czwartek, 27 lipca 2017

Andrius Tapinas, Wilcza godzina

Właśnie sobie uzmysłowiłem, że przez całe życie przeczytałem chyba tylko jedną pozycję tłumaczoną z języka litewskiego. I to nie w całości, ponieważ ta książka nigdy nie wyszła po polsku – sam zapłaciłem za przekład fragmentów, bo potrzebowałem do pracy doktorskiej. To była biografia jedynego litewskiego króla (E. Gudavičius, Mindaugas, Vilnius 1998).

To pokazuje, jak „popularna” jest w naszym kraju litewska literatura. Zatem zaskoczyła mnie informacja, że wydawnictwo SQN planuje wydać litewską fantastykę – steampunkową powieść Andriusa Tapinasa. O autorze już nasmarowałem kilka słów.

Powieść


Ogólnie rzecz biorąc, była to przyjemna lektura. Ale od razu kamyczek do ogródka autora – moim zdaniem, nawet powieść fantastyczna powinna mieć jakąś wewnętrzną (czyli niekoniecznie zbieżną z naszą) logikę. No i tu zgrzyta mi już sam pomysł na konstrukcję świata. Po prostu – nie trzyma się kupy patrząc od strony polityki.

Autor wymyślił to sobie tak: wielcy żydowscy bankierzy Rothschildowie proponują Rosji kupę kasy w zamian za dwa miasta: Wilno i Rewel (dziś Tallinn, stolica Estonii). A Rosja się zgadza, bo przecież skoro sprzedali Alaskę, to mogą i kawałek Pribałtiki. To bardzo naiwny pomysł. Czym innym jednak była odległa i niezagospodarowana Alaska, a czym innym dwa główne miasta rejonu, o którego zdobycie Rosja walczyła od wieków.

Dalej, Rothschildowie pozyskali nie tylko te dwa ośrodki od Rosji. Dostali także Pragę od Habsburgów i Konstantynopol od Osmanów. Naprawdę, Habsburgowie oddali jedną ze swoich stolic – trzecie pod względem znaczenia miasto swojego państwa (po Wiedniu i Budapeszcie)? Przecież Praga była stolicą jednego z członów składowych Austro-Węgier – Królestwa Czech. Ale to małe piwo w porównaniu do Konstantynopola, jednego z najważniejszych ośrodków ówczesnej Europy i stolicy wielkiego Imperium Tureckiego. Czyli największe imperia ówczesnego świata, ot tak sobie, oddały tak ważne ośrodki bankierom.

Do stworzonego przez Rothschildów Aliansu należy jeszcze piąte miasto – Kraków. Ale ubijcie, nie wiem od kogo je pozyskali. Najpierw (s. 18) autor pisze, że było to wolne miasto – w naszej rzeczywistości w 1870 roku już nie było (Rzeczpospolita Krakowska została w 1846 roku włączona do cesarstwa austriackiego). Dalej jednak czytamy (str. 402), że Kraków przywiązany był „jak pies” do Niemiec. A to nie koniec niespodzianek – w słowniczku na końcu książki (str. 470-471) mamy informację, że w miastach Aliansu Rothschildowie zostawili dotychczasowe waluty. I w Krakowie były rosyjskie ruble. To wywołuje wrażenie jakiejś niechlujności.

I nie ogarniam na jakiego grzyba Rothschildom ten cały Alians.

Trzepotacz „Ważka”
Druga rzecz, która nieco mi przeszkadzała, to technologia. Wiem, steampunk rządzi się swoimi prawami, które z naszą fizyką nie muszą mieć nic wspólnego. Ale pisarze zazwyczaj funkcjonowanie cudownych wynalazków starają się uwiarygodnić (zgodnie z logiką wewnętrzną) wynalezieniem jakiejś cudownej substancji – np. eter vel ether u Iana R. MacLeoda (Wieki światła, Dom burz) czy Krzysztofa Piskorskiego (Zadra, Czterdzieści i cztery). U Tapinasa też mamy taką substancję – prometyl, ale to na razie nowinka, droga, więc stosowana z umiarem. Większość wspaniałych wynalazków funkcjonuje dzięki parze wodnej. Nie jestem fizykiem, ale jakoś zgrzyta mi np. pomysł magazynowania w butlach takich ilości pary wodnej, że wystarcza jej na lot czegoś zwanego „trzepotaczem”.

Do tego dochodzą, może nieliczne, ale irytujące, dziwne rozwiązania fabularne. Weźmy np. takie coś – dwóch przybyszów z Wielkiej Brytanii. Twardowski uznaje, właściwie nie wiadomo dlaczego, że jeden z nich jest wysłannikiem wrogich sił. Sprawdza delikwenta, okazuje się, że się pomylił. Skoro miał jakieś powody, by uważać, że z Wielkiej Brytanii przybył wróg, to chyba naturalnym byłoby przeniesienie podejrzeń na drugiego Brytyjczyka. A tu niespodzianka – nic takiego nie ma miejsca, drugi Brytyjczyk cieszy się pełnym zaufaniem Twardowskiego i jego przybranej córki. Do tej pory nie mogę pojąć, dlaczego biedny O’Braitis był podejrzany, a Finley nie.

W innym miejscu mamy napad powietrznych piratów. I jak czytamy w opisie, doświadczeni (!!!) piraci wiedzieli, że należy przede wszystkim zlikwidować łączność na zaatakowanym statku – żeby nie wezwał pomocy. Ale ponieważ zleceniodawca nie zlecił im tego, to sami z siebie nie robią. Oczywiście było to autorowi potrzebne, ale to ułatwianie sobie pracy naiwnymi rozwiązaniami.

I tak jakoś nie dowierzam, że całość opisywanych wydarzeń mogła się zmieścić w tygodniu (21 kwietnia – 27 kwietnia 1905 roku) – tu trzeba pamiętać o szybkości przemieszczania się. Autor wymyślił sporo wynalazków ułatwiających je, ale mimo wszystko bohaterowie często podejmują wyprawy piesze, albo w konnych powozach.

Jan Basanowicz
(w oryginale Jonas Basanavičius)
Zatem przyjemność z czytania Wilczej godziny będzie miał tylko ten, kto potrafi zawiesić swój sceptycyzm wobec takich rozwiązań na kołku. Mnie się udało i lektura dała mi sporo przyjemności. Przede wszystkim Tapinas świetnie ukazuje nam Wilno. Oczywiście nie jest to „nasze” Wilno. W naszym świecie, w owym okresie, zamieszkiwali je przede wszystkim Polacy, potem Żydzi, Białorusini, Rosjanie. U Tapinasa miasto jest litewskie – w rzeczywistości w 1897 roku Litwini stanowili zaledwie dwa procent mieszkańców. Owszem, Tapinas może tłumaczyć się, że w związku z wejściem Wilna w skład Aliansu nastąpił niebywały rozwój i napłynęła ludność ze wsi. Problem polega jednak na tym, że większość wsi w pobliżu zamieszkiwali Polacy, a nie Litwini.

To „zafałszowanie” rzeczywistości etnicznej miasta nie jest jednak jakoś dokuczliwe dla czytelnika, a to za sprawą tłumacza, który spolszczył nazwiska i imiona bohaterów.

W każdym razie, po zawieszeniu sceptycyzmu na kołku, czyta to się naprawdę przyjemnie. Mamy fajnie przedstawione miasto, łącznie z Biedami – dzielnicą biedoty i przestępców. Mamy steampunkowe wynalazki. Mamy wątek kryminalny. Mamy alchemików, wskrzesicieli, fanatycznie religijnych Rycerzy Katedry. Wreszcie mamy niezłych  bohaterów pierwszo i drugoplanowych. Acz może jest ich zbyt wielu, przez to początkowo co rozdział, to dostajemy nowego. To mrowie bohaterów sprawia, że część z nich jest dość „standardowa”.

Tapinas nie idzie na łatwiznę, nie buduje powieści na dialogach – są „odpowiednie” proporcje dialogu i opisu. Być może dla dzieci neostrady opisu będzie za dużo, ale akurat fajnie to naśladuje styl pisarzy z przełomu XIX i XX wieku. Naprawdę, jak na debiutancką powieść, Tapinas poradził sobie w tym punkcie świetnie.

Wydanie


A teraz jak sobie poradził wydawca. Mamy książkę będącą podwójnym debiutem – nie tylko autora, ale i tłumacza. Bo skoro niewiele litewskiej literatury przekłada się na nasz język, to nie ma doświadczonych tłumaczy. Wilczą godzinę przybliżył nam Laurynas Candravičius – już samo nazwisko wskazuje, że jego ojczystym językiem nie jest polski, a litewski. Z tego co znalazłem w necie, tłumacz jest Litwinem od urodzenia mieszkającym w Polsce. Jest tłumaczem przysięgłym, więc najczęściej pewnie przekłada dokumenty urzędowe lub zeznania osób stających w jakimś charakterze przed policjantem, prokuratorem, sędzią.

Już samo to, że mamy podwójny debiut powinno skłonić wydawcę do oddania powieści w ręce dobrego redaktora i dobrego korektora. Co do redaktora – Marty Pustuły, to po pierwszych 150 stronach przypomniały mi się słowa Jana Tomaszewskiego, parafrazując: Tej pani nie wolno zwolnić z pracy. Ją trzeba wypierdolić dyscyplinarnie.

Roi się w książce od nieprawidłowo użytego słowa „posiadać”, roi się też od paskudnego rusycyzmu „póki co”. Aby zobrazować poziom redakcji, pozwolę sobie zacytować fragment ze str. 145 z moim komentarzem:
[Pałac Słuszków] Posiadał bogatą historię – po pierwsze pałac nie może nic posiadać (o tym pisałem tu), po drugie pałac wciąż istnieje, więc skąd czas przeszły? Poprawnie byłoby tak: [Pałac Słuszków] Ma bogatą historię
wzniesiono go w XVII wieku na polecenie wojewody połockiego Dominika Słuszki. Aby dało się go postawić w tym miejscu, należało wcześniej przygotować plac (...) – skreślone bezsensowne ozdobniki, tłumaczące „oczywiste oczywistości” – przykładowo, przecież nie można placu pod budowę pałacu przygotować „później” – po zbudowaniu tegoż pałacu... 
Niegdyś pałac otaczał piękny park ze stawami, a w jednej z sal był szklany sufit (...) – połączenie w jednym zdaniu elementów nie mających nic wspólnego. W miejscu przecinka powinna być kropka (Niegdyś pałac otaczał piękny park ze stawami. W jednej z sal był szklany sufit).
Cztery zdania – sześć błędów lub niezręczności redaktora.

Ale są kolejne, z innej beczki. Każdy naród ma swoje powiedzenia, porównania – nie tłumaczy się ich dosłownie, lecz kontekstowo (z definicji: Tłumaczenie kontekstowe jest próbą odejścia od często niezrozumiałego tłumaczenia dosłownego. Mimo że może odbiegać znacząco od sformułowania oryginału, to jednak lepiej oddaje znaczenie w konkretnym przypadku).

Mamy w książce np. (str. 66)  nos długi jak dziób bociana. Nie wiem, może i tak się mówi w jakichś rejonach Polski, w moim akurat odpowiednikiem jest „nos jak klamka od zakrystii”.

Dalej (str. 140), mamy porównanie były jak pasierby – w naszym języku to raczej „były od macochy” lub „były traktowane po macoszemu”. Wrzuciłem w google nawet „były jak pasierby” – rezultat: Nie znaleziono żadnych wyników wyszukiwania. Czyli zapewne mamy do czynienia z jakimś powiedzeniem litewskim przełożonym dosłownie, a nie kontekstowo.

Z drugiej strony, nieraz mamy tłumaczenia kontekstowe, ale na język bardzo współczesny – to nie pasuje do powieści, której akcja dzieje się na przełomie XIX i XX wieku. O ile jeszcze przetrawię nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili (str. 61), o tyle tępi jak dzidy (str. 191) już nie. Dlaczego? Bo nie ma zwrotu „tępy jak dzida”, jest „tępa dzida” – przecież nie wszystkie dzidy są tępe, chodzi o jedną, tępą dzidę.

Błędy interpunkcyjne sprawiają, że na str. 318 mamy marsz matek przeciwko kobietom... – cieszę się, że jutro na marszu matek przeciwko kobietom nie stanie legat wileński... Powinno być: cieszę się, że jutro, na marszu matek, przeciwko kobietom nie stanie legat wileński (inna rzecz, że ułożyłbym to jeszcze inaczej: cieszę się, że jutro, na marszu matek, legat wileński nie stanie przeciwko kobietom).

Dlatego właśnie kupuję niewiele książek takich wydawnictw jak SQN czy Papierowy Księżyc. Jeśli chodzi o redakcję i korektę jadą „po taniości”.

Żeby było uczciwie – nie cała książka ma skopaną redakcję. Są długie fragmenty wyglądające pod tym względem całkiem dobrze (i nagle dostajemy kawałek ze spiętrzeniem baboli). I druga rzecz, mniej więcej od połowy książki widoczna jest zdecydowana poprawa.

OCENA: 7/10

A. Tapinas, Wilcza godzina, tłum. L. Candravičius, wydawnictwo SQN, Kraków 2017, str. 476.


Polecam opinie o tej książce:
Kasi z Kącika z książką (zbliżona do mojej).
Marre S z Między sklejonymi kartkami (ta znacznie ostrzejsza).
Beatrycze z Esensji (też ostrzejsza, acz nie aż tak jak Marre S).


I sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

16 komentarzy:

  1. Mój sceptycyzm powędrował na kołek zaraz w pierwszym rozdziale i świat przedstawiony wcale mi nie zgrzytał, nie przeszkadzało mi oddanie przez poszczególne państwa kluczowych miast (tylko ta przynależność Krakowa...), ani wykorzystanie pary (tu taka baba ze mnie wyszła, w ogóle nie zwróciłam uwagi na to, czy to da radę zadziałać, czy niekoniecznie).

    Odnośnie Krakowa jako wolnego miasta to aż tak mi to nie zgrzytało, bo gdzieś tam było powiedziane, że miał już swój status w czasach gdy Alians był tylko mrzonką, więc doszłam do wniosku, że utrzymanie tego statusu to po prostu drobna zmiana w prawdziwej historii dokonana przez autora.

    Nos długi jak u bociana mi nie przeszkadza, o klamce do zakrystii w życiu nie słyszałam :) Za to w ogóle nie pasowała mi ta zupa pomidorowa i tępa (jak) dzida, ale zapomniałam o tym napisać...

    "Póki co" to rusycyzm? Toć ja od lat tego nadużywam i pojęcia nie miałam... Ale z uwagi na męża z Rosji wybaczam sama sobie i będę udawać, że to naleciałość z jego powodu. O!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Póki co" to tzw. kalka leksykalna rosyjskiego пока что. Uważana jest za wyjątkowo nieładną i oczywiście niepoprawną w języku polskim.

      Co do pary wodnej, to jak pewnie zauważyłaś, piszę o tym nader nieśmiało, bo za chwilę wejdzie tu jakiś fizyk i udowodni, że jestem debilem :D Ale w ogóle mam wątpliwości co do sensowności magazynowania pary wodnej w butlach. I nie rozwijam tej myśli :D

      Usuń
    2. No patrz, jak ja się tu językowo u Ciebie edukuję:D

      Usuń
    3. Zalecam ostrożność - nie jestem polonistą, tylko samoukiem :D Chociaż poziom niektórych polonistów woła o pomstę do nieba. Czasami do gazet, w których zajmuję się redakcją, szkoły przysyłają jakieś teksty, bo chcą się czymś pochwalić. Te teksty zazwyczaj piszą poloniści. Normą jest, że zaczynają tak:

      "Dnia 28.VII.2017 r. nasza Szkoła otrzymała..."

      I tu już jest masa byków - 28 lipca, to dzień, więc "Dnia 28..." to masło maślane. Dalej - jeśli miesiąc zapisujemy cyfrą arabską, nie ma kropek (28 VII 2017). Do tego jakaś dziwaczna moda, w stylu gimbazy, pisania nazw typu "szkoła", "gmina", "urząd gminy" od wielkiej litery. No i na początku zdania powinien być zapis słowny, a nie cyfrowy, czyli:

      Dwudziestego ósmego lipca 2017 roku nasza szkoła otrzymała.

      I piszący w ten sposób uczą innych, jak pisać. No to potem skutki są, jakie są. Większość ludzi lepiej mówi, niż pisze, bo pisząc silą się na "mądralicę", a efekt jest dość żałosny :D

      Usuń
    4. To "dnia tego i tamtego..." to jest taki błąd charakterystyczny dla urzędów i szkolnych pism. Zresztą odnośnie polonistów to znam kilkoro po prostu rewelacyjnych, ale też kilkoro takich, że aż mi oczy chcą popełnić samobójstwo, jak czytam ich teksty. I to nie zawsze jest kwestia samych sformułowań, ale chociażby interpunkcji.

      Usuń
    5. Żeby to był błąd charakterystyczny tylko dla urzędasów... Kupiłem niedawno dwie książki Błażeja Śliwińskiego - profesora, mediewisty, który ma nader lekkie pióro - kiedyś pisałem, że jego opracowania naukowe czyta się jak kryminały :D I teraz jaką krzywdę profesorowi robią redaktorzy/korektorzy - w obu książkach, wydanych w różnych wydawnictwach (Avalon i DiG) uporczywie powtarzają się dwa błędy: oczywiście "dnia 20 sierpnia" i "póki co". Rozumiem, profesor akurat te dwa błędy popełnia. Zdarza się. Ale dwie pary redaktor-korektor z różnych wydawnictw tego nie wyłapały? To jaki poziom prezentują i za co biorą pieniądze?

      Usuń
  2. Można wiedzieć na jaki temat piszesz doktorat? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie piszesz, pisałeś dawno temu. Tematem były stosunki polsko-krzyżackie do 1266/7 roku (w 1266 zmarł Świętopełk wschodniopomorski, w 1267 Kazimierz I kujawski). Tylko w tzw. międzyczasie zmieniłem pracę z uczelni na media i rzuciłem doktorat z otwartym przewodem oraz niemal ukończoną pracą doktorską. Po prostu uznałem, że wolę pracę w mediach, więc szkoda czasu na edukowanie się w kierunku, z którym nie wiążę swojej przyszłości. Kupa pracy poszła psu na budę :D

      Usuń
  3. Kurczę, świetny temat miałeś! Opublikowaliśmy może coś z niej czy wszystko poszło, jak piszesz, psu na budę? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być oczywiście opublikowałeś a nie opublikowaliśmy:P

      Usuń
    2. Nie. Doktorat przerwałem praktycznie w 2004 r., teoretycznie w 2010 (dopiero po tylu latach uczenia mnie skreśliła z listy doktorantów). Natomiast w 2011 próbowałem pisać bloga o tej tematyce - dziś już bym tak z głowy nie pojechał :D

      https://piastowski.wordpress.com/

      Usuń
    3. Dzięki za linka, bardzo chętnie przeczytam. Pozdro ;)

      Usuń
    4. Weszłam sobie na tego bloga i kurczę, szkoda, że przerwałeś go pisać. Dobre to jest! Ujął mnie uroczy tekst o Ziemiańskim i jego historycznej wiedzy!

      Usuń
    5. Zielińskim :D Chodzi o Andrzeja Zielińskiego, autora m.in. takich wypocin jak:
      Początki Polski. Zagadki i tajemnice.
      Przekleństwo tronu Piastów.
      Król apostata. Największa tajemnica polskiego średniowiecza.


      Natomiast co do bloga historycznego, to obraz ogólny jest OK, ale niektóre szczegóły wymagają poprawy lub choćby przemyślenia. Związane to jest z postępem badań (blog był pisany w 2011 r.), w szczególności z publikacją pracy Agnieszki Gut, Średniowieczna dyplomatyka wschodniopomorska. Dokumenty i kancelarie Pomorza Wschodniego do 1309 roku, Szczecin 2014 oraz jej wcześniejszymi artykułami.

      Taki przykład – dość późne nekrologi klasztorów wschodniopomorskich kładą śmierć Mściwoja I na 1 maja 1220 roku. Z dokumentów wynikało, że musiał umrzeć wcześniej – gdzieś między 1213-1217 rokiem. Agnieszka Gut twierdzi jednak, że owe dokumenty mogą być późniejszymi falsyfikatami. Mamy więc późne nekrologi vs fałszywe dokumenty. I którym dać wiarę? Przyznam, że od tak dawna w tym nie siedzę, że nie umiem sobie teraz wyrobić zdania ot tak, z marszu. Musiałbym znowu w to wejść.

      A to dość istotne dla stosunków polsko/pomorsko-pruskich i polsko/pomorsko-krzyżackich ze względu na rolę Sambora II. Tu dochodzimy do zeznań jakie złożył Marolus, kapelan Świętopełka - brata Sambora podczas sporów Świętopełka z Zakonem. Relacja Marolusa pozbawiona jest dat rocznych. Mówił np., że Sambor pełnoletniość osiągnął 12 lat po śmierci ojca – Mściwoja I. Czyli mogło to nastąpić już w 1225 roku, a mogło dopiero w 1232. To ma wpływ na datację kolejnych wydarzeń, które wymienia Marolus – np. sojusz Sambora z Prusami i plan ślubu z córką pruskiego możnego Prerocha, początek przyjaźni Sambora z krzyżakami, małżeństwo Sambora i jego sojusz z książętami Meklemburgii. Ba, ma nawet wpływ na ustalenie, kto władał na Pomorzu Wsch. po Mściwoju I – jeśli zmarł w latach 1213-1217 to „głównym” następcą (seniorem rodu Sobiesławiczów) mógł być jego bratanek – Sobiesław II (zm. 1217), jeśli jednak śmierć Mściwoja I kłaść na 1220 r., to oczywiście zaraz po nim władzę przejął Świętopełk.

      Praca historyka, zwłaszcza mediewisty, wbrew temu co się Bieszkom wydaje, nie polega na odsłuchiwaniu filmików z youtube – to żmudna praca detektywistyczna :D Mój pierwszy promotor (z magisterki), nieżyjący już prof. Peltz mawiał: „Historycy dzielą się na inteligentnych i pracowitych. Ci pierwsi zajmują się średniowieczem” :D Związane to jest z tym, że mediewista, zwłaszcza zajmujący się polskim wczesnym średniowieczem (do XIII w. włącznie) ma ograniczony zasób źródeł – musi wykorzystać wszystkie i wycisnąć z nich jak najwięcej, a luki uzupełniać hipotezami. Zupełnie inaczej wygląda praca np. historyka XX wieku – ma takie bogactwo źródeł, że problemem jest raczej ich selekcja.

      Usuń
  4. Bardzo slaba ksiazka

    OdpowiedzUsuń