Przyzwoity kryminał, choć gdybym był historykiem okresu międzywojennego, to rwałbym włosy z głowy.
Jarosław Jakubowski jest wyjątkowo wszechstronnym pisarzem, tworzy: wiersze, dramaty i beletrystykę (obyczajówkę, science fiction, grozę, kryminał). Leży gdzieś tam u mnie jego SF – Wojna, acz dotąd jakoś nie zebrało mi się na lekturę. Ale niedawno ktoś polecił mi, pod notką o słabiźnie Przemysława Piotrowskiego, właśnie Rzekę zbrodni.
Książkę Jakubowskiego faktycznie czytało mi się bardzo dobrze, acz nie od pierwszych stron. Na początku miałem wrażenie, że autor trochę za bardzo chce nam pokazać, że dobrze odrobił lekcje, że wie, jak wyglądała Bydgoszcz tuż po I wojnie (to chyba typowe dla piszących pierwszy retrokryminał – chce zbudować klimat szczegółowymi i rozwlekłymi opisami; no nie tędy droga). Ale zaraz wciągnęła mnie zagadka kryminalna, autor dobrze angażuje czytelnika w próby jej rozwikłania. I dobrze ją wikła (sam po kilkudziesięciu stronach zanotowałem nazwisko potencjalnego zbrodniarza – spudłowałem, po kolejnych bodajże stu zanotowałem drugie nazwisko – i prawie trafiłem, ale „prawie” robi różnicę).
Warstwa obyczajowa też niczego sobie, czuć ten klimat przedwojenny. Mamy początek roku 1920 – na mocy Traktatu Wersalskiego Polska odzyskała Bydgoszcz i zaraz do miasta wkroczą polskie wojska. Warto przypomnieć, że Polska musiała podpisać także tzw. Mały Traktat Wersalski, który nakładał pewne obowiązki związane z traktowaniem mniejszości narodowych, w tym oczywiście niemieckiej.
I tuż przed wkroczeniem polskich wojsk dochodzi do morderstwa: na kupieckiej barce zacumowanej w Bydgoszczy (na rzece Brdzie) zamordowano całą rodzinę – cztery osoby. Ofiary to Niemcy. W takim momencie od razu nasuwa się myśl o mordzie politycznym – mogli zamordować Polacy z nienawiści do Niemców, mogli sami Niemcy, żeby oskarżać Polskę o prześladowanie. Miejscowa policja, naturalnie, próbuje sprawę rozwiązać.
Bohaterowie to policjanci – głównym jest rdzenny bydgoszczanin Leon „Dziki” Gajewski, młody funkcjonariusz z zadatkami na dobrego detektywa. Niepoślednią rolę odgrywa jego przełożony, Bolesław Eckert, weteran Legionów Piłsudskiego, przybysz z Galicji. Miałem wrażenie, że bohaterowie, szczególnie Eckert, jakoś są inspirowani bohaterami Marka Krajewskiego (ale co ja tam wiem, skoro Krajewskiego czytałem mało co).
Jako że rzecz może mieć podłoże polityczne, sprawą interesuje się także polski wywiad wojskowy i do Bydgoszczy kieruje własną ekipę. Oczywiście, jak to w tego typu literaturze bywa, wywiad zajmuje się głównie konkurowaniem z miejscową policją, a ma to przyczyny nie tylko ambicjonalne, lecz także osobiste.
Do tego szefostwo tak policji, jak i miasta ciśnie Eckerta i jego podwładnych, żeby sprawę jak najszybciej zakończyć; obojętnie jak, byle skandal międzynarodowy zdusić w zarodku...
– Bolszewicy mają takie powiedzenie: dajcie nam człowieka, a i paragraf na niego się znajdzie. My paragraf już mamy. Trzeba tylko znaleźć odpowiedniego człowieka. Portret psychologiczny już macie. Czy wyrażam się wystarczająco jasno?
Jak widzicie, elementów w fabule sporo, a do tego dochodzą kolejne, z obyczajówki, jak choćby romans Gajewskiego z aktorką – mamy rzut oka na prowincjonalną bohemę, a i jakiś dziennikarz się trafi.
Że się powtórzę: czuć, i to fajnie, klimat okresu międzywojennego. Jednak niekoniecznie roku 1920, bo jest trochę eklektycznie, jakby niektóre elementy były z 1910 roku, inne z 1920, a jeszcze inne gdzieś z 1930. Niestety, pojawiają się też motywy rodem z XXI wieku.
* * *
I tu dochodzimy do problemów historycznych (przypomnę: akcja toczy się w początkach 1920 roku). Parę przykładów:
Badania daktyloskopijne jako jakaś wyjątkowa nowość, a w rzeczywistości robiono je na ziemiach polskich od 1909 roku.
Zwrot: ma pan gadane jak z filmu – w epoce kina niemego! I to zapewne jest nie błąd, tylko celowe mrugnięcie okiem do nas, bo zaraz w kolejnym zdaniu mamy: Na filmach się nie gada. Są nieme. Tylko nie jest to zbyt mądre mrugania (może autor podjąłby trud objaśnienia, skąd powiedzonko „gadane jak w filmie” w epoce, w której filmy w ogóle nie „gadały” – byłoby to zrozumiałe jako ironiczne określenie milczka, ale tu rzeczywiście chodzi o kogoś elokwentnego)...
Po co tyle palicie, zdrowia szkoda – szkodliwość palenia została ustalona dopiero badaniami z lat pięćdziesiątych, ale jeszcze przez wiele lat ta informacja z trudem przebijała się do ludzi, bo koncerny tytoniowe przeprowadziły kontratak (tzn. akcję ogłupiania klientów). Wcześniej niektórzy uznawali wręcz, że palenie papierosów (fajki, cygar) jest korzystne dla zdrowia.
Żona jednego z bohaterów ciągle ino gazety czyta i radia słucha – to postmodernizm albo magia, bo pierwsza audycja radiowa w Polsce była pięć lat później (1 lutego 1925).
Cytowane wyżej bolszewickie: dajcie nam człowieka, a i paragraf na niego się znajdzie – te słowa przypisywane są sowieckiemu prokuratorowi Andriejowi Wyszynskiemu, który miał je wypowiedzieć w okresie tzw. wielkiego terroru, mającego miejsce w latach 1937-1938. Co więcej, w Polsce powiedzenie to miało stać się popularne dopiero po 1945 roku.
Kolejny zwrot: ujawniono zwłoki (to wypowiedź posterunkowego). Nie sądzę, żeby mundurowy z 1920 roku posługiwał się policyjno-prokuratorską nowomową z XXI wieku.
Albo nasz bohater je golonkę z kopą młodziutkiej kapusty. Tak, zimą 1920 roku wcina młodą kapustę. Ja tam kapusty nie kupuję, ale pewnie obecnie można nabyć zimą młodą, importowaną z półkuli południowej, jednak sto lat temu raczej było to niemożliwe.
Z mniejszych byków można wskazać gazetę – bohaterowie czytają niemiecką „Deutsche Rundschau”. Tylko ten tytuł zniknął z rynku 1 stycznia 1920 roku – połączył się z inną niemiecką gazetą, w wyniku czego powstało „Ostdeutsche Rundschau-Bromberger Tageblatt” (nazwa „Deutsche Rundschau”, a precyzyjniej „Deutsche Rundschau in Polen”, wróciła 5 czerwca 1920; Jakubowskiemu „udało się” trafić w ten krótki czas, kiedy tytułu nie było).
Te historyczne byki nie wyczerpują listy wad, bo mamy też niechlujność (nie napiszę, jak to czasami robię, że „potworną”, bo znalazłem tylko dwa takie byki, jeden z nich podwojony, ale dość grubego kalibru – wstyd dla korekty i redakcji).
Przykład 1: Gajewski podczas I wojny światowej służył w armii niemieckiej (bo Bydgoszcz była w zaborze niemieckim). I teraz przeczytajcie czy to zdanie ma sens:
[Niemieccy żołnierze] Gnili w okopach pełnych cuchnącej wody, a z wieży pobliskiego drewnianego kościółka nękał ich ogniem niemiecki snajper.
Tak, niemiecka armia wysłała snajpera, żeby strzelał do niemieckich żołnierzy. Ten byk został podwojony, bo nasz bohater (Gajewski) podpalił ów kościółek, który spłonął razem z niemieckim strzelcem. I wiecie, że niemiecki żołnierz za spalenie niemieckiego żołnierza dostał Krzyż Żelazny?
I druga niechlujność, pochodzenie żony Eckerta. Otóż:
pochodziła z pogranicza Śląska i Małopolski, gdzie tradycje luterańskie były silne.
A zarazem (w tym samym akapicie!) pochodziła:
z dobrego, ziemiańskiego rodu z kresów. (Z kolejnych zdań można wnioskować, że były to okolice Lwowa).
* * *
Podsumowując: polecam, ale nie wszystkim. Jeśli jesteś badaczem lub chociaż miłośnikiem dziejów pierwszej połowy XX wieku, omiń, bo będziesz tylko zgrzytać zębami. Mnie te historyczne byki umiarkowanie irytowały, bo historia XX wieku nie jest moją pasją, a do tego nie rozwalały tego przedwojennego klimatu (w przypadku średniowiecza pewnie bym toczył pianę z pyska, np. długo musiałem się „odpowietrzać” po przeczytaniu w powieści Kiedy Bóg zasypia Rafał Dębskiego, że bohater, ok. 1040 roku, chciał wstąpić do zakonu cystersów, który powstał w 1098).
Szkoda, że Jakubowski odpuścił sobie tworzenie kryminałów, bo wyszło mu to całkiem nieźle. Zastanawiam się, czy łapiąc sto srok za ogony, nie popełnia błędu, w każdym razie w wymiarze finansowym (ale nie mój cyrk, nie moje małpy). Gdyby jeszcze coś takiego stworzył, pewnie bym przeczytał, a skoro nie, to chyba czas, żeby wreszcie zdjąć z kupki wstydu jego SF.
OCENA: 7/10.
J. Jakubowski, Rzeka zbrodni, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2015, stron: 396.
Zob. też:

Ja tak trochę w inny deseń. Pozwoliłem sobie zajrzeć, chociaż tu chyba niezbyt mile widziany jestem, ale długo nie zabawię.
OdpowiedzUsuńOtóż obejrzałem na Youtube "Najnowsze badania DNA o pochodzeniu Polaków oraz dynastii Piastów" z kanału "Fundacja im. Łukasza Górnickiego". Solennie zapewniam, że nie mam z kanałem nic wspólnego i to nie jest żadna kryptoreklama. Po prostu temat mnie zainteresował.
O co chodzi? Otóż prowadzący trochę opowiedział o grancie naukowym profesora Figlerowicza i włos mi się zjeżył na głowie. Takie rzeczy, jak szkocki ślad, to kuriozum dużej klasy. Ale ludzie mają tendencję do koloryzowania, więc pomyślałem, że może zasięgnę opinii kogoś, kto ma w tym temacie dużo większą wiedzę niż ja i potrafi to obiektywnie ocenić. Byłbym wdzięczny za komentarz przy jakiejś okazji, czy to, co mówi dr Lubicz-Łapiński nie jest aby przesadzone.
Nie wiem czemu miałbyś być niemile widziany...
UsuńCo do badań DNA, to po 1. nie znam się - nie będę świrował, że znam się na wszystkim, na genetyce akurat nie, po 2. nie widziałem (i nie zobaczę, bo jestem człowiekiem słowa pisanego) tego filmu, więc nie wiem co tam prawili.
Polecam forum historyków, jest tam wątek > Allochtonizm vs autochtonizm, Wyliczenie argumentów", w którym możesz poczytać opinie o badaniach Figlerowicza. I nie są to opinie pozytywne. Sam też mam negatywną opinię, choćby ze względu na narrację historyczną, którą tworzy w mediach, a nie ma ku temu kompetencji, więc robi z siebie pajaca.
Od tego mniej więcej miejsca bym zaczął:
http://www.historycy.org//index.php?showtopic=42083&view=findpost&p=2067890