Łączna liczba wyświetleń

środa, 21 kwietnia 2021

Siergiej Sniegow, Ludzie jak bogowie

Po udanej (acz tu jeszcze nie opisanej) przygodzie z Przełęczą Bułyczowa, sięgnąłem po kolejną klasyczną pozycję radzieckiej SF. Miałem złe przeczucia, więc Sniegowa wyszukałem w bibliotece – choć eSeF ma to w sprzedaży. Niby jest to trylogia, ale de facto to jedna powieść podzielona na tomy (ewentualnie, dwa pierwsze tomy są jedną powieścią, a tom trzeci to sequel z akcją umieszczoną kilkadziesiąt lat później, ale akcją wynikającą wprost z wydarzeń tomu drugiego).

Ludzie jak bogowie uchodzą za najlepszą radziecką space operę. Miało to całkiem sporo wydań w języku polskim, choć trylogię spotkała przypadłość znana też z Bułyczowa – w różnych wydaniach nieco grzebano przy tytułach, więc można się zagubić. W każdym razie: jeśli to jest najlepsza radziecka space opera, to lepiej sobie odpuścić radzieckie space opery.

Jednego nie można Sniegowowi odmówić: rozmachu. Ludzie budujący planety, statki kosmiczne „pożerające” przestrzeń, co umożliwia wielokrotne przekroczenie prędkości światła, telepatia, manipulowanie czasem, hodowanie smoków i pegazów.

A tak poza tym, to można mu odmówić wszystkiego, z talentem literackim na czele. Jest to rozpaczliwie naiwna powieść. Poczynając od bohaterów, którzy są bardziej posągami, niż ludźmi z krwi i kości. Wszyscy mądrzy, racjonalni, współpracujący bez większych zgrzytów – biorą się pod ręce i ruszają rzędem (t. 1, str. 23). Już to widzę oczami wyobraźni: ubrani jak radzieccy pionierzy ruszają ławą w stronę wschodzącego słońca, wschodzącego – naturalnie – na czerwono. Jakie to słodkie; Protiw bjedy, protiw wajny wstaniem za naszych malciszek. Sołnce – nawiek! sciastie – nawiek! – tak pawielieł cieławiek. Pust wsiegda budiet sonce, pust wsiegda budiet nieba... (kto nie zna, może posłuchać tu, to odpowiedni podkład muzyczny do powieści Sniegowa, a tu mamy nawet wykonanie tej piosenki specjalnie dla sowieckich kosmonautów).

A poza tym psychologicznie bohaterowie są rozwielitkami. No dobra, trochę przesadziłem – to poziom psychologiczny kury. I ten drób rozmawia ze sobą egzaltowanym, słodko-pierdzącym językiem...

Właśnie, komunizm. Sniegow miał okazję poznać sowiecki system i to bardzo dokładnie – w 1936 roku został skazany na dziesięć lat łagru, odsiedział dziewięć lat i miesiąc (jako naukowiec chyba nie był osadzony w jakichś strasznych warunkach, czego dowodzi choćby to, że po uwolnieniu dobrowolnie został w łagrze na kolejnych sześć lat, jako cywilny pracownik). I niektórzy doszukują się w tej space operze krytyki komunizmu – podobno dostrzegła to nawet sowiecka cenzura. Według tej tezy, społeczeństwo Niszczycieli (Zływrogów) miało zbyt przypominać sowiecką rzeczywistość. I rzeczywiście nieco przypomina.

Ale poza tym autor złożył ofiarę bożkowi Marksoleninowi. Społeczeństwo przyszłości funkcjonuje w ramach systemu, który można nazwać demokratycznym komunizmem (co jest, oczywiście, oksymoronem). Przy czym owa demokracja jest demokracją bezpośrednią – każdy wyraża swoją opinię przy pomocy Komputerów Państwowych. A wyniki głosowania też jakby z sowieckiej rzeczywistości. Kiedy raz dochodzi do sporu między bohaterami, co do polityki kosmicznej, spór rozstrzygnęła cała ludzkość – jedynie słuszny, postępowy i internacjonalistyczny... Tfu, co ja piszę: intergatunkowy pomysł zyskał aprobatę ponad dziewięćdziesięciu procent ludzi. Oczywiście przegrany, choć wcześniej dość zacięty (jedyna skaza na wizerunku tych wspaniałych Sowietów przyszłości), od razu godzi się ze swoją porażką.

Ta bezpośrednia demokracja obowiązuje też na... okrętach wojennych. Wyobraźcie to sobie – dowódca przed wydaniem rozkazu zarządza coś w rodzaju referendum. Ale że dowódca jest wybitnym mędrcem, a i jego podwładni to sami wybitni mędrcy – jedynie słuszna decyzja dostaje poparcie stuprocentowe (to już nawet Kimom w Korei się nie śniło).

Głównym tematem powieści jest budowa Związku Socjalistycznych Republik Galaktycznych (oczywiście taka nazwa nie pada, ale o to chodzi). Większość gatunków nieziemców jest zachwycona Ziemianami i ich komunizmem, więc z radością do tego galaktycznego kołchozu dołącza. Ale są i oporni – źli; tych trzeba przekonać: dobrociom, preswazjom i kulturom osobistom. Jak to komuniści mają w zwyczaju, ową dobroć i perswazję niosą w galaktykę uzbrojone po zęby okręty wojenne (nieśmiertelna sowiecka doktryna wojny o pokój).

Pozostaje zgodzić się z sowieckimi krytykami, którzy zaklasyfikowali tę trylogię do gatunku: komunistyczna utopia SF. Sam Sniegow z kolei twierdził, że to lekka parodia space opery. Jeśli taki był zamiar, to nie bardzo mu wyszło. Parodia jednak powinna być śmieszna, a tu mamy co najwyżej mało zabawny pastisz. Ale to jedna z wersji autora, bo była też inna, że zacytuję samego Sniegowa:

literatura na Zachodzie jest tragiczna. Opisuje naszą przyszłość jako królestwo potworów. Napisałem powieść o świetlanej przyszłości ludzkości.

Podsumowując: jest to powieść rozpaczliwie słaba jeśli chodzi o kreację bohaterów i całej ludzkości. Niewiele lepiej jest w przypadku nieziemców. Ponoć interesujące są pomysły autora na technologię przyszłości (oparte na jego niedokończonej rozprawie Fizyczna interpretacja przestrzeni nieeuklidesowych), ale nie mnie – humaniście to oceniać. Tylko taka uwaga: kolejne tomy trylogii ukazywały się w latach 1966, 1968, 1977, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że w owym cudzie techniki, okręcie pożerającym przestrzeń, np. dźwięki zapisuje się na taśmach (chyba chodzi o magnetofonowe; pamiętacie jeszcze takie coś, jak magnetofon?).

Wydanie typowe dla końcówki PRL-u, czyli beznadziejne, kieszonkowe, rozsypujące się. Korekta japońska – takase, np. nasi bohaterowie chcą wysądować jeńca (t. 3, str. 118; i chyba nie chodzi tu o sąd, a o sondę).

Mogę polecić jedynie wyjątkowym fanom radzieckiej SF. Jest to bez wątpienia ważna pozycja w dziejach literatury fantastycznej, ale bardzo brzydko się zestarzała.

OCENA: 5/10.

S. Sniegow, Ludzie jak bogowie, t. 1: Dalekie szlaki, tłum. T. Gosk, wydawnictwo Współpraca, Warszawa 1988, stron: 352.

S. Sniegow, Ludzie jak bogowie, t. 2: W Perseuszu, tłum. T. Gosk, wydawnictwo Współpraca, Warszawa 1988, stron: 224.

S. Sniegow, Ludzie jak bogowie, t. 3: Pętla wstecznego czasu, tłum. T. Gosk, wydawnictwo Współpraca, Warszawa 1988, stron: 272.


***

Polskie wydania:

Tym razem nie będzie okładek ze świata, bo byłoby to trudne i chronologicznie (większość wydań w pradawnych czasach, więc okładki trudne do odszukania), i ilościowo – masa wydań rosyjskich (do 2017 roku szesnaście), a także np. siedem niemieckich (w RFN, NRD i po zjednoczeniu), trzy-pięć japońskich (znalazłem różne informacje). Zatem tylko polskie.

Dwa pierwsze wydania (1972 i 1977 rok w zasłużonej serii Fantastyka Przygoda wydawnictwa Iskry) były omnibusowe, łączące tomy 1-2, pod tytułem Dalekie szlaki. Tom trzeci, pod tytułem W jądrze galaktyki, ukazał się dopiero w 1984 roku, w dwóch odcinkach, w miesięczniku Fantastyka (powieści były tam publikowane w formie umożliwiającej wyjęcie i złożenie w kolorowej okładce drukowanej na ostatniej stronie Fantastyki)

Wydanie drugie, z 1988 roku, właśnie to, z którego korzystałem, ma już nieco inne tytuły. Dalekie szlaki (wcześniej tytuł zbiorczy dwóch tomów) to już tylko tom pierwszy. A W jądrze galaktyki zmieniło się w Pętlę wstecznego czasu:


Trylogię wznowiło w 2013 roku wydawnictwo Solaris w serii Galaktyka Gutenberga (było też wydanie ebookowe z 2015 roku z niemal identycznymi okładkami). W tym wydaniu Dalekie szlaki zmieniają się w Galaktyczny zwiad:

W 2019 roku kolejne wydanie, wydawnictwo Stalker Books (czyli przemalowany Solaris) w serii Klasycy Radzieckiej SF. W tym wydaniu w omnibus połączono tomy 2-3. W 2020 roku trylogia wyszła też w ebooku zbierającym wszystkie trzy części:



7 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Radziecka fantastyka jakoś nigdy mi nie leżała. Widzę, że jedno ze sztandarowych (jak rozumiem) dzieł tego nurtu entuzjazmu nie wzbudza, co przyjmuję ze zrozumieniem, bo z radzieckiej (bardzo schyłkowo radzieckiej) fantastyki najbardziej lubię cykl "Dzieci Arbatu". A, no tak, to nie fantastyka.

    "Już to widzę oczami wyobraźni: ubrani jak radzieccy pionierzy ruszają ławą w stronę wschodzącego słońca, wschodzącego – naturalnie – na czerwono."

    Już widzę oczami wyobraźni, że w innym miejscu i innym czasie, autor bloga dostaje swoją dychę w łagrze, za nawoływanie do ucieczki w kierunku Japonii. No chyba, że chodzi o ławę bojowo-szturmową, niosącą pokój zaprzyjaźnionej klasie robotniczo-chłopskiej z kraju samurajów.

    Kolejna dycha, za reakcyjne plucie jadem i wyśmiewanie przodującej klasy, poprzez próby wplatania do powieści stworów niekompatybilnych z ogólnie przyjętym wizerunkiem socjalistycznym. Lud ma być mądry, racjonalny i pracujący bez większych zgrzytów. Ludzie z krwi i kości, to w Ameryce Murzynów biją.
    Rosjanie do spraw wizerunkowych zawsze przykładali wagę. Niezmiennie bawi mnie ukaz carski Piotra I o następującej treści: "Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego."
    Jeden ukaz, a jak wiele problemów rozwiązuje z bezczelną hołotą, która nie zna swojego miejsca w szeregu. Podejrzewam, że po łagrowym kurorcie, Sniegow swoje miejsce w szeregu poznał wystarczająco dobrze, aby na zimne dmuchać.

    "Ta bezpośrednia demokracja obowiązuje też na... okrętach wojennych. Wyobraźcie to sobie – dowódca przed wydaniem rozkazu zarządza coś w rodzaju referendum. Ale że dowódca jest wybitnym mędrcem, a i jego podwładni to sami wybitni mędrcy – jedynie słuszna decyzja dostaje poparcie stuprocentowe (to już nawet Kimom w Korei się nie śniło)."

    Oj tam, oj tam. W początkowej fazie Krasnej Armii zlikwidowano burżuazyjne stopnie wojskowe, aby zapanowała wreszcie równość. Żeby jednak ktoś dowodził, to go sobie żołnierze demokratycznie wybierali w głosowaniu (to się dopiero Kimom nie śniło). Niestety, szybko z tego zrezygnowana, aczkolwiek nie mam zupełnie pojęcia dlaczego, bo to całkiem fajny pomysł był :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Radziecka fantastyka jakoś nigdy mi nie leżała<

      Ale Bułyczowa "Przełęcz" polecam. Chyba najlepsza kosmiczna robinsonada, jaką czytałem.

      >W początkowej fazie Krasnej Armii zlikwidowano burżuazyjne stopnie wojskowe, aby zapanowała wreszcie równość<.

      A właśnie, nie przyszło mi do głowy, że przed Stalinem był Lenin. To pewnie cenzura sowiecka mogłaby odczytać jako krytykę nie tylko Stalina, ale przecież i Breżniewa (cara panującego, kiedy wychodziły kolejne tomy trylogii Sniegowa) - przeciwstawienie ich czasów czasom "czystego" leninowskiego komunizmu...

      Usuń
    2. Z Bułyczowa lubię guslarowskie opowiadania, ale to taka mało ortodoksyjna fantastyka jest, więc mam ciągle opory, aby go zaliczyć w poczet fantastów. Niemniej jednak jest solidna podstawa, żeby powieść przeczytać, tylko nie wiem jak z czasem będzie. Już i tak zrobiłem mocne postanowienie, że nie odpuszczę i przeczytam "Człowieka, który znał mowę węży" i póki co zakończyło się na zakupie.

      Usuń
    3. A ja akurat cyklu guslarskiego nie lubię. I przez to mnie wkurza ostatnie wydanie opowiadań Bułyczowa, bo Sedeńko wymieszał różne cykle - w tym samym tomie i opowiadania guslarskie, i z cyklu Pawłysz (jego częścią jest Przełęcz), i z jeszcze innych. Nie kupuję tego, bo jednak guslarskich jest najwięcej. Czekam na wydanie tomu tylko z opowiadaniami i minipowieściami o Pawłyszu - bo ten cykl składa się z dwóch powieści (Przełęcz - Za Przełęczą oraz Ostatnia wojna), pięciu minipowieści i dwóch opowiadań.

      Usuń
  3. I autor, który tak słabo pisał, miał czelność twierdzić, że zachodnia literatura jest tragiczna?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No :D Ale jaka też mogła być jego znajomość zachodniej literatury w latach 60. XX wieku...

      Usuń