Łączna liczba wyświetleń

piątek, 15 maja 2020

Martin Scott, Thraxas mag

Z okładki się dowiedziałem, że Scott to Rywal Terry'ego Pratchetta. Z kanonu Sapkowskiego, że to jakaś wybitna pozycja w dziejach gatunku. I po przeczytaniu tak sobie myślę: że, kurde, co?  Wydawcę jeszcze rozumiem, ale panie Andrzeju, pan tak na poważnie, czy jaja sobie z nas robi? Nie, nie jest to powieść całkowicie pozbawiona zalet, ale jest ich tak mało, że toną w potoku nędzy.

Dzieło Scotta to kryminał fantasy, niby jajcarski. Jego głównym bohaterem jest tytułowy Thraxas. Podrzędny mag i były glina (starszy inspektor śledczy w Ochronie Pałacowej). Pracę stracił przez swoje wady, więc został prywatnym detektywem. Jak przystało na prywatnego detektywa, jest zatuczonym pijaczyną, pali jakieś świństwo, jest hazardzistą i klepie biedę. Do tego – co jest  typowe u alkoholików-grubasów – cechuje go wybitna umiejętność dedukcji, niezła sprawność fizyczna i wysoka umiejętność posługiwania się bronią białą. Logiczne, prawda? Wszak alkoholicy, szczególnie ci z nadwagą, to wybitni sportowcy i myśliciele :D

Ma naturalnie też seksowną pomocniczkę, Makri – byłą gladiatorkę, obecnie kelnerkę. Skomplikowaną rasowo (pół człowiek, ćwierć elf i ćwierć ork), z nietypowymi jak na fantasy zainteresowaniami – jest  studentką i feministką.

Thraxas to tak standardowa postać, że bardziej się chyba nie da, Makri nieco oryginalniejsza. Co się udało Scottowi – i detektyw, i jego pomocnica budzą sympatię czytelnika.

Świat i standardowy (jakieś państewka elfów i orków), i nieco oryginalny (prasa, system polityczny bliski naszemu gdzieś z przełomu XIX i XX wieku). A w każdym razie ta oryginalność dotyczy miejsca akcji, czyli miasta Turai. Mamy też lekką (albo i nie lekką) nutkę dekadencji, powszechna jest  narkomania.

Okładka wydania II
Akcja zaczyna się, kiedy pewna księżniczka zleca Thraxasowi odzyskanie kompromitujących listów, które ma jej były kochanek. A potem wszystko się komplikuje. Byłaby to może sympatyczna powieść, gdyby Scott miał trochę umiaru. Niestety, nie ma. Wetknął chyba wszystko, co mu do głowy wpadło. Gangi, asasyni, politycy, źli czarownicy, fanatyczni kapłani, orkowie, elfy, smoki, aligatory i djabli wiedzą co jeszcze. To wszystko na zaledwie 171 stronach. Akcja popierdala jak kolejka górska nie zostawiając sekundy na przemyślenia, refleksje.

Związki przyczynowo-skutkowe chyba nie do końca przekonujące (chyba, bo przy tej galopadzie myślenie mi siadło). Zakończenie – przecież nie jest tajemnicą, więc trudno mówić, że teraz spojleruję – w stylu amerykańskim: bum, bum, sru, jebut, ogień i dym.

Aaa, byłbym zapomniał – to ma być humorystyczne. No tak, może parę razy się uśmiechnąłem, ale żebym parsknął śmiechem, co to, to nie. Jakoś też ani razu nie zdarzyło mi się pomyśleć: Oooo, to jest inteligentny żart.

Nie rozumiem, jakim cudem znalazło się to w kanonie Sapka, bo ani dobre literacko, ani  nowatorskie, ani miało wpływ na rozwój gatunku (niezależnie czy owym gatunkiem będzie kryminał fantasy czy comic fantasy). Jest to pozycja podobna do cyklu Glena Cooka o detektywie Garretcie czy Mike Resnicka o detektywie Mallorym. Podobna, ale znacznie słabsza. I późniejsza (pierwsze wydanie – 1999 rok, a Garrett i Mallory – 1987). No można tego Thraxasa przeczytać, ale naprawdę nie trzeba. W Polsce ukazały się jeszcze trzy powieści z tego cyklu (po angielsku wyszło osiem) – ja w to brnąć nie będę.

Jeszcze o redakcyjnej obróbce. Zdarzają się literówki. Wyłowiłem też nieprawidłową odmianę – otóż jedna z partii politycznych w Turai, to Popularzy. I tłumacz/redaktor uznali, że prawidłowa będzie odmiana: Sukces Popularzy (s. 70). Słowo to jest znane nie od dziś w naszym języku, bo tak zwało się ugrupowanie polityczne w starożytnym Rzymie. I stąd odmiana jest ugruntowana; powinno być:  Sukces Popularów.

I pewne dziwo – niepoprawne i niekonsekwentne. Niezależnie czy owe elfy, smoki, orki, trolle uznamy za rasy, czy za gatunki, to nazwy i gatunków, i ras piszemy małą literą. A w książce nie dość, że jest wielką, to jeszcze niekonsekwentnie: człowiek, Elf, Ork, troll, smok, centaur. Gdzie sens i logika?

Jeśli odczuwacie nieodpartą chęć przeczytania kryminału fantasy, lepiej weźcie do ręki książki Glena Cooka, Mike Resnicka, albo Stevena Brusta (w tym przypadku nie detektyw, a przestępca jest głównym bohaterem).

OCENA: 5/10.

M. Scott, Thraxas, t. 1: Thraxas mag, tłum. C. Frąc, wydawnictwo AMBER, Warszawa 2000, stron:  176.

Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

38 komentarzy:

  1. Dobrze wspominam lekturę tego cyklu. Szkoda,że tradycyjnie jak to w Polsce bywa nie została wydana w Całości. Podobnie zresztą jak cykl o Garretcie czy Vladzie Taltosie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brak kolejnych tomów Thraxasa jest mi obojętny, brak Garretta mnie wkurza, a co do braku Taltosa - nie mam zdania, na razie przeczytałem tom 1 (kolejne leżą na kupce wstydu); jedynka jest OK, ale czy dalej jest OK, pojęcia nie mam.

      Usuń
  2. No niestety, w tym kanonie Sapka jest wiele innych naprawdę słabych utworów, ja też się na nim swego czasu nieźle przejechałam i odradzałabym czytanie go. Może chodziło o to, że Sapek czytał te utwory po angielsku i wydawały mu się lepsze, bo zagraniczne? Na szczęście od czasu powstania tej listy pojawiło się mnóstwo dobrych pisarzy, chociażby Sanderson i mamy co czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i Sapek czytał w oryginale. Kiedyś miał w Nowej Fantastyce rubrykę, w której omawiał zagraniczne rynki, więc musiał sporo czytać po angielsku. Zresztą już za komuny dobrze znal angielską fantastykę - pracował w handlu zagranicznym, czyli miał i okazję do kupienia, i znajomość języków.

      Ale akurat wrzucenia tej pozycji - nie ogarniam, bo to pozycja nie tylko słabsza, ale i późniejsza od Brusta (o 16 lat) oraz Cooka i Resnicka (o 12 lat).

      Usuń
  3. Nie czytałem, ale chyba nie będzie wielką pomyłką pojawienie się Thraxasa u Sapkowskiego w kanonie. Znajduje się też na liście laureatów World Fantasy Award za 2000 rok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami się zdarza rok gorszy, a nagrodę trzeba przyznać. Chociaż i w 1999 roku ukazały się znacznie lepsze i ważniejsze pozycje od Thraxasa, pomijam już pierwszy tom "Camonii" Moersa (bo to spoza świata anglosaskiego), ale przecież w tym samym roku wyszły "Ogrody księżyca" Eriksona - pierwszy tom cyklu Malazańska Księga Poległych.

      Usuń
    2. Czasami jest też tak, że szlachetne grono, przyznające taką czy inną nagrodę po prostu pobłądzi, bo to nie rok jest gorszy, tylko grono ma słabszy dzień.

      Usuń
    3. Czasami może też nie pobłądzić, tylko nagradzać po poprawności politycznej, czego przykładem są słabe, acz nagradzane książki pani Jemisin, która - moim zdaniem - nagrody dostała tylko za płeć i kolor skóry. Ale to akurat nie jest przypadek Scotta. Przyznam, że ten konkretny przypadek jest dla mnie niezrozumiały. Acz nie pierwszy przy tej nagrodzie. Przykładowo:

      Rok 1979 (nagrody za książki z 78): nagrodzony Michael Moorcock za powieść "Gloriana". Nie jest to zła powieść, jak na tego autora nawet dobra. Ale w tym samym roku wyszły m.in. Thomas Berger "Artur Rex", Robert Nye "Merlin", Tanith Lee "Demon ciemności", Stephen R. Donaldson "Wojna złoziemnego kamienia". Berger, Nye i Donaldson nawet nie byli nominowani (Lee była), za to nominowany był m.in. "Bastion" Kinga - postapo SF (wiem, że Anglosasi mają szerszą definicję fantasy, ale chyba nawet w ich definicji "Bastion" się nie mieści).

      W 1980 roku nagrodę dostała "Wieża czat" Elizabeth A. Lynn, wybitna słabizna (ale politpoprawna - z wątkiem homoseksualnym) zostawiając w pobitym polu m.in. Stephena R. Donaldsona "Moc, która osłania"! Dla mnie to jest chyba największy skandal w historii tej nagrody - pierwsze Kroniki Tomasza Niedowiarka nie dostały ani razu tej nagrody. Tom 1 przegrał z przeciętnością Fritza Leibera "Our Lady of Darkness", tom 2 nawet nie był nominowany, a tom 3 przegrał z "Wieżą czat".

      W 1994 r. nagrodę dostał zawsze przeciętny Tim Powers za "Ostatnią odzywkę" - w tym samym roku wyszła świetna "Córka żelaznego smoka" Michaela Swanwicka.

      Choć trzeba przyznać, że ostatnimi czasy takich kontrowersyjnych - niezrozumiałych nagród jest mniej. Niezrozumiałych, bo tam gdzie w grę wchodzi politpoprawnoćć, można się nie zgadzać, ale przyczyny są jasne. Być może po prostu w latach 70, 80 i 90 nagradzano za sztampowość, za "wierność" typowej fantasy, więc rzeczy nowatorskie były na z góry przegranej pozycji.

      Usuń
  4. Zawsze mnie rozbraja, gdy autorzy te wszystkie gladiatorki/wojowniczki wyobrażają sobie jako cycate fit modelki, a nie raczej pobliźnione strongwomen ze śladowym biustem, jak nakazuje logika :D (choć tu może to ma być jeden z przejawów humoru...)
    Chyba sobie daruję, z humorystycznej fantasy to tylko Pratchett.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeden z lepszych żartów Scotta - owa Makri w pracy ubrana jest w coś w stylu zbroi-bikini. To oczywiście szydera z ilustracji Franka Frazetty, Luisa Royo czy Chrisa Achilleosa.

      Usuń
    2. Bo te wszystkie cycate heroiny to takie odwieczne męskie fantazje seksualne. Wszak to już Achilles uronił łzę nad urodziwą Pentezyleą, którą chwilę przedtem zabił.

      Usuń
    3. Ale że co, że baba w zbroi? Achillesa można zrozumieć, wszak i Patroklos w zbroi łaził, widocznie taki był fetysz Achillesa :D

      Usuń
  5. Odnoszę wrażenie, że to co Sapek poleca to w ogóle niekoniecznie jest jakoś super-dobre. Nie mówię o tym jego kanonie (bo nim się nigdy bardziej nie interesowałam), ale zdarzyło mi się na promocjach kupić jakieś książki z wielkim "ANDRZEJ SAPKOWSKI POLECA" i no zachwycona nie byłam raczej. Albo po prostu mu zapłacili (co by mnie nie zdziwiło), albo nasze gusta się nie pokrywają.
    A żart w książkach jest w ogóle super-trudny do uzyskania chyba, tak by naprawdę działał. :| Parskać śmiechem to ja może parskałam z raz u Prachetta i z raz u Kisiel. I to raczej przez samą zabawę słowem, a nie jakiś żart sam w sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Andrzej Sapkowski Przedstawia" to była taka seria Maga. Owszem, były tam słabizny (Elizabeth Haydon, Jacqueline Carey), były średniaki (Martha Wells), ale były też książki bardzo dobre (McKillip, Gaiman, Hobb).

      Przy czytaniu fantasy parskałem głupawym śmiechem po raz ostatni chyba ze 30 lat temu, jak czytałem "Miecz dla króla" i "Pani powietrza i ciemności" T.H. White (zaraz wrzucę fragment) oraz "Katarem i magią" Craiga Gardnera - to pierwszy tom trylogii, oczywiście zarazem ostatni wydany w Polsce.

      Z pozostałych pozycji humorystycznej fantasy, cenię za inteligentne żarty Pratchetta, za ironię i klimat - Morressy'ego (zwłaszcza za Conhoona o Trzech Darach), za zabawne parodiowanie sztampowej fantasy - Chalkera, za "sympatyczność" - De Campa, za zabawę postaciami literackimi Zelaznego i Sheckley'a oraz Bergera.

      Usuń
    2. Fragment T.H. White "Pani powietrza i ciemności" (w kolejnych wydaniach jako "Wiedźma z lasu"). Objaśnienie - w pierwszym tomie ("Miecz dla króla") król Pellinore poluje na Bestię Dyżurną (no już z tej nazwy brechałem), tropi ją m.in analizując jej odchody. Potem się ustatkował, i niestety popadł w depresję. Ale od czegóż ma się przyjaciół: Sir Grummore i Sir Palomides postanawiają wyciągnąć króla z depresji. I to, moim zdaniem, najlepszy fragment humorystycznej fantasy:

      Usuń
    3. Sir Palomides doznał pewnego dnia nagłego olśnienia.
      – Królewską melancholię – zawyrokował – odegnać może tylko Bestia Dyżurna. Ona to bowiem jest obiektem, do którego wielmożnego pana przykuwa wieloletni nawyk. Uniżony sługa waszej czcigodności mówił to już ze sto razy.
      – Jeśli o mnie chodzi – skrzywił się sceptycznie Sir Grummore – to przypuszczam, że Bestia Dyżurna dawno zdechła. A poza tym przypominam szanownemu panu, że została we Flandrii.
      – Więc musimy się za nią przebrać – odparł mu nie zrażony Sir Palomides. – Odegramy rolę Bestii Dyżurnej i damy się Królowi potropić.
      – Niemożliwe, żebyśmy się przebrali za Bestię.
      Saracen dał się jednak ponieść własnej fantazji.
      – A to dlaczego? – spytał. – Czemu nie, na święte imię Jingo! Trefnisie przecież stroją się w zwierzęce skóry, czy to jelenia, czy innej, za przeproszeniem, kozy, i tak przebrani skaczą, kręcąc ucieszne piruety, przy dźwiękach tamburynu i bębenka.
      – Zgoda, Palomidesie, tylko że my nie jesteśmy trefnisiami.
      – Więc musimy się nimi stać!
      – Co? Trefnisiami?
      Trefniś, czy też komediant, był podrzędną odmianą minstrela. Dlatego pomysł Sir Palomidesa bynajmniej nie przypadł rycerzowi do gustu.
      – Skąd wzięlibyśmy kostium Bestii Dyżurnej? – spytał bez entuzjazmu. – To potwornie skomplikowane zwierzę.
      – Opisz mi pan to zwierzę.
      – Trudna sprawa. Ma łeb żmii, korpus lamparta, lwi zad i charcie łapy. A w dodatku powiedz mi pan, jak podrobimy ten jazgot, który się wydobywa z jej brzucha, niczym trzydzieści par psów gończych w pościgu za zwierzyną.
      – Brzuch zostaw pan uprzejmie swojemu uniżonemu – skłonił się Sir Palomides. – A oto i odgłos.
      Sir Palomides zademonstrował koledze próbkę jodłowania.
      – Cicho! – oburzył się Sir Grummore. – Cały zamek postawisz pan na nogi.
      – A więc postanowione?
      – Coś pan? Jakie postanowione? Jak żyję nie słyszałem takiej bzdury. Nie mówiąc o tym, że ona ma całkiem inny głos. O taki.
      I Sir Grummore zagdakał fałszywym altem, jak wielotysięczne stado dzikich gęsi na bagnach.
      – Ćśśś! – uciszył go Sir Palomides.
      – Żadne ćśśś. Odgłos, który pan dałeś, przypomina świnię.
      Tu dwaj znawcy przyrody jęli na wyścigi pohukiwać, chrząkać, skrzeczeć, piszczeć, krakać, muczeć, gruchać, fukać, kwakać, warczeć i miauczeć – aż obaj niebezpiecznie poczerwienieli na licach.
      – Głowę – przerwał nagle popisy wokalne Sir Grummore – trzeba będzie wyciąć z tektury.
      – Albo z płótna – rzekł Sir Palomides. – Miejscowa ludność rybacka będzie zapewne w posiadaniu płótna.
      – Skórzane buty mogą od biedy robić za kopyta.
      – Na korpusie wymaluje się cętki.
      – Musi się zapinać pośrodku...
      – ...tam, gdzie się złączymy.
      – Zgadzam się – oznajmił łaskawie Sir Palomides – żebyś pan był tylną częścią ciała i wydawał odgłos. Odgłos musi wszak dobywać się z głębi trzewi.
      Sir Grummore z wielkiej radości oblał się rumieńcem, lecz normańskim zwyczajem odpowiedział szorstko:
      – Dziękuję, Palomidesie. Trzeba przyznać, że zachowałeś się całkiem przyzwoicie.
      – Nie ma o czym mówić.
      Przez następny tydzień Król Pellinore prawie nie widywał swoich towarzyszy.
      – Idź pisać wiersze, Pellinore – radzili mu, ilekroć go spotkali. – Albo siądź sobie na nadmorskiej skale i powzdychąj. No, idź już, idź, słuchaj kolegów, jak ci dobrze radzą.
      Pellinore snuł się więc po okolicy, od czasu do czasu wykrzykując: „Flandria Glandria!”, albo „córa – hura”, ilekroć przyszedł mu do głowy niezły rym. Ciemnowłosa Królowa trzymała się ostatnio z dala od rycerzy.
      Tymczasem w stale zamkniętym na klucz pokoju Sir Palomidesa odbywało się gorączkowe szycie, krojenie, malowanie i kłótnie, jakich nikt tam dotąd nie słyszał.
      – Szanowny kolego. Powtarzam, że lampart ma czarne cętki.
      – Furda – zbagatelizował uwagę Sir Palomides.
      – Co za furda? Żadnej furdy tu nie widzę.
      I co chwila mierzyli się rozognionymi twórczą weną spojrzeniami.
      – Przymierz głowę.
      – Uważaj! No tak, rozerwałeś. Mówiłem, że podrzesz.
      – Konstrukcja od początku była licha.
      – Trzeba ją zrobić na nowo.
      Po dokonaniu rekonstrukcji, Poganin odstąpił o krok, podziwiając swoje dzieło.
      – Uważaj na cętki, Palomidesie! No, oczywiście, rozmazałeś!
      – Tysiąckrotnie przepraszam!

      Usuń
    4. – Trzeba uważać, gdzie się lezie.
      – Tak? A kto wdepnął pod żebro i zrobił dziurę na wylot?
      Następnego dnia mieli kłopoty z zadnią częścią ciała.
      – Te biodra są o wiele za ciasne.
      – To się nie schylaj.
      – Jak mam się nie schylać, skoro jestem zadkiem?
      – Nie pękną.
      – Pękną.
      – Powiadam ci, że nie pękną.
      – O, już pękły.
      – Uważaj na mój ogon – strofował kolegę Sir Grummore dnia trzeciego. – Depczesz mi po ogonie.
      – Nie ciągnij tak, Grummore. Skręcisz mi kark.
      – Nie widzisz?
      – Nic nie widzę. Skręciłeś mi kark.
      – No i już po ogonie.
      Chwilę trwała cisza, gdyż twórcy wyplątywali się z własnego dzieła.
      – Jeszcze raz. Tylko ostrożnie. Musimy iść w nogę.
      – Ty dyktuj tempo.
      – Lewa! Prawa! Lewa! Prawa!
      – Biodra mi się osuwają!
      – Jeżeli teraz puścisz w pasie swego uniżonego, rozerwiemy się na pół.
      – Ale inaczej zgubię biodra.
      – Guziki poszły.
      – A niech idą do diaska.
      – Twój uniżony ostrzegał cię, że pójdą.
      Czwartego dnia poprzyszywali na nowo guziki i zaczęli od początku.
      – Czy mogę poćwiczyć odgłos?
      – Najwyższy czas.
      – No i co powiesz o moim ujadaniu z głębi trzewi?
      – Imponujące, drogi Grummorze. Imponujące. Dziwne może się zdawać jedynie to, że odgłos dobywa się z... drugiego końca, jeśli nadążasz za mym rozumowaniem.
      – Wydawało mi się, że odgłos jest stłumiony.
      – W pewnym sensie tak.
      – Więc dla słuchacza z zewnątrz będzie w sam raz.
      Piątego dnia prace były już poważnie zaawansowane.
      – Trzeba poćwiczyć galop. Nie możemy przecież ciągle spacerować, zwłaszcza kiedy on będzie nas ścigał.
      – Proszę uprzejmie.
      – Jak powiem „start”, ruszaj do biegu. Gotowi... start!
      – Uważaj, Grummore, trącasz mnie tyłkiem!
      – Tyłkiem?
      – Uwaga, łóżko!
      – Co mówisz?
      – O rety!
      – Niech ogień strawi to głupie łóżko. Au, moje łydki!
      – Znów oberwałeś guziki.
      – Pies trącał guziki. Rozwaliłem palec.
      – A twojemu uniżonemu odleciała głowa.
      – Widzę, że musimy poprzestać na spacerowaniu.
      – Galopowanie poszłoby nam łatwiej – rzekł Sir Grummore szóstego dnia – gdybyśmy mieli podkład muzyczny. Coś dziarskiego.
      – Ale nie mamy.
      – A nie mógłbyś, Palomidesie, podśpiewywać z cicha, kiedy ja ujadam?
      – Twój uniżony z radością spróbuje.
      – No to siup. Zaczynamy.
      – Hopsasa, hopsasa, hopsasa!
      – Stój, do licha!
      – Trzeba będzie wszystko zrobić od nowa – orzekł w sobotę Sir Palomides. – Tylko kopyta są jeszcze w jakim takim stanie.
      – Mam nadzieję, że w lesie upadek mniej boli niż tutaj, biorąc pod uwagę mech, i tak dalej.
      – I może płótno nie będzie się tak darło.
      – Uszyjemy z podwójnego.
      – Dobra myśl.
      – Cieszę się, że kopyta nadają się do użytku.
      – Na Jowisza, mój Palomidesie, toż to istny potwór!
      – Tym razem pięknie nam wyszło.
      – Szkoda, że nie da się zrobić, żeby ział ogniem z paszczy, czy coś w tym rodzaju.
      – Istnieje niebezpieczeństwo zaprószenia ognia wewnątrz.
      – Spróbujemy jeszcze raz pogalopować, Palomidesie?
      – Ależ oczywiście.
      – No to pchnij łoże w kąt pokoju.
      – Uwaga na guziki.
      – Jak zobaczysz, że na coś wpadamy, to się po prostu zatrzymaj, dobrze?
      – Dobrze.
      – Miej oko na wszystko, mój Palomidesku.
      – Tak jest, Grummorciu.
      – Gotów?
      – Gotów.
      – Ruszamy.
      – To był wspaniały zryw, Palomidesku – zachwycił się Rycerz z Puszczy Dzikiej.
      – Galop najwyższej klasy.
      – Czyś zauważył, że bez przerwy ujadałem?
      – Nie dało się nie zauważyć, Sir Grummorze.
      – Już nie pamiętam, kiedy się tak świetnie bawiłem. Sapali triumfalnie, odziani w skórę potwora.
      – Widziałeś, Palomidesie, jak merdam ogonem?
      – Uroczo, Grummorze. A popatrz jak ja mrugam jednym okiem.
      – Za chwilę, Palomidesie. Najpierw popatrz na ogon. Musisz zobaczyć jak merdam ogonem.
      – Skoro ja mam patrzeć na twoje merdanie, to ty musisz popatrzeć na moje mruganie. Tak będzie sprawiedliwie.
      – Przecież ja stąd, ze środka, nic nie widzę.
      – Więc przyjmij do wiadomości, Sir Grummorze, że twój uniżony też nie wykręci się tak, żeby móc podziwiać okolice dziurki w zadku.
      – No to trudno. Zróbmy jeszcze jedną próbę. Ja będę przez cały czas kręcił młynka ogonem i ujadał jak wściekły. Damy przerażające widowisko.
      – A twój uniżony będzie bez przerwy mrugał, to jednym okiem, to drugim.

      Usuń
    5. – Jak sądzisz, Palomidesie, czy galopując moglibyśmy sobie od czasu do czasu bryknąć? Czyli wykonać gwałtowny wyskok?
      – Naturalniej będzie, jeżeli wyskok wykona tylko zadnia część ciała, solo.
      – Więc twoim zdaniem mogę brykać sam?
      – Moim zdaniem tak.
      – To więcej niż przyzwoicie z twojej strony, mój Palomidesie, że pozwalasz mi brykać.
      – Twój uniżony ufa, że brykanie przebiegać będzie z zachowaniem minimum ostrożności, a to celem uniknięcia naruszenia frontowych partii ciała przez zadnie.
      – Trafiłeś w sedno, mój Palomidesie.
      – Wszystko gotowe, Sir Grummore.
      – Hej-ho, Sir Palomidesie!
      – Hopsasa, hopsasa, pojedziemy dać się ścigać do łasa!

      / Grummore podrzuca królowi „informację” o znalezieniu śladów Bestii Dyżurnej i namawia na samotne polowanie, ciąg dalszy perypetii przebranej Bestii Dyżurnej/

      – Nie uważasz – spytał Sir Grummore nieco później, kiedy po ciemku nakładali kostium – że sprytnie umotywowałem konieczność pozostawienia go samego? – Chodzi o ten pomysł z nagonką.
      – Genialnie – odparł Sir Palomides. – Prosto mam głowę?
      – Daruj, kolego, ale nic nie widzę. Głos Saracena stracił na pewności.
      – Ta ciemność – rzekł – jest prawie namacalna.
      – Nie szkodzi – zbagatelizował sprawę Sir Grummore. – Tym lepiej zamaskuje drobne wady kostiumu. Może księżyc się pokaże?
      – Dzięki Bogu, że jego miecz bywa z reguły tępy.
      – Daj spokój, Palomidesie, masz pietra? Co do mnie, to nie wiem czemu, ale czuję się wyśmienicie. Może przez te sprężyste podeszwy. Zobaczysz, jak będę dzisiaj brykał i ujadał.
      – Przypinasz się do mnie, Sir Grummorze. Nie te guziki.
      – Najmocniej cię przepraszam, Palomidesie.
      – Czy nie wystarczyłoby, żebyś merdał ogonem, zamiast brykać? Brykanie naraża przednią część ciała na pewne niewygody.
      – Merdać też mogę, ale z brykania nie zrezygnuję – oznajmił stanowczo Sir Grummore.
      – Jak sobie życzysz.
      – Czy mógłbyś na momencik wziąć kopyto z mojego ogona, Palomidesie?
      – Może póki idziemy poniósłbyś ogon na ramieniu?
      – To sprzeczne z naturą.
      – No tak, rzeczywiście.
      – Na domiar złego – zauważył z goryczą Sir Palomides – zanosi się na deszcz. Zauważyłeś, że tu prawie bez przerwy pada?
      Sir Palomides wytknął czekoladową dłoń przez gardziel Bestii i poczuł na skórze krople deszczu. W tej samej chwili deszcz zabębnił po płótnie kostiumu jak grad.
      – Szanowna przednia połowo ciała – zwrócił się do niego Sir Grummore, który był w świetnym nastroju, bo wypił sporo whisky. – Chcę ci, po pierwsze, przypomnieć, że to ty wymyśliłeś tę całą imprezę. Głowa do góry, pesymisto. Pomyśl, o ile gorzej czuje się Pellinore oczekujący nas w zasadzce. Nie ma nawet, biedaczek, cętkowanego płótna, pod którym mógłby się ukryć.
      – Może przestanie padać.
      – Jasne, że przestanie. Trzeba być dobrej myśli, poganinie. No to jak, gotowy?
      – Gotowy.
      – Podaj tempo.
      – Lewa! Prawa!
      – Nie zapomnij hopsasać.
      – Lewa! Prawa! Hopsasa! Hopsasa! Co mówisz?
      – Nic, ja tylko ujadam.
      – Hopsasa! Hopsasa!
      – A teraz brykamy!
      – Litości, Sir Grummorze!
      – Pardon, Palomidesie.
      – Twój uniżony po tym zderzeniu chyba prędko nie usiądzie.


      ***
      Było ciemno i obrzydliwie. Ze skały kapało coś lepkiego.
      – Za przeproszeniem, Sir Grummorze, czy to ty sapiesz mi prosto w nos?
      – Jakim cudem, kochany? Idziemy, idziemy. Ja tylko ujadam najlepiej jak potrafię.
      – Nie chodzi mi o ujadanie, Sir Grummorze, lecz o sapanie, z gatunku chrapliwych.
      – Nie mam pojęcia, co to może być, jedyny odgłos, jaki ja tu słyszę, to skrzypienie, coś jak gdyby stary miech.
      – Twój uniżony odnosi wrażenie, że deszcz ustaje. Może i my staniemy?
      – No cóż, Palomidesie, skoro musisz stanąć, to stajemy. Ale tylko na chwileczkę, bo znów dostanę kolki. Właściwie to dlaczego chcesz się zatrzymać?
      – Wolałbym, żeby nie było tak ciemno.
      – Czyżbyś chciał się zatrzymać z powodu ciemności?
      – Nie, nie. Właściwie to nawet dobrze.
      – Wobec tego maszerujmy dalej. Lewa! Prawa! To rozumiem!
      – Wiesz co, Grummorze? – odezwał się po jakimś czasie Sir Palomides. – Znowu słyszę.

      Usuń
    6. – Co słyszysz?
      – To sapanie, Sir Grumorze.
      – Pewien jesteś, że to nie ja?
      – Absolutnie. Sapanie owo określiłbym jako natarczywe bądź lubieżne. Słowo poganina, szczerze bym wolał, żeby nie było tak ciemno.
      – Trudno, nie zawsze jest tak, jak człowiek chce. Idziemy, idziemy, mój Palomidesie. Nie trać ducha. Przed siebie.
      Po chwili Sir Grummore odezwał się grobowym głosem:
      – Daj spokój, stary, czy musisz mnie stale trącać w zadek?
      – Ależ ja cię w ogóle nie trącam, Sir Grummorze.
      – Więc kto trąca?
      – Twojego uniżonego nikt nie trąca.
      – A mnie trąca. Od tyłu. I to bez przerwy.
      – Czy to czasami nie twój ogon?
      – Nie, ogon zawinąłem wokół szyi.
      – Tak czy siak, byłoby mi dość trudno trącać cię od tyłu, bo przednie łapy są z przodu.
      – No proszę! Znowu!
      – Co takiego?
      – Trąca! To napaść! Palomidesie, napadają na nas!
      – Wykluczone, Sir Grummorze. Coś ci się przywidziało.
      – Palomidesie, musimy się obrócić.
      – W jakim celu, Sir Grummorze?
      – Żeby sprawdzić, co mnie trąca w zadek.
      – Twój uniżony i tak niczego nie zobaczy, Sir Grummorze. Jest za ciemno.
      – Wysuń łapę przez pysk i powiedz, co wymacałeś.
      – Jakiś przedmiot. Okrągły.
      – To ja, Sir Palomidesie. Tyle że od tyłu.
      – Najserdeczniej przepraszam, Sir Grummorze.
      – Nie ma za co, kochany, nie ma za co. Co tam jeszcze czujesz?
      Głos poczciwego Saracena począł zamierać ze zgrozy.
      – Coś zimnego – wyjąkał. – I... oślizłego.
      – Czy to się rusza, Palomidesie?
      – Owszem, rusza się. I... sapie!
      – Sapie?
      – Sapie!
      W tym momencie wyłonił się księżyc.
      – Święte potęgi! – wrzasnął Sir Palomides cienkim głosem, kiedy wyjrzał na zewnątrz przez pysk – w nogi, Grummorze, w nogi! Lewa, prawa! Marszobiegiem! Szybciej, szybciej! Tempo, tempo! Równaj krok! O, moje pięty! O, mój Boże! O, mój kapelusz!

      ***
      W połowie szczeliny rozdzielającej stromą skałę sztuczna Bestia, pozbawiona większości guzików, kłóciła się z własnym brzuchem.
      – Szanowny rycerzu, jakże twój uniżony miał przewidzieć podobny kataklizm natury?
      – Tyś to wszystko wymyślił – wściekał się brzuch. – Kazałeś mi się przebrać. Wszystko twoja wina.
      U stóp tej samej skały, Bestia Dyżurna tkwiła w pozie sentymentalnej w romantycznym blasku księżyca, oczekując zejścia ukochanego. Za jej grzbietem rozciągało się srebrne tło morza, w rozmaitych zaś punktach krajobrazu kilkudziesięciu garbatych, koślawych Pradawnych czujnie śledziło sytuację z kryjówek w skałach, wydmach, kopcach ziemnych, kamiennych budkach itp. Zachowanie Anglików wciąż pozostawało dla nich nierozszyfrowaną zagadką.

      Usuń
    7. Na pewno z tego miałam Haydon i Hobb, paradoksalnie wtedy woląc Haydon. Aczkolwiek nie czytałam serii po kolei i nie do końca czaiłam, o co chodzi. Hobb miałam nawet kilka tomów, nawet próbowałam kupować je "po kolei", ale nie wzięłam pod uwagę, że jeden tom został podzielony na kilka. :/ Więc łatwiej było mi chyba zrozumieć prostą Haydon. I przez to w moich obecnych odczuciach Hobb się "boję", a od Haydon potem czytałam jeszcze "Pływającą Wyspę" i jak na książkę dla dzieci/młodzieży wspominam ją tak neutralnie+.

      A ten fragment to mi się kojarzy trochę z moimi tworami ze szkoły podstawowej, które tworzyłam razem z koleżanką i pisałyśmy naprzemiennie dialogi, walcząc o coraz to głupsze koncepty. xD

      Usuń
    8. Takie dobre dialogi Ci wychodziły? Bo ja nieodmiennie brecham śmiechem jak czytam np.:

      – Nie zapomnij hopsasać.
      – Lewa! Prawa! Hopsasa! Hopsasa! Co mówisz?
      – Nic, ja tylko ujadam.
      – Hopsasa! Hopsasa!
      – A teraz brykamy!

      Dla mnie to genialne w swej prostocie. Niestety, w częściach wydanych później (bo tomy wychodziły: 1938, 1939, 1940, 1958, 1977) White poszedł w trochę poważniejszą nutę.

      Usuń
    9. Cóż... wtedy to nam się wydawały nawet lepsze. XD A obecnie trochę boje się je otwierać, choćby dlatego, że wtedy kompletnie nie umiałam w ortografię. "Chcę" chyba do 12/13 roku życia zapisywałam jako "Kcem". A pisałam wtedy dużo (blogi grupowe, pisanie dla siebie, pisanie z koleżanką, PBF itd. itp.) i długo nie umiałam się wyrobić.
      Musiałabym to chyba przeczytać w całości w sumie, bo bez wcześniejszego budowania narracji to dla mnie trochę taki... dialog po prostu. Przy którym rozumiem żart, ale dalej mam grobową minę. I w ogóle to olbrzymi rozrzut czasowy. White z 1977 a ten z 1938 to przecież prawdopodobnie kompletnie inny człowiek, nic dziwnego, że zmienił ton.

      Usuń
    10. Tylko dialog powiadasz... A dla mnie to bardzo dobrze napisany dialog, bo zwróć uwagę - niemal bez wtrętów narratora White wszystko nam ukazuje samym dialogiem, i to bardzo plastycznie. Wychodzi to naturalnie, bo Sir Grummor - robiący za zad Bestii Dyżurnej - praktycznie nic nie widzi, więc musi opierać się na słowach Sir Palomidesa.

      Wbrew pozorom, ukazać coś za pomocą samego dialogu tak, żeby wyszło naturalnie i w pełni zrozumiale, nie jest takie proste - o czym niejeden scenarzysta komiksowy się przekonał (a w komisie jest przecież jeszcze obraz).

      Usuń
  6. No już trudno, stało się - zamówiłem to coś, zanim przeczytałem tę recenzję. Książka jest przynajmniej krótka :P. Dziwne faktycznie, że w kanonie wylądowało, jak dotąd, polecanki pana Andrzeja nie zawodziły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawodziły. Ale to może omówię zbiorowo, bo łazi mi po głowie taka notka od dłuższego czasu, tylko się zabrać nie mogę :D To miało być podsumowanie do mojego kanonu fantasy.

      Usuń
  7. O jej, jak ciebie się fajnie czyta! Książka totalnie nie z mojego kanonu, a z Sapkowskim to ja już w ogóle nie mogę się polubić, więc i na jego rekomendację patrzeć nie mam zamiaru :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, jak miło - i takich odwiedzających nam potrzeba - zapraszam częściej :D

      Usuń
  8. Mam teorię, że Sapkowski wsadził do tego kanonu po prostu wszystkie książki fantasy, jakie znał :) Chyba że dawniej wydawano jeszcze więcej słabych książek niż obecnie, hm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od Kanonu Pana Andrzeja to się proszę odczepić, jak dotąd mnie nie zawiódł. A, że w tym wypadku Sapkowski przeszarżował... No cóż, zdarza się. Co do drugiej części, to też śmiem wątpić :P

      Usuń
    2. Sapkowski to inne pokolenie, to pokolenie literatury lat 60, 70 i 80. Więc to co dla niego nowatorskie - dla nas może być schematyczne. Przykładowo, cykl Elizabeth A. Lynn "Kroniki Tornoru" pochodzi z lat 1979-1980. Wtedy wątek homoseksualny w fantasy mógł być nowatorski i szokujący. Dziś na nikim wrażenia nie robi.

      Tym niemniej umieszczenia Thraxasa nie ogarniam, bo to Sapek dodał w drugiej wersji kanonu. A nie umieścił w nim o niebo lepszych i wcześniejszych cykli Glena Cooka o Garretcie i Stevena Brusta o Vladzie Taltosie.

      Usuń
    3. Przecież Thrax pojawił się już w pierwszej wersji Sapkowego kanonu. O kurka! Teraz dopiero przypomniało mi się, że w najnowszej wersji (tej z setką pozycji) Thraxas wyleciał (a prócz niego także Xanth, Rapsodia i Snow Queen). Oczywiście nie znaczy to, że cykl nie jest wart uwagi. W "Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini" Sapkowski wymienia z niego 4 książki. Sądzę, że aby mieć pewność, że naprawdę przeszarżował trzeba będzie przeczytać je wszystkie.

      Usuń
    4. Korzystałem z wersji kanonu zamieszczonej gdzieś w necie i tam Thraxas był w grupie tytułów dodanych w II wydaniu. Ale teraz sprawdziłem "na papierze" - masz rację, jest w pierwszej wersji kanonu pod nr 85.

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjazd stąd z reklamowaniem wróżek - to się kurna doczekałem, czary mary mi tu reklamuje :D

      Usuń
    2. I tak jakoś rzadko widzę tutaj podobne komentarze, na niektórych blogach widziałem, że z 10 podobnych czasem bywało pod postem

      Usuń
    3. Już mi tu najróżniejsze rzeczy reklamowali, ale żeby wróża, to co to, to nie :D Zdawało mi się - jak widać błędnie - że z daleka blog zalatuje wrogością wobec takich antynaukowych bzdetów.

      Usuń
  10. Fajnie to wszystko zostało tu opisane.

    OdpowiedzUsuń