Mimo pewnych zastrzeżeń, czytało się dobrze i finalnie nie uważam, żebym zmarnowałem czas. Jeśli Kanicka napisze jeszcze coś z akcją w tym świecie, to pewnie też przeczytam.
Kolejny kryminał fantasy (coś mam ostatnio zajawkę na kryminały, chyba po raz pierwszy w życiu – sam nie wiem co to oznacza :D). I slavic fantasy. Może też urban fantasy, choć miasto/miasteczko nie odgrywa jakiejś wielkiej roli, tyle że po prostu jest, bo gdzieś ta akcja toczyć się musi – nawet nie zanotowałem w pamięci czy ma to wielkość Warszawy czy bliżej Słupcy (niecałe czternaście i pół tysiąca mieszkańców); jedyne elementy jednoznacznie wykluczające wieś, to chyba komenda policji i osiedlowe sebiksy*.
Normą w takich dziełach jest świat wzorowany na naszym, mniej więcej w czasach współczesnych, w którym jakimś dziwnym trafem pojawiły się istoty znane z mitów, legend, baśni. W Bezkoście są to demony z polskich baśni, acz niekoniecznie tych powszechnie znanych (np. fajermon z ludowych podań z terenu Śląska Cieszyńskiego). Owe demony są dwojakiego rodzaju: pierwsze spokojne, nie wadzą nikomu, juchy nie chłepczą (np. domowiki), drugie to różnego rodzaju krwiopijcy.
Demony zintegrowały się ze społeczeństwem, krwiopijcy dostają bony żywnościowe z określoną ilością krwi – ot taką, żeby nie kusiło do zjadania spokojnych obywateli. Żeby zrobić imprezę, zawsze można trochę dokupić na czarnym rynku. Integracja poszła tak daleko, że np. konkubiną alkoholika Józka, sąsiada głównego bohatera, jest strzyga.
Jakoś tam obecność tych istot jest wyjaśniona, ale bez szerszego rozwinięcia, więc masa pytań się pojawia. W ogóle świat Kanickiej jest słabo zarysowany, ale to typowa przypadłość kryminałów fantasy – atrakcją ma być praca detektywistyczna, a otoczenia widzimy tyle, ile trzeba. Przyznam, że spodobał mi się ten kawałeczek uniwersum, który mogłem poznać. Trochę przypominał mi świat Switłany Taratoriny z powieści Lazarus (Lazarus wyszedł po polsku w 2023, więc Kanicka mogła tę powieść przeczytać).
Fabuła zaczyna się typowo i nietypowo. Typowo, bo mamy morderstwo, a nietypowo – to już sobie doczytacie. Sprawę ma wyjaśnić policjant Sylwester Sonecki. I to nie jest chandlerowski Marlowe. Bohater w stylu Marlowe jest samotnikiem, pijakiem, babiarzem, wiecznie wpadającym w kłopoty finansowe, ale sympatycznym. Sonecki jest samotnikiem (w pewnym sensie), ale nie jest pijakiem, raczej nie jest babiarzem, raczej nie popada w kłopoty finansowe, a sympatycznym chyba nikt go nie nazwie – wręcz przeciwnie, to wredny kutafon jest (gdzieś tam dobro w nim kołacze, ale bardzo głęboko ukryte). Kolejny plus dla pani Kanickiej – za oryginalność.
Jak to z wrednymi kutafonami bywa, z Sylwestrem nikt nie chce współpracować, jest problem ze znalezieniem mu partnera. To sam sobie znajduje – demona, tytułowego bezkosta (jak na jednej ze stron opisują tę istotę: Bezkost – słowiański demon żywiący się krwią. Nie posiadał kości i konkretnego kształtu, co czyniło go zdolnym do przedostania się przez najmniejsze szczeliny. Przez to był niezwykle niebezpieczny, ponieważ atakował zakradając się, niezauważenie do chat. Sposób jego żerowania klasyfikuje do istot wampirycznych, a pożywiony ponoć mógł przybierać dowolną postać).
Soneckiemu pomagają także kumpel z dzieciństwa, obecnie miejscowy gangster, i demonica – nocna zmora.
Samo dochodzenie ma jeden feler – po przeczytaniu mniej więcej trzydziestu pięciu procent książki wiedziałem kto jest mordercą. Po połowie wiedziałem „wszystko” (czyli także motywy stały się jasne jak słońce) i w tym momencie już nie mogłem oczekiwać zaskakującego finału, więc zagadką było tylko to, jak autorka to rozegra.
I rozegrała przyzwoicie, a na koniec spłatała mi psikusa – plus za finał (właściwie epilog), na który większość czytelników psioczy, ale jest zaskakujący, nieoczywisty, czyli ciekawy (nawet jeśli nieco efekciarski). Przed wrzuceniem na bloga, czytam to jeszcze raz i taka refleksja przyszła mi do głowy: może ja książkowo jestem rozpuszczony jak dziadowski bicz, więc bardziej docenię gram oryginalności niż kilogram dobrze poprowadzonego standardu? Muszę to przemyśleć (a piszę, żebyście mieli tego świadomość jeśli zamierzacie sugerować się moją opinią).
Więc w ogólnym zarysie jest to dobre. Jednak niektóre elementy sprawiały na mnie wrażenie nieco infantylnych, jakby wzorowanych na komiksach superbohaterskich made in USA. Dotyczy to, niestety, pierwszego z bohaterów drugoplanowych, czyli bezkosta – owa istota zachowuje się jak dziewięciolatek (miałem napisać „dwunastolatek”, ale ten jednak nie byłby aż tak naiwny). Niektóre rozwiązania fabularne, nie tylko wspomniany epilog, są efekciarskie, przeszarżowane (np. gdyby zupełnie wyleciał – właśnie efekciarski i przeszarżowany – wątek Grzędy, to nic by się nie stało, ten bohater jest niepotrzebny, a jeśli autorka koniecznie chciała go wstawić, to można to było poprowadzić lepiej).
Mimo uwag, jak na prawie debiut (wcześniej Kanicka opublikowała tylko powieść Bagno szaleńców w serii fabryczna Zona), jest nieźle. Świat i główny bohater podobali mi się bardziej, niż w standardowych anglosaskich kryminałach urban fantasy (Akta Harry'ego Dresdena Jima Butchera czy Felix Castor Mike Careya).
Przypomnę jeszcze, co wielokrotnie pisałem: nie przepadam za slavic fantasy. Raz, że jest modne, więc grafomani ciągną jak muchy do... Sami wiecie do czego muchy ciągną. Dwa, że zazwyczaj jest to strasznie przaśne (jak pisał Sapkowski w Pirogu: Nagle zrobiło się w naszej fantasy słowiańsko, przaśnie i kraśnie, jurnie, żurnie, podpiwkowo i lnianie. Swojsko. Zapachniało grodziszczem, wsią-ulicówką i puszczańskim wyrębem, powiało, jak mawiają przyjaciele-Moskale – lietom, cwietom i – izwinitie – gawnom). I tej przaśności udało się Kanickiej uniknąć.
Językowo jest przyzwoicie plus trochę ironiczno-cynicznego poczucia humoru
Ocena byłaby o punkcik wyższa, gdyby nie wspomniany wątek Grzędy, który choć jest nader krótki, to jednak bardzo psuje kreację głównego bohatera – sprawia, że jest niespójny (podobnie zresztą jak i sam Grzęda, który przeszedł szkolenie policyjne, żyje na świecie, na jakim żyje, więc jego zachowanie jest niewiarygodne).
OCENA: 6/10.
J. Kanicka, Bezkost, wydawnictwo SQN, Kraków 2025, stron: 442.
________
PRZYPIS
* Kanicka nazwała ową miejscowość Milczynem. Obecnie nie ma w Polsce miejscowości o tej nazwie, ale była. Kiedy Polacy zajęli Dolny Śląsk, to niemiecką wieś Mittlau nazwali właśnie Milczynem, jednak ta nazwa funkcjonowała krótko, szybko zmieniono ją na Iwiny – obecnie to „sypialnia” Wrocławia mająca kilka tysięcy mieszkańców.
Zob. też:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz