Cały czas miałem wrażenie, że czytam mangę, tyle że bez obrazków. I to mangę bezobrazkową skierowaną do czytelnika nastoletniego.
Skąd to skojarzenie z japońskimi komiksami... Sam się początkowo zastanawiałem, ale w końcu mnie olśniło – to Atak tytanów w kosmosie. Resztki ludzkości oblężone, młodzi kadeci muszą odpierać napady istot, których pochodzenia nie znają i przyczyn ataków też nie znają.
Po trosze mamy kosmiczną robinsonadę; resztki ludzkości są na jakiejś obcej planecie, której nie mogą opuścić z dwóch przyczyn: po pierwsze, utracili technologię pozwalającą na kosmiczne wyprawy, po drugie, wyjście w przestrzeń kosmiczną zagradzają właśni ci obcy – Krellowie (nazwa zaczerpnięta z filmu, który ma wielkie znaczenie dla rozwoju kina SF: Zakazana planeta z 1956 roku).
Niby to science fiction (z naciskiem na fiction) – space opera, ale bohaterowie jak wyjęci ze standardowej fantasy Young Adult. Za wybrańca robi Spensa, typowa przedstawicielka grupy pierwszej smarkatych mesjaszy (tu coś o mesjaszach). Wywodzi się z biedy, blablabla, ma tajemnicze pochodzenie, blablabla, jest prześladowana za czyn ojca, blablabla, oczywiście zbawi ludzkość, blablabla (tzn. zbawienie jeszcze nie teraz, ale bez wątpienia nastąpi). I, oczywiście, ma orszak oraz znajduje „magiczny” duperel. Mesjasz nie musi mieć, ale fajnie jest jak ma, „chowańca”, czyli jakiegoś tam wilkora albo innego treecata (to z Webera) – Spensa ma... ślimaka (ślimak to ślimak, nie odgrywa jakiejś doniosłej roli, ale wierzę, że Sanderson coś dla niego przyszykował).
Przy takich postaciach istotne jest to, jak autor schemat poprowadzi. W przypadku Sandersona z grubsza wiemy bez czytania – napisał coś koło tysiąca książek, wszystkie mają te same plusy dodatnie i plusy ujemne.
Dodatnie: umiejętność tworzenia interesujących i dość oryginalnych światów, wywoływanie emocji u czytelnika, przyzwoite – patrząc całościowo – fabuły.
Ujemne: prości bohaterowie rodem z młodzieżówek, fabularne głupoty i nielogiczności. Zależnie od preferencji czytelnika, dodatnim lub ujemnym może być rzemieślniczość – dokładnie odmierzone proporcje między dialogiem i opisem, zwroty akcji umieszczone w odpowiedniej liczbie i odpowiednich miejscach, bohaterowie mający do odegrania role odpowiednie, żeby to angażowało czytelnika.
![]() |
| Wydanie twardookładkowe |
Pewnie gdybym miał dwanaście-szesnaście lat, to bym się w tej książce zakochał. Ale nie mam. Więc wynudziło mnie standardowe szkolenie mesjaszki – nudne i głupie ponad wszelkie wyobrażenie; do tego Sanderson obraża inteligencję czytelnika, ba, obraża nawet inteligencję szympansa (nie powinienem spojlerować, ale to tak debilne, że muszę: pierwszego dnia szkolenia, po półgodzinnym zaznajamianiu się z symulatorem, kadeci zostają zapakowani do myśliwców i rzuceni do walki z wrogiem – nie przypominam sobie w tej chwili, żebym kiedykolwiek przeczytał coś głupszego).
To współczesne Young Adult, więc powinien być romans; na razie nie ma, ale Sanderson jest producentem cyklonów, więc wiadomo, że w kolejnych tomach może to niedopatrzenie naprawić. Jest już kandydat zgodny z szablonem – jeśli w gronie bohaterów jest zabójczo przystojny i bogaty Murzyn sprawiający wrażenie dupka, którego główna bohaterka nie znosi, to na 99,99 procent będzie jej luby.
Nie jest tak, że ta powieść ma zero zalet. Jak pisałem: Sanderson napisał tysiąc książek, więc umie czytelnika łechtać. Łechczą tajemnice, w których odkrywanie czytelnik jest zręcznie angażowany. O, np.:
Czy to nie dziwne, że walczymy z Krellami od osiemdziesięciu lat i nawet nie wiemy, jak oni wyglądają? (...) I dlaczego oni nigdy nie wysyłają do ataku więcej niż sto myśliwców? Platformy obronne w pasie złomu w dużym stopniu wyjaśniają, dlaczego jeszcze żyjemy, ale to pytanie mnie dręczy. Czy Krelle nie mogliby wysłać dwukrotnie więcej maszyn i pokonać nas?
To nie koniec pytań, bo np. dlaczego ojca Spensy nazywają zdrajcą, co „wtedy” zaszło? Albo czym właściwie jest magiczny duperel – może to jednak dzieło Zła?
Trochę strawnych żartów, głównie wynikających z defektu sztucznej inteligencji, która straciła większość danych. Te żarty mnie rozbawiły – panowie, macie gotowce na podryw:
– Jesteś bardzo atrakcyjna i inteligentna – dodał M-Bot. – (...) Hm, jesteś wspaniałym dwunogiem. I bardzo efektywnie przetwarzasz tlen w dwutlenek węgla, gaz o podstawowym znaczeniu dla życia roślinnego na...– Bez urazy! – dorzucił M-Bot. – Masz bardzo ładne buty!– Pracowałam z nim nad prawieniem komplementów – wyjaśniłam.– Nie wyglądają tak głupio, jak reszta twojego stroju!– Musi jeszcze poćwiczyć.
Parę razy Sanderson spłatał mi psikusa – wynotowałem jakiś debilizm, żeby się poznęcać, a ten kilkadziesiąt, albo nawet kilkaset, stron później przedstawił jakieś strawne wyjaśnienie (wysłanie do walki gimbusów po półgodzinnym szkoleniu na symulatorze też próbował wyjaśnić, ale w tym przypadku kretynizm pomysłu jest tak wielki, że nie da się go przykryć).
Nie polecam, nie odradzam. Być może teraz cykl Sandersona jest niezłym wyborem – mnie upał zlasował mózg, więc dopóki nie odpuści, mam chęć właśnie na takie proste opowiastki. Pewnie przeczytam całość (to cztery powieści plus zbiór trzech nowel).
Z oceną problem, bo wiem, że to nie jest literatura – jakby to napisał analfabeta – „dedykowana”* mnie. Ale skoro przeczytałem całość i mam zamiar brnąć w kolejne tomy, to naciągane:
Ocena: 6/10.
B. Sanderson, Skyward, t. 1: Do gwiazd, tłum. Z. A. Królicki, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019, stron: 606.
_________
PRZYPIS
* Jak czytam bełkot typu „destynacja dedykowana seniorom” to mnie telepie – latem mamy wysyp takich wysrywów na portalach informacyjnych.
Zob. też:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz