Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 26 lipca 2026

Elizabeth Hand, Czarne światło

Bardzo przyzwoita książka, choć rozumiem dlaczego znajduje niewielu amatorów. Jak czytacie takiego blurba: Elizabeth Hand zaklęła w tej porywającej opowieści o młodej kobiecie u progu dorosłości obraz czystej grozy – to większość pewnie oczekuje horroru. I tu niby jest, ale...

Jak wiecie, „ale” unieważnia wszystko co napisano wcześniej.


Najpierw uprzedzę, że sam źle czytałem tę książkę. Dopiero po jej zakończeniu sprawdziłem, że to prequel do innej powieści Elizabeth Hand – Przebudzenie książęca, którą kiedyś czytałem, ale tu nie opisałem, więc niewiele pamiętam. Chyba jednak przed lekturą Czarnego światła powinienem odświeżyć Przebudzenie książęca, nawet jeśli obie książki są związane ze sobą dość luźno.

Miejscem akcji jest fikcyjna miejscowość Kamensic, bardzo specyficzna osada – jej mieszkańcy to ludzie związani z filmem, teatrem. Częste są samobójstwa (zanim poszłam do szkoły średniej, dowiedziałam się już o dziesięciu albo dwunastu samobójstwach w najbliższym otoczeniu). Czas akcji: cudowne (podobno) lata siedemdziesiąte. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia nastoletniej Lit, córki aktorów (zdecydowanie nie pierwszoligowych).

Takie było Kamensic. Pożerało swoje młode szybko i bez wyrzutów sumienia niczym gronostaj. Jakoś nigdy nam się to nie wydało dziwne. W końcu co my wiedzieliśmy? Panowały lata siedemdziesiąte, a my mieliśmy po trzynaście, czternaście i piętnaście lat. Chłonęliśmy Kent State i rodzinę Mansonów, ewakuowaliśmy klasę podczas ćwiczeń z obrony cywilnej i siedzieliśmy w domu, gdy Albert Shanker wezwał naszych nauczycieli do strajku. (s. 61)

Powieść zaczyna się jakby prologiem (oznaczony jest jako rozdział pierwszy) – rodzice zabierają trzynastoletnią Lit na imprezę do jej ojca chrzestnego Axela Kerna. Impreza zdecydowanie nie dla nastolatki. Sam Axel jawi nam się jako jakiś książę pan na Kamensic, wokół którego wszystko się kręci, nawet jeśli opuścił miejscowość na dłużej. Natomiast jego domostwo sprawia wrażenie labiryntu, w którym jakby działały tajemnicze moce.

Po prologu przenosimy się o kilka lat i obserwujemy życie wkraczającej w dorosłość Lit i jej przyjaciół. Gdzieś tam w tle jest groza, ale bardzo subtelna i dyskretna, wręcz można jej oznaki przegapić.

Czasami odrywamy się od Lit i Kamensic; jest drugi wątek, zdecydowanie skromniejszy, Balthazara Warnicka. Tyle (początkowo, oczywiście) wiemy o nim, że jest kimś ważnym w tajnej organizacji Benandanti, walczącej z inną tajną organizacją – Malandante. Jak te wątki się łączą, to już książka Wam odpowie.

Horrorowate w tej powieści pochodzi z ciekawego kierunku: mitologii greckiej. To chyba nie jest materia, z której często tka się grozę. Może dlatego, że mity greckie są „oswojone”, bardziej im pasują wersje dziecięce niż horror. Ale Hand nie poszła po linii najmniejszego oporu, widać przygotowanie, inspirację wierzeniami orfików (orfizm to religia powstała w starożytnej Grecji w VII wieku p.n.e., w której głównym bóstwem jest Dionizos – bóg kojarzony m.in. z winem, szaleństwem i teatrem). Widzę też wpływ pseudonaukowych prac, które dały początek neopogańskiemu kultowi wicca (więcej o tym pisałem przy okazji omawiania powieści Slewfoot Broma – link na dole).

W pierwszej połowie powieści akcja rozwija się powoli, by w drugiej dostać kopa. Ale to nie jest kop „łechtający” czytelnika. Mamy ostrą psychodelę, nawet nie greckie dionizje, lecz jakieś rzymskie bachanalia ostro podlane alkoholem i doprawione narkotykami. To pewnie też wpłynęło na niską ocenę czytelników, bo psychodela może być nie do końca zrozumiała i muląca.

Lektury nie ułatwiają bohaterowie, bo jakoś trudno (może tylko ja tak mam) wielce się rozczulać nad losem rozpuszczonych, ćpających i chlających bachorów podrzędnych celebrytów.

Tym niemniej Czarne światło podobało mi się, nawet bardzo, ale nie będę polecać (po co macie wyzywać :D), bo wiem, że to powieść niszowa, która znajdzie niewielu entuzjastów. Nawet nie wiem jakie podobne powieści wskazać, żeby dać wskazówkę, z czym to zjeść. Może jakieś bardzo dalekie echo znajdziecie w cyklu Anne Rice o czarownicach z rodu Mayfair, a może w cyklu Roberta Holdstocka Mythago Wood. Gatunkowo też mam problem z zakwalifikowaniem Czarnego światła. Na pewno to dark fantasy, ale pewnie obroniłoby się wrzucenie tegoż do szufladek z napisami: literary fantasy (moja definicja: dzieła, które krytycy najchętniej zabraliby z fantasy, bo to zbyt ambitne, ale tak ostatecznie zabrać się nie da, bo jednak fantastyka jest oczywista) i mythic fiction (coś pośredniego między fantasy a realizmem magicznym).

Warto pamiętać, że Czarne światło jest chyba najniżej ocenianym dziełem Elizabeth Hand (z tych niechałturowych), więc jeśli od niego się odbijecie, to nie zniechęcajcie się do autorki. Autorki, dodam, wyjątkowo wszechstronnej, bo pisującej SF, postapo, fantasy, grozę. Niestety, u nas od ponad dwudziestu lat nie jest wydawana, a w każdym razie jej oryginalne dzieła. Bo pewnie przez swoją niszowość (w Czarnym świetle chyba najdalej posuniętą) dorabia sobie franczyzowo – pisuje powieści a to z uniwersum Gwiezdnych wojen, a to Archiwum X, a to znowu sequel Nawiedzonego domu na wzgórzu Shirley Jackson.

OCENA: 7/10.

E. Hand, Czarne światło, tłum E. Helińska, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2005, stron: 346.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz