Łączna liczba wyświetleń

piątek, 15 stycznia 2021

Adam Przechrzta, Adept

Nie znoszę historii okresu rozbiorowego, być może dlatego, że do szkoły podstawowej chodziłem jeszcze w czasach ustroju słusznie minionego i byłem katowany dziejami ruchu robotniczego. Nie lubię też standardowych powieści historycznych o tym okresie (standardowych, czyli o wielkich – acz przegranych – wodzach i powstaniach). Natomiast lubię obyczajówki z akcją umieszczoną w XIX – początkach XX wieku (Lalka Prusa i Chłopi Reymonta to u mnie absolutny literacki TOP 10). I lubię fantastykę – historie alternatywne (że wymienię choćby Piskorskiego Zadrę oraz Czterdzieści i cztery, a i Krawędź czasu ma taki XIX-wieczny klimat).

Z tej sympatii do historii alternatywnych czaiłem się na Adepta Przechrzty – czaiłem się, bo opis apetyczny, lecz wydawca (specjalizujący się w prostych opowiastkach dla nastolatków) już nie. Ale niedawno przeprosiłem się z bibliotekami (po porażce, jaką była próba przeczytania ebooka Widma „Alchemika” Hamiltona – jednak ebooki to nie dla mnie). Więc przytargałem do domu z instytucji kulturalno-oświatowej zajmującej się upowszechnianiem czytelnictwa:

Właśnie zacząłem czytać Lód - ten sam okres, też historia alternatywna - więc tym bardziej dojrzałem mizerię Adepta

I nawet początek Adepta był obiecujący. Akcja toczy się gdzieś w latach 1912-1914 (po katastrofie Titanica, a przed wybuchem I wojny światowej), Polska nadal jest pod zaborami. Na terenie imperium rosyjskiego, w trzech miastach (Petersburg, Moskwa, Warszawa) pojawiły się enklawy – jakieś „przebicia” do innego świata. A wraz z nimi magia i potwory, które trzeba odizolować od zdrowego społeczeństwa murami wzmacnianymi srebrem. Do enklaw wyprawiają się alchemicy, po różne substancje do warzenia tego i owego.

Takowym alchemikiem jest główny bohater – Olaf Rudnicki. Postać radośnie niespójna; raz autor prezentuje go, jako alfę i omegę, by za chwile robić z niego skończoną sierotę. Na samym początku widzimy w nim doświadczonego eksploratora warszawskiej enklawy, który wie jak radzić sobie z potworami, by po jakimś czasie czytać, że boi się nawet iść obejrzeć coś, co wypełzło z enklawy, bo nie umie sobie radzić z potworami...

Raz autor prezentuje Olafa niemal jako komandosa, który odnajduje się w każdej sytuacji, by zaraz pokazać, że bez opiekunów nie poradziłby sobie pewnie nawet ze zjedzeniem owsianki. Właśnie – Przechrzta obstawił Rudnickiego masą opiekunów na każdą okazję, np.: zagrożenie fizyczne (Saszka, Anastazja i jeszcze inni), magiczne (Anastazja), polityczne (Saszka), finansowe (Maria Wołkońska). Jak tylko bohater wpada w kłopoty, zaraz niczym deus ex machina, pojawia się jakiś opiekun i ten problem rozwiązuje. Do tego niby Rudnicki przechodzi pewną przemianę, ale to taka przemiana, po której nic się nie zmienia. Rozpisałem się o nim, bo reszta bohaterów po prostu jest. I tyle. Choć mamy dość zabawną wizję rosyjskiej arystokracji, która nic, tylko marzy o brataniu się z plebsem.

Sam świat byłby ciekawy, gdyby był. Znaczy, niby jest, ale tak nie za bardzo :D Nie dostajemy ani sensownej wizji Warszawy początków XX wieku, ani sensownej wizji enklaw. Tylko jakieś okruchy, które zupełnie nie budują klimatu – akcja tej powieści mogłaby się toczyć w dowolnym miejscu i dowolnym okresie.

Być może ten klimat miał budować okultystyczny bełkot i bezsensowne mnożenie tajnych organizacji – jeśli tak, to nie wyszło. W ogóle Przechrzta próbował złapać za ogon zbyt wiele srok: i problem enklaw, i wątki szpiegowskie, i kryminalne, i konflikt polsko-rosyjski, i globalną politykę, i politykę ponadglobalną (w końcu mamy dwa połączone enklawami światy)... W efekcie żadnej z tych srok nie złapał porządnie, w garści zostało jeno parę piórek.

Ogólnie styl pisania Przechrzty jest całkiem niezły (nie jest to na pewno porażka w stylu Gołkowskiego): prosty, potrafiący przykuć uwagę przynajmniej do pewnego momentu. Sam lekturę mogę podzielić na trzy mniej więcej równe części: pierwsza wciągnęła, drugą czytałem jeszcze z pewnym zainteresowaniem, trzecia mnie wynudziła. Raczej nie będę brnąć w ten cykl.

Podsumowując: to pozycja, którą można przeczytać, ale nie trzeba. To taki zabijacz czasu i nic więcej.

OCENA5/10.

A. Przechrzta, Materia Prima, t. 1: Adept, wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2016, stron: 472.



28 komentarzy:

  1. To ciekawa jestem Twojej opinii o "Lodzie", bo ja się przy nim wynudziłam, jak diabeł na pokucie, cytując Bogusia Radziwiłła z "Potopu". :D A Przechrztę mam w planach, zobaczymy, co to za cudo. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałem dziś tego "Adepta" i zaraz - chyba w ramach odtrutki - zabrałem się za "Lód". Dużo nie przerobiłem, bo tylko coś koło 50 stron, ale na razie trwam w zachwycie - nawet jakby była to powieść zupełnie o niczym, to warto dla samego języka Dukaja.

      Usuń
  2. Autor jest historykiem z wykształcenia, naukowcem i doktorem nauk humanistycznych, absolwentem Uniwersytetu Zielonogórskiego, wespól ze znakomitym Romualdem Pawlakiem aktywnie pouczających kandydatów na pisarzy na portalu Weryfikatorium i pracuje jako nauczyciel (zdalny) i zarzucając mu niepójności i inne wady ośmieszasz się tylko, recenzenciku. Ma wielu doceniających go fanów, jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto chcąc przyciągnąć czytelników do swego blogaska będzie próbował zamachu na docenianego pisarza. Współczuję braku zdolności recenzenckich...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo dobry autor, historyk...

      Usuń
    2. Wiem, że autor jest historykiem (nawet moim starszym kolegą uczelnianym, bo kończyliśmy ten sam kierunek na tej samej uczelni) więc tym większe rozczarowanie, że tło historyczne jest nader słabe. Co do "znakomitości" Romualda Pawlaka, to mam dalece odmienna opinię - w mojej opinii, to autor, który najlepszą rzecz wystrzelił u progu kariery (opowiadanie "Wniebowstąpienie menela"), a potem było już tylko gorzej, by zjechać na sam dół nieśmiesznym, nudnym cyklem comic fantasy o rycerzu bezkonnym (i od tej pory nie śledzę jego dokonań).

      Natomiast co do twojej opinii (widzę, że boleśnie ukułem ego), to ukończenie studiów historycznych z nikogo nie czyni świetnego pisarza (sam jestem przykładem :P). Spore grono fanów też z nikogo nie czyni pisarza, bo zaprawdę trudno do tego grona zaliczyć Blankę Lipińską, Mroza, Ziemiańskiego, Michalak czy Miszczuk.

      Usuń
  3. Z ciebie taki historyk, jak z Hardego poeta. :D Który też ma spore grono fanów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponuję maść na ból zadka. I uprzedzam, że albo zaczniesz się wypowiadać merytorycznie, albo zostaniesz sokołem i polecisz stąd :D

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. To już "anonimowemu" trollowi podziękujemy. Zalecenie: maść na ból dupy. NIe dziękuj, ja tak z dobrego serca :D

      Usuń
  4. Czyli typowy paździerz ze słynnej Fabryki Paździerzostwa :D
    Choć pomysł fajny (tajemnicze strefy), ale taki pomysł to już Strugaccy mieli :)
    A komentarze fanów miodne. Jaki pisarz, tacy fani :D

    Odnośnie Lodu - napisany jest fantastycznie, ale nie dokończyłam i mam zamiar ponowić próbę. Kłopot z bardzo grubymi książkami jest taki, że nie można ich odkładać na długo, bo przy takiej ilości rozbudowanych wątków zwyczajnie już się wszystkiego nie pamięta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ów anonimowy, jak na fana, ma bardzo duży zasób informacji o autorze, bo nie tylko wykształcenie, ale jeszcze na jakim forum i z kim się udziela. Więc tak się zastanawiam czy to nie sam... :D

      No, a Lodu nie da się szybko czytać, za dużo dywagacji z różnych dziedzin wiedzy, w tym filozofii. To trzeba powoli i ze zrozumieniem. Powrót po jakimś czasie też pewnie byłby trudny.
      Ale styl - czołówka ekstraklasy. Jak Dukaj opisuje zimę, to robi się zimno, jak opisuje wieczór w knajpie, to wręcz czujesz smród papierosowego dymu.

      Usuń
  5. Czaiłem się na Przechrztę, ale tak to raczej odpuszczę. Przynajmniej ten cykl. A jak "Lód" Ci się podoba?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lód - paluszki lizać :D Dukaj na poziomie operowania słowem i pomysłów jest dwa okrążenia przed reszta polskich fantastów i to licząc z Sapkowskim i Tokarczuk. Tyle że jest mniej zainteresowany czytelnikiem, odnoszę wrażenie, że trochę odleciał w kosmos i bawi się słowem oraz filozofią sam dla siebie. A my tak przy okazji :D

      Polecam, ale na pewno nie jest to łatwa lektura.

      Usuń
    2. Kiedyś zacząłem czytać w bibliotece, ale mimo, że historia zaciekawiła, to przerwałem, bo język ciężki. Ale chciałbym w końcu do tego wrócić.
      A z Dukaja polecam "Perfekcyjną niedoskonałość" - jedno z najciekawszych science-fiction, jakie czytałem, mimo, że język też ciężki.

      Usuń
    3. Teraz czaję się na Dukaja "Inne pieśni", ale to nieprędko - właśnie mam rozgrzebane kilka książek ("Nagi bóg" Hamiltona, "Lód", "Kim jesteśmy, skąd przyszliśmy" Reicha, do tego komiks "Hellblazer" - muszę skończyć dwa tomy, żeby zastanowić się czy chcę dalej w ten cykl brnąć). No i nie chcę czytać Dukaja po Dukaju, bo w większym stężeniu pewnie jest męczący.

      Usuń
    4. Ja utknęłam na 300 stronie i nie mogę się zmusić, by ponownie się za to zabrać. Teraz może byłoby mi łatwiej, bo jednak więcej rzeczy przeczytałam. Ale też format nie sprzyja np. czytaniu w komunikacji miejskiej, a w ten sposób często się przymuszam, by się wciągnąć w trudniejsze rzeczy. Ale nie przeczę, już wtedy język wydawał mi się absolutnie cudowny.

      Usuń
    5. Format nie sprzyja w ogóle czytaniu. Nawet w wannie trudno :D Inna rzecz, że ta książka wymaga podejścia z szacunkiem - to nie jest coś do czytania w pociągu, wannie czy przed snem na zmulenie. Potrzebne odpowiednie warunki, odpowiednie skupienie.
      Dawno nie wciągałem tak wolno książki, ale niektóre akapity czytam po kilka razy :D

      Usuń
    6. Mi akurat łatwiej czasem się skupić w pozornie ruchliwej przestrzeni, bo przy obcych, w ciasnym otoczeniu, nie mam ochoty non stop sięgać po telefon.

      Usuń
    7. Olala, uzależnienie od neta? Ja tam w telefonie nie mam przynajmniej facebooka i messengera. A ŁodCapa w ogóle nie używam :D

      Usuń
  6. Odniesiesz się do oburzenia niejakiej Katarzyny Babis na YouTubie, na twórczość Piekary? O tyle ciekawe, że to dwa skrajne dzbany, więc głupot wypłynęło dużo. Jej argumenty idealnie nadają się do rozłożenia na łopatki, na Twoim blogu, czytałbym;) N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia Babis czyli wojująca julka. Zbudowała sobie jakiś obraz polskiej fantastyki na podstawie okruszków - bo do okruszków sprowadza się jej znajomość literatury. Czytałem jej artykuł na ten temat w Krytyce Politycznej, ale to chyba tylko skrót. I jak z nią polemizować? Jak się weźmie Achaję, Wędrowycza i Mordimera Madderdina, to można takie wnioski wysunąć.

      Ale zarzut, że ci pisarze prezentują męski i prawicowy punkt widzenia... A niby dlaczego mają prezentować lewicowy, feministyczny lub LGBTowski? Niech lewica dochowa się własnych gwiazd, bo z całym szacunkiem, ale te ich gwiazdki (najjaśniejsze to chyba Ćwiek, Jadowska i Gołkowski) prezentują się dość żenująco. Jak takiego Gołkowskiego ustawisz obok prawicowych Dukaja i Huberatha, to go nie widać - taki jest mały.

      Co do samego Piekary, to wrzucę swój post z Katedry:

      >Możliwe, że Piekara się skończył :D Acz mam nadzieję, że po prostu się "zapętlił" w tym inkwizytorze dla kasy. Tak mi przypomina mojego byłego szefa w jednej z gazet. Gazeta miała obrzydliwy layout, a przy tym kulało tam wiele innych rzeczy. Kiedyś na składzie ów jegomość siedzi i coś tam redaguje, a ja oglądam jedynkę i mówię:
      - Qfa, no zobacz jak to wygląda, weźcie coś zmieńcie, bo to oczy rani.
      Na co jegomość powoli podniósł głowę znad klawiatury, spojrzał na mnie zaskoczony i prawi:
      - Ale po co coś zmieniać, skoro to się dobrze sprzedaje?
      Dziś ta gazeta jest w stanie agonalnym.

      Pewnie Piekara ma tak samo - nie widzi sensu w zmienianiu czegokolwiek, skoro ta kaszana się dobrze sprzedaje. Acz sprzedaje się coraz słabiej, co chyba powinno mu dać do myślenia.

      W każdym razie, Piekara nigdy nie był pisarzem wybitnym, ale był pisarzem przyzwoitym. Właściwie to pominąwszy jego młodzieńcze wprawki ("Zaklęte miasto", "Smoki Haldoru", czy owego Conana popełnionego pod pseudonimem), lubię większość tego co wypuścił: planetę masek, Arivalda, Alicję, Rycerza kielichów, Necrosis, nawet Szubienicznika (choć Charakternika nie trawię). Więc mam nadzieję, że nasza twitterowa papla jeszcze nas czymś zaskoczy.

      Inna rzecz, że jak patrzę po innych koniach z tej stajni, to tam jest jakiś klimat sprzyjający staczaniu się pisarzy :D Wszak inne rumaki też od dawna nic sensownego nie pokazały - Grzędowicz od ośmiu lat (PLO IV), Kossakowska od trzynastu (Ruda sfora); oczywiście wspomnę o kabarecie pt. Kołodziejczak (sześć lat temu wypuścił jedną trzecią powieści i od tamtej pory cisza)<.

      Usuń
    2. Ech, Piekara jest, jaki jest, ale nie rozumiem, jak można się obrażać przy wyraźnie pisanym dla kasy Inkwizytorze, albo przy Pilipiuku, który jest zdecydowanie komediowy. XD Nie licząc Inkwizytora to od Piekary tylko "Szubienicznik" mnie odrzucił (może czytałam w złym czasie), a przygody Arivalda były chyba pierwszą książką, po którą sięgnęłam ze świadomością, że to jest polska fantastyka. Akurat pojawiła się jako nowość w szkolnej bibliotece. I dalej bardzo lubię.

      Usuń
    3. Piekara mnie wkurza, bo uważam, że stać go na więcej, niż bezsensowne mnożenie tomów inkwizytorskich. A przede wszystkim ongiś rozgrzebał i porzucił znacznie ciekawsze cykle - choćby planetę masek czy Necrosis.

      Usuń
    4. Necrosis też mocno bym przygarnęła. Przez tę książkę nie mogłam spać po nocach potem ze strachu, a to mi się raczej nie zdarza. OK, miałam może i z 15 lat, ale ona naprawdę była mocniejsza, niż to co czytałam normalnie wtedy.

      Usuń
  7. To raczej kompletnie nie moja dziedzina, choć czasem lubię zanurzyć się w totalnie nie moje klimaty. Tą jednak nie jestem zainteresowana. Czekam raczej na Lód - bo kiedyś planowałam ja przeczytać, ale jej objętość to coś, co mnie niestety odrzuca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez objętość nie kupiłem "Lodu" - wiadomo, że Dukaj nie jest prosty, a jak się odbiję - trzymać taką nieprzeczytaną kobyłę na półach? Inna rzecz, że wydanie pozostawia wiele do życzenia - niby okładka twarda, niby szyto-klejona, ale coś za delikatna na taką objętość (ten egzemplarz, który czytam, na ostro zwichrowany grzbiet). Dlatego wziąłem z biblioteki.

      Usuń
  8. A ja patrzę tak sobie niewinnie na tego Hamiltona i poczekam cierpliwie na jakieś dwa, trzy, dziesięć zdań o tych pozycjach. Nie ukrywam, że już od jakiegoś czasu mam na niego chrapkę, ale zawsze coś...a najbardziej mnie rozkładają te jego cykle i powiązania, że niby bez znajomości jednego nie ruszę drugiego, a serie te są okazale zacne.
    Cykl Kronik Upadłych oraz Pustki najbardziej bym chciał przeczytać. A tak się niewinnie składa, że za kilka złotych mogę wyrwać dwie sztuki Nagiego Boga - Wyprawa oraz Wiara, a także dwie sztuki Judasza Wyzwolonego - Śledztwo oraz Pościg. Przy czym bardziej skłaniałbym się ku Nagiemu Bogowi.
    Tym bardziej pomalutku czekam na waćpana recenzję odnośnie w/w powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed zakupem Hamiltona sprawdziłbym czy gdzieś w okolicy można wypożyczyć "Widmo >Alchemika<" i "Gwiazdę Pandory. Inwazję" - bo tego raczej nie znajdziesz na Allegro czy OLX. No chyba że lubisz czytać ebooki, to piratów jak mrówków :D

      Usuń