ten przypadek, gdy autor nieco wykroczył poza ten motyw. W końcu obaj, może i byli uzdolnieni, ale raczej znaleźli się na właściwym miejscu i czasie, a nie zostali jakoś tam wybrani przez los (np. Pug by raczej nie został Wielkim, gdyby nie miał pecha i trafił do niewoli). Jeśli u Abercombiego jest pewne podobieństwo do tych postaci z Riftwaru, to na pewno wezmę :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ile czytałeś części? Bo coś mi świta, że jednak w tym maczał palce Macros Czarny.

      Poza tym z mesjaszami jest jak z motocyklistami. Wiesz, jak w tym dowcipie: na skrzyżowaniu zderzyły się dwa samochody, kto ponosi winę za wypadek?
      - Motocyklista.
      - A skąd tam motocyklista?
      - A ch... wie skąd oni się biorą :D

      Usuń
    2. Rzeczywiście, maczał, ale to wyszło później (nie pamiętam, na Wojnie z Wężowym Ludem, czy jeszcze później). Macros chyba we wszystkim tam maczał palce xD. A czytałem prawie wszystko. Acz już te części bez barda Lauriego, czy mojego ulubionego księcia Aruthy, to nieco słabsze były. Także mój błąd :P.

      Natomiast, cóż, kawał chyba dobrze oddaje rzeczywistość :P

      Usuń
    3. Mnie podobała się Wojna z Wężowym Ludem - coś nowego Feist spróbował, odszedł trochę od Tolkiena w stroną militarnej fantasy. Ale właśnie to, że pewne strzelby wspomniane w pierwszym akcie wypalają w ósmym, chyba wskazuje, że Feist miał ten cykl (a przynajmniej pierwszych dziesięć tomów - liczę bez spin offa, czyli Imperium) przemyślane od początku. I też właściwie tylko te dziesięć tomów można nazwać przyzwoitą lekturą.

      Usuń