Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 stycznia 2019

Grudzień 2018 – raport z biblioteczki i kilka słów o Solarisie



Jakie małe zakupy – jak nie moje :D Co roku odpuszczam sobie grudzień, jeśli chodzi o zakupy nowości, bo czas przedświąteczny nie sprzyja takiemu wzbogacaniu biblioteczki – raz, że sprzedawcy licząc na przedświąteczne otumanienie raczej nie szaleją z rabatami, dwa, że pakowacze mają mnóstwo pracy, więc ją partaczą, trzy, że poczta i kurierzy są zawaleni robotą, więc nieraz można długo czekać na przesyłkę.

Dlatego grudzień wykorzystuję raczej na uzupełnienie biblioteczki o pozycje starsze (bo te z kolei sprzedawcy chcą wypchnąć z magazynów i znacznie przeceniają). W ubiegłym roku tak zrobił Powergraph (i przybyło mi szesnaście pozycji). W tym roku Solaris przecenił to co im zalegało. Wziąłem pięć takich półkowników różnych wydawców. Do tego dorzuciłem – niestety, już nieprzecenione – cztery książki wydane względnie niedawno przez sam Solaris (Solaris od jakiegoś czasu puszcza niskonakładowe ramotki, które są dostępne wyłącznie w ich sklepie).

Zaraz wyleję żale na Solaris, ale najpierw co przybyło. Trylogia o Kudłaczach – kiedyś czytałem coś tam z tego cyklu, zapamiętałem jako sympatyczną lekturę. A że miałem ochotę na starą, dobrą SF to wrzuciłem do koszyka.


Pakiet drugi, jak widać, książki z różnej bajki (są jednorożce, więc coś dla Katriny :D ). Najpierw polskie, kultowe postapo. Kultowe, bo wszyscy chwalą, a mało kto czytał. Pierwsze wydanie (1994 rok) było mikroskopijne, na dodatek u nietypowego wydawcy – wydawnictwo naukowe (Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie). Drugie też chyba mikroskopijne i też u nietypowego wydawcy – bo książek Solarisu w księgarniach nie znajdziecie.

Druga pozycja wydana przez Solaris w pradawnych czasach, kiedy jeszcze było to normalne wydawnictwo, którego książki można było normalnie kupić. No tak, można było wejść do księgarni i kupić książkę; szok, co? Autora – Juana Eslava Galána pamiętam z innej powieści (Smocze zęby), była to całkiem zabawna fantasy.

Cykl Resnicka Na tropie... kupowałem na raty – Wampira w Solaris, a Jednorożca na allegro. Nie jest to wielka literatura (acz Jednorożec całkiem sympatyczny), ale w kanonie fantasy siedzi dłużej niż Trynkiewicz za kratkami.


I ostatni pakiet z Solaris. Szostak, to wiadomo, że warto brać, a w twardej oprawie za parę zł tym bardziej.

Ta środkowa książka – Seana Russella to drugi tom trylogii Wojna łabędzi. Pierwszy też mam. Trzeciego mieć nie będę, bo Mag nie raczył nam go wydać od lat już piętnastu. Taka ciekawa propozycja wydawcy – kupcie dwa tomy trylogii, a my was zaskoczymy i tomu trzeciego nie wydamy :D No, niespodzianka, kurde.

Jakoś tak mam obawy, kiedy widzę, że dzieło ma więcej niż dwóch autorów. Zazwyczaj okazuje się, że obawy słuszne. W przypadku powieści Martina i s-ki nie ma tragedii, ale szału też nie. Hmmm... Tak szczerze, to najbardziej zainteresowały mnie kilkudziesięcioletnie perypetie związane z tworzeniem książki.


Grudniowe zakupy uzupełnił kryminał wygrzebany w marketowym kartonie i praca historyczna. Książka o polskich misjonarzach na Dalekim Wschodzie – japońska „takase”. Ot, ciekawostka, że napisana przez Wietnamczyka, ale zero wykorzystanych źródeł dalekowschodnich, prac naukowych z tamtego kręgu – jedna. Czytałem niedawno inną pracę o zbliżonym temacie – Jacka Koniora, Historia polsko-chińskich kontaktów kulturowych w XVII w. (na przykładzie misji jezuickich). Ten sam problem. Przyznam, że to mnie zaintrygowało – z czego to wynika? Działalność polskich misjonarzy w Chinach nie znalazła odzwierciedlenia w tamtejszych źródłach? Czy może autorzy z jakichś względów nie mogą/potrafią do tych źródeł dotrzeć?


Teraz sobie ponarzekam na Solaris. To że sprzedaje się książki przecenione, nie zwalnia księgarza z podania informacji, że dana pozycja jest używana lub poekspozycyjna. A poza Kudłaczami i Sotniami łysego Iwanki, wszystkie pozycje wyglądają na używane. Oczywiście próbowałem to reklamować – do reklamacji zaraz przejdziemy. W każdym razie na zarzut, że są to pozycje używane lub poekspozycyjne, Solaris mi odpowiedział, że się mylę i to wszystko nówki, tylko „leżały latami na regałach”. Tak? To skąd to w jednej z książek:


Pamiętacie co to jest? Takie paski ongiś – dawno temu – wklejano w książki w Empiku. To naklejka, pod którą jest jakiś, chyba metalowy, pasek – przypuszczam, że miało to piszczeć na bramce jak ktoś chciał książkę rąbnąć. Więc proszę mi Szanowne Solaris nie wciskać ciemnoty; naprawdę nie pogrążajcie się już bardziej...

Te cztery nowe pozycje Solarisu są faktycznie nowe. Jak na biznes Wojtka Sedeńki przystało (tradycja zobowiązuje) – partackie wydanie, czyli srajtaśma w byle jakich oprawach. Ale tego się spodziewałem. Natomiast nie spodziewałem się, że oszczędzają na kleju. Pierwszy tom Kudłaczy i Sotnie łysego Iwanki mają kartki przyklejone do grzbietu tylko w połowie (ha, pięćdziesięcioprocentowa oszczędność kleju – premię dla mędrca, który to wymyślił). Kudłacz to cienka książeczka, więc jakoś przeczytam, ale jak zabrać się za Sotnie i nie zostać z fruwającymi kartkami – pojęcia nie mam.

Między kartki i grzbiet włożyłem zapałkę. Gdybym się nie bał, że rozwalę książkę do reszty,
to mógłbym coś wetknąć do połowy grzbietu
Pewnie się zastanawiacie, dlaczego reklamacja nie doszła do skutku. Otóż w Solaris mają wspaniały patent – najpierw im odeślesz książki (na swój koszt), potem oni pomyślą. Potem może ci książki wymienią, a może oddadzą kasę. Mnie zaproponowali tylko zwrot kasy (podobno Kudłacze się im wyprzedali, a Sotnie sobie pominęli milczeniem) – ale te książki to ja, kurde, chcę mieć. Aaa, i jeszcze dodali adnotację, że mam na reklamowanie dwa tygodnie, bo:
księgarnia jest w trakcie transformacji własnościowej, po 1 stycznia zwrot już nie będzie możliwy.
I faktycznie od jakiegoś czasu po wejściu na stronę księgarni Solaris widzimy coś takiego:


Obojętnie co się tam nie wykluje, będę to omijał. Cóż, u Sedeńki można kupić książkę, ale wyłącznie na konwentach: najpierw obejrzeć, potem ewentualnie brać. Bo wysyłkowo odradzam.



Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

17 komentarzy:

  1. wszystko nówki, tylko „leżały latami na regałach”

    Książka nie zając, nie zepsuje się. Nawet na regale w empiku.

    A klej? Może też z dawnych lat - w PRL-u przecie wszystkie klejone książki się rozlatywały, nieraz jeszcze w księgarni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka na regale w Empiku bardzo się psuje - te tysiące łap ja macających i rzucających znowu na półkę byle jak, wciskających nieraz na chama, bo w Empikach ciasno układają. Potem są pozawijane rogi i rysy na okładkach. A jak jeszcze książka była eksponowana w oknie, to i słoneczko swoje zrobiło - przebarwienia (to chyba spotkało "Wyprawę łowcy").

      Jakość techniczna książek Solarisu, to jest właśnie schyłkowy PRL. Taka nostalgiczna wyprawa do krainy późnego Jaruzelskiego :D

      Usuń
    2. Hm... moje lektury są raczej niszowe, więc tych macających łap aż tak dużo chyba nie ma, a właściwie nie było, bo od jakiegoś czasu czytam głównie ebooki. I jak zobaczyłem ten magnetyczny pasek, to wspominkami zawiało, kiedyś było to normą. I potem przy kasie jeszcze rytuał "czyszczenia" tego sygnalizatora, nie zawsze zresztą skuteczny :)

      Usuń
    3. Fantastyka w Empikach jest zazwyczaj wymiętolona doszczętnie.

      Usuń
  2. Wszystko w porządku? Może jakaś gorączka Cię dopadła? 😂
    A z książkami klejonymi nie mam dobrych wspomnień - szczególnie z tymi z biblioteki. Czasem jak było się czytaczem numer 2 i więcej okazywało się, że brakuje już kilku stron. No i oczywiście wszelakie latające kartki były nagminnie sklejane taśmą klejącą - przez niektórych dowcipnisiów oczywiście szeroką w kolorze brązowym. Książki nie dało się czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę się ograniczam, zwłaszcza z komiksami - bo te jednak mają ceny :D

      U mnie nawet książki klejone wyglądają (w większości) jak nówki. Ale na bezszkodowe przeczytanie "Sotni łysego Iwanki" nie mam pomysłu... Tego po prostu nie da się przeczytać bez rozwalenia książki.

      Usuń
  3. A propos kleju, przypomniała mi się "Zemsta" Fredry, którą kupiłam sobie w podstawówce jako lekturę, przeczytałam ja, pożyczyłam jeszcze dwóm osobom - i teraz latają już chyba wszystkie kartki ^^ Wystarczyło ciut mocniej odgiąć albo szybciej przewrócić kartkę, a ona już zaczynała fruwać :D

    O, Szostak! Właśnie skończyłam czytać jego "Fugę", moje pierwsze spotkanie z tym panem i bardzo udane :) Dopiero w trakcie czytania dowiedziałam się, że to trzecia część trylogii krakowskiej, cóż, trzeba nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szostaka znam ze starych książek, wydawanych jeszcze przez śp. Runę. Zobaczymy jak mi podejdą "Chochoły" - jak podpasują, to "Dumanowski" i "Fuga" też wjadą do biblioteczki :D

      Usuń
  4. Średniowieczanin21 stycznia 2019 15:43

    Żadnych historycznych w tym miesiącu. Choroba jakaś Cię zmogła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak żadnych? A książka - posługując się terminologią krakowskiego prezydenta - napisana przez pana skośnookiego o polskich misjonarzach w XVII-XVIII w.?

      Usuń
    2. Średniowieczanin23 stycznia 2019 21:03

      A widzisz. Umknęło to mojej uwadze. Zapewne dlatego, że czekałem na nowości od naszych kochanych Szurków :)

      Usuń
    3. Co do szurków, to na razie mam biblioteczkę niemal kompletną (niemal, bo brakuje mi chyba jednego tomu bełkotów Kosińskiego). Teraz tylko czekać (niecierpliwie!) na najnowszą wypocinę Bieszka - zmienił zapis, teraz będzie nie Lechia, lecz Lehia (ma ten bzdet wyjść pt. "Starożytne Królestwo Lehii. Kolejne dowody"). Czyli szurki to już nie Lechici, lecz Lehity :D

      Usuń
  5. "Na tropach jednorożca" to był chyba mój pierwszy kontakt z urban fantasy, więc zawsze zachowam ten tytuł we wdzięcznej pamięci... :) Wydawnictwo Iskry dało polskiemu czytelnikowi coś na tamte czasy naprawdę nowego - książkę czytało się z prawdziwą przyjemnością i uznaniem dla pomysłowości autora. To chyba zresztą jedyna z powieści Resnicka, do której wracam.

    Co do problemów z odklejonym grzbietem - ja stosuję klej do puzzli w tubie,Magic się to nazywa: porządne introligatorskie lepidło, można i czasem warto rozcieńczyć wodą. Nakładam w zależności od powierzchni klejonej patyczkiem do szaszłyków lub "tkaninowym" wyciorem do fajek :) I działa - poradził sobie i z peerelowską bezklejową [!] 'Ziemią Obiecaną", i z nieszczęśnymi "Baśniami" Willinghama :) Producentem jest firma Kamaben- tak to wygląda:
    https://www.ceneo.pl/8562837


    I tyle tym razem. Pozdrawiam- LordDisneyland

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, bozia Ci w dzieciach wynagrodzi, dobry człowieku :D Mam nadzieję, że tym klejem można jakoś podkleić bez rozrywania do końca (da się strzykawką, czy za gęsty?).

      Usuń
    2. Nie próbowałem ze strzykawki, ale zdarzało mi się naprawdę małe ilości aplikować pędzlem 3/0 :) Jest dość gęsty, ale nie tak jak kleje introligatorskie , z których korzystałem wcześniej. No i zawsze można wodą rozcieńczyć do pożądanego stanu.

      Tak czy siak- będziesz musiał trochę poeksperymentować...

      LordD

      Usuń
  6. ... o tym co wyczynia Sedeńko jako wydawca warto by było więcej coś naskrobać. Przywrócił do życia Kroki w nieznane i Rakietowe Szlaki. Pokazał w serii Klasyka SF że z fantastyką można i to dużo !!! A potem... wpadł na genialny pomysł - by to wszystko uśmiercić.
    W czasach gdy druk książki jest śmiesznie tani poszukał jeszcze innego rozwiązania - druku cyfrowego w ilościach takich jak spłyną zamówienia. Ale to już naprawdę przypomina rozwiązania jak "bibuła" z PRL-u.
    I naprawdę nie rozumiem dlaczego marnuje bezpowrotnie budowaną przez lata pozycję. Klasykę SF "wrogo przejął" MAG z artefaktami. Kroki... odeszły w nieznane a Rakietowe Szlaki poginęły w oddali. SMUTNE TO WSZYSTKO !!!

    OdpowiedzUsuń