środa, 29 czerwca 2016

L. Sprague de Camp, Szalony demon

De Camp znany jest głównie z produkcji Conanów w duecie z Linem Carterem. O ile na samodzielne dokonania tego drugiego lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia*, o tyle książki de Campa wciąż warte są uwagi.

Ostatnio wyciągnąłem jeden z kartonów, w których zalegają książki dawno nie czytane. Patrzę na okładkę Szalonego demona i z niczym nie kojarzę. Zacząłem czytać i połknąłem od razu w całości.

Jest to lekka lektura, pełna niewymuszonego humoru, bijąca na głowę większość współczesnych dokonań podgatunku zwanego comic fantasy (takiego Toma Holta nie udało mi się przebrnąć). No tak, jeszcze nie napisałem: Szalony demon to właściwie już staroć, po raz pierwszy wydany w 1973 roku.

Objętość książki w sam raz – 206 stron tekstu sprawia, że czytelnik nie odczuwa znużenia poczuciem humoru autora.

Główny bohater, Zdim syn Akhy, jest demonem – mieszkańcem Dwunastego Planu. Gospodarczym problemem tegoż Planu jest brak żelaza. Demony surowiec pozyskują od Pierwszoplanowców, czyli ludzi. Odbywa się to tak, że człowiek (zazwyczaj czarodziej) dostarcza na Dwunasty Plan żelazo, a w zamian dostaje demona, który służy mu przez ustalony czas. No i właśnie padło na Zdima. Skierowanie do pracy w delegacji niespecjalnie przypadło mu do gustu, bo jego żona właśnie złożyła jaja. Do tego Zdim uważa, że ze swoim wykształceniem – filozofia i logistyka – nie nadaje się do życia na Pierwszym Planie. Ale demonie władze są nieugięte, więc Zdim musi stawić się na seans wywoływania duchów.

Życie na Pierwszym Planie to nie bułka z masłem dla demona. Literalne odczytywanie poleceń nowego szefa prowadzi do wielu śmiesznych (czasem też tragicznych – jedno nie wyklucza drugiego) nieporozumień. Do tego mamy zabawne spostrzeżenia demona o ludzkiej mentalności, kulturze itp.

Wśród ludzi powszechną praktyką jest czynienie mnóstwa uwag bez najmniejszego sensu. Nazywają je „żartami”, a po nich odsłaniają zęby i wydają dźwięki „Cha! Cha! Cha!”. Myślę, że sprawia im to przyjemność.

Zwłoki mężczyzny zjadłem, ciesząc się, że swój posiłek mogę ugotować. Niektórych Pierwszoplanowców całe zajście przeraziłoby i okrzyknęliby mnie śmiertelnym wrogiem rodzaju ludzkiego, lecz nie mogę traktować poważnie ich nielogicznych i niekonsekwentnych tabu.

Nie jest to może arcydzieło, ale można spędzić miło godzinkę czy dwie.

PRZYPISY
* W młodości nawet spodobało mi się heroic fantasy Cartera Czarnoksiężnik z Lemurii (popłuczyny po Conanie) przypuszczam jednak, że dziś miałbym problem z doczytaniem do końca. Z dwóch pozostałych jego książek wydanych w Polsce Czarnoksiężnik z Zao – przeciętny (może nawet to ocena na wyrost), Giganci zmierzchu świata – nędza.

OCENA: 7/10

L. Sprague de Camp, Szalony demon, tłum. S. Kasicki, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1996, stron: 214.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz