sobota, 23 stycznia 2016

Krzysztof Piskorski, Krawędź czasu

O kurcze, że on się w tym nie zamotał... A teraz jak napisać coś o tej książce, samemu się nie zamotać i nie spojlerować?

Piskorski inspirował się legendą o Żydzie Wiecznym Tułaczu. Niejaki Aswerus czy też Cartaphilus, a może Bassi Hadhret Issa (bo w różnych wersjach legendy nosi różne imiona) miał znieważać, poganiać czy nawet uderzyć Jezusa niosącego krzyż na Golgotę. Na to Jezus mu odparł: Idę, a ty zaczekasz na mój powrót. I od tej pory Żyd Wieczny Tułacz błąka się po świecie oczekując na ponowne przyjście Mesjasza.

W powieści Krzysztofa Piskorskiego główny bohater uwięziony został w czasie biegnącym nie liniowo, lecz... No właśnie, miałem napisać „po spirali”, ale to też byłoby nieadekwatne. Wydarzenia późniejsze i wcześniejsze przenikają się. Związki głównego bohatera z innymi postaciami nieraz są oczywiste, nieraz wychodzą dopiero po dłuższym czasie i są zaskakujące. A czasem towarzyszy nam tylko przeczucie – niby to „on”, ale dlaczego... I dopiero po iluś stronach dowiadujemy się „dlaczego”. W jednym przypadku wręcz wybałuszyłem oczy, rozdziawiłem papę i dopiero po chwili wyrwało mi się: O kur... (no tak, nie jestem chyba magister elegantiarum).

To brzmi skomplikowanie, ale autor przeprowadza nas „bezpiecznie” przez to wszystko. Sam się nie zamotał i czytelnikowi nie pozwolił się zamotać.

Akcja w znacznej mierze toczy się w alternatywnym miniświecie wyciętym z drugiej połowy XIX wieku, z dymiącymi fabrykami, fascynacją „nowoczesnymi” technologiami. Ale nie da się tej powieści zaszufladkować jako steampunk. Podobnie ma elementy fantasy, ale też nie do końca do takiej szufladki pasuje. Po prostu – wymyka się szufladkowaniu.

Piskorski potwierdził to, co napisałem przy Zadrze: umie pisać powieści. Czasem przy czytaniu książek polskich fantastów mam wrażenie, że autor miał pomysł na początek i koniec, a że zamarzyła mu się powieść, a nie opowiadanie, to pomiędzy nawciskał byle czego. U Piskorskiego tego nie ma, od pierwszej do ostatniej strony wygląda to na rzecz przemyślaną. Do tego nie sili się na „nie wiadomo co”. Chce fajnie opowiedzieć fajną historię i.... fajnie mu to wychodzi.

Do tego poziom jego książek wciąż rośnie. Opowieści piasków to było tradycyjne fantasy, acz bardzo dobrze napisane. Zadra to świetna, rozrywkowa literatura z akcją osadzoną w ciekawym uniwersum. Krawędź czasu to jeszcze poziom wyżej – książka na długo zostająca w głowie, zmuszająca do przemyśleń. Rozwiązania fabularne, kreacja świata i bohaterów – najwyższy poziom. U mnie jeszcze na lekturę czeka Cienioryt – ostatnia książka Piskorskiego. Mam nadzieję, a i recenzje na to wskazują, że autor pokazał, że potrafi pisać jeszcze lepiej.

Coś nam się ostatnio Piskorski zatarł – dotąd wypuszczał książki w odstępach rocznych, co najwyżej dwuletnich. Teraz milczy od trzech lat (pomijając dwa opowiadania z antologii). Do roboty!

Słowo o wydaniu: jak to w śp. Runie, oprawa graficzna na najwyższym poziomie. Okładka pasująca do treści, środek – łącznie z portretem Piskorskiego – fajnie stylizowany na XIX wiek. Opracowanie graficzne Krawędzi czasu zawdzięczamy Arturowi Sadłosowi.

Ocena: 10/10

K. Piskorski, Krawędź czasu, wydawnictwo Runa, Warszawa 2011, stron: 400.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz