Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 26 października 2026

Adrian Tchaikovsky, Dzieci ruiny

Przyzwoita science fiction, choć dość męcząca w lekturze. Wizja od strony biologicznej oszałamiająca, choć nie wiem czy sensowna, od strony technologicznej ciężko niedorzeczna.


Jeśli ktoś nie czytał pierwszego tomu, czyli Dzieci czasu, to doradzam przerwać w tym miejscu i przenieść się do notki o tamtej części, bo jednak spojler będzie.


Cykl Czajkowskiego (będę się posługiwał prawdziwym nazwiskiem, a nie pseudonimem w formie anglosaskiego zapisu) to jego wizja przyszłych dziejów ludzkości (i nie tylko ludzkości). Akcja rozpisana jest na tysiące lat. Nasza Ziemia została zniszczona, niedobitki ludzkości pałętają się po kosmosie szukając nowych światów dla siebie. Nie jest o to łatwo, bo zanim ludzkość upadła, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego powodu, zasiedliła inne planety życiem rozumnym wyhodowanym z ziemskich gatunków. W poprzednim tomie statek z kolonistami, około pół miliona ludzi, dotarł do planety opanowanej przez rozumne pająki, potomków ziemskiego gatunku Portia labiata. Doszło do starcia, „nasi” dostali w zadek. Ale pająki są dobre, pozwoliły ludziom osiedlić się na planecie.

Mijają lata – gdzieś pewnie około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu (babka jednej z bohaterek należała do tych pierwszych kolonistów). Do pajęczej planety docierają sygnały z innych światów, które dawno temu terraformowali ludzie. Społeczeństwo pajęczo-ludzkie wysyła wyprawę do jednego z takich systemów. W pewnym sensie członkiem załogi jest jakaś wersja Avrany Kern – to była główna terraformatorka, obecnie egzystująca jako sztuczna inteligencja i mająca status niemalże bogini. Nie wiem, czy wiarygodna jest dla mnie technologia pajęcza, dzięki której owa sztuczna inteligencja może istnieć...

Doktor Avrana Kern jest podejrzliwa z natury. Po trosze jest to spowodowane głęboko zakorzenioną traumą wynikającą ze zdrady przez podkomendnego, kiedy jeszcze była człowiekiem, żyła i miała – względnie – równo pod sufitem. Po części zaś po prostu taka się urodziła. Ta podejrzliwość przetrwała w niej mimo rozlicznych postaci, jakie przybierała: od człowieka przez hybrydę człowieka i sztucznej inteligencji, samej czystej sztucznej inteligencji (która uważała siebie za człowieka) aż po złożony program uruchomiony na podstawie organicznego systemu operacyjnego będącego wynikiem interakcji milionów mrówek. (str. 185).

Przeszłość systemu (bo tu chodzi o dwa ciała kosmiczne, które nazwano Damaszek i Nod), do którego zdąża wyprawa, poznajemy z retrospekcji. Na Damaszku, wodnej planecie, kolejny terraformator – Disra Senkovi, znowu nie wiadomo po co, osiedlił i obdarzył inteligencją ośmiornice. Na drugim świecie też coś jest, ale nie ma ziemskiego pochodzenia – czyżby po raz pierwszy ludzkość napotkała obcą (tzn. niestworzoną przez siebie) inteligencję?

Zdyszany usiadł i oparł się o ścianę z gorzką świadomością tego, jakim jest człowiekiem. Lubił ośmiornice, owszem, ale były zwierzakami. Nieważne, jak bardzo próbował, ile przebył lat świetlnych, nie przestał myśleć o nich w ten sposób. Rozmnażał je, poddawał mutacji i bawi się w nie wiadomo jakiego Boga, i teraz one chciały wiedzieć dlaczego, a on nie znał odpowiedzi. (str. 76).

Chyba niczego nie zdradzam pisząc, że dojdzie do spotkania ludzi, pająków i ośmiornic? Naturalnie będą wielkie problemy z porozumiewaniem (trochę mi to przypominało film Nowy początek z 2016, ale tu jest bardziej skomplikowane, bo ludzie i pająki jeszcze nie do końca potrafią komunikować się między sobą, a tu jeszcze ośmiornice, bardziej obce choćby ze względu na odmienne środowisko).

Książka jest zarazem świetna i słaba – zależy czego szukacie. Jeśli chodzi o wizję obcych gatunków i komunikacji między nimi – pierwsza klasa. Czajkowski jest zoologiem, do tego konsultował się z szeregiem doradców naukowych. Te jego gatunki są naprawdę obce; jeśli czytaliście Dzieci czasu, to głowonogi są nam jeszcze trudniejsze do ogarnięcia od pająków. A co tu dopiero mówić o obcej fauno-florze z Nod – kawałki z wyprawy ludzkiej (tej z retrospekcji) na Nod były dla mnie najlepszą częścią powieści.

Pamiętamy czasy, kiedy nie było żadnych Nas do pamiętania. Świat był wtedy mały i surowy, tyle w każdym razie zostało zarejestrowane w naszych archiwach, a My byliśmy sami, każde pokolenie pozostawało odcięte od poprzedniego. Dopóki – ponieważ dzięki temu nasze pokolenia mogły lepiej przetrwać i się rozmnażać - Jeden-z-Nas nie posiadł zdolności zachowania samego siebie w pierwszym archiwum. I ten Jeden-z-Nas prosperował, a wszyscy Inni-z-Nas zginęli lub zmienili się i stali się czymś innym niż My. Pamiętamy. (str. 563)

W zakresie kreacji obcych gatunków to raczej hard SF niż space opera. Wizja oszałamiająca, co więcej: sprawia wrażenie wiarygodnej (czy jest wiarygodna, to już inna sprawa, może Beatrycze się wypowie – jako historyk, jestem na to zbyt głupi).

Problem z tą książką jest taki, że wciąga tylko takimi pomysłami. Bo już jeśli chodzi o rozwój technologii, szczególnie głowonogów, jest to dla mnie dalece niewiarygodne. Bo jak stworzenia wodne mają pozyskać materiały do budowy czegokolwiek, co nie jest wykonane wyłącznie z kamienia? Jak w wodzie wyprodukować stal czy tworzywa sztuczne? No bo chyba nie budują okrętów kosmicznych z piasku i muszelek sklejanych na ślinę (czy czym tam głowonogi plują)? A skąd mają narzędzia do tej produkcji?

Sama fabuła skupia się – takie mam odczucie, że to było dla autora najważniejsze – na komunikacji kilku dalece odmiennych gatunków. Jest to interesujące, ale raczej nie z gatunku: „czytam z wypiekami na twarzy”. I chyba trochę zbyt wiele miejsca Czajkowski na to poświęcił. Mam też wrażenie, że w zakresie kontaktów obcych sobie gatunków tryska nadmiernym optymizmem, takim wręcz na poziomie Sniegowa (choć, przyznaję, uniknął naiwności rodem z sowieckiej literatury młodzieżowej).

A teraz to, co sprawiło, że męczyłem się z Dziećmi ruiny chyba z miesiąc, z przerwami, czytając po parę rozdziałów wieczorami: bohaterowie. Pal licho pająki i ośmiornice – są nam obce. Ale ludzie... To nie są ludzie – to są ludziki z papieru. Nawet tam, gdzie Czajkowski stara się ich pogłębić, mimo wszystko są zimni i sterylni. Może dlatego, że nie robią nic ponad to, co wymaga fabuła – czyli tylko pracują (i w domyśle: śpią). Pracują zgodnie na wspólny sukces (nawet jeśli gdzieś tam się czasami odezwą ambicje). Wobec czegoś obcego, nowego odczuwają wyłącznie naukowe zainteresowanie – no może raz pojawia się lekki strach.

Jedna z bohaterek chyba dwukrotnie wspomina swoją rodzinę i szkołę, do której chodziła, pozostali nie mają przeszłości. Wszyscy nie mają teraźniejszości – np. nie mają czasu wolnego, a w każdym razie nie widzimy go, nie mają uczuć, związków wykraczających poza czysty seks (ale to tylko ci z retrospekcji, bo „współcześni” nawet tego nie mają). To już nasze koty i psy mają więcej ludzkich cech od bohaterów Czajkowskiego. Lepiej udali mu się Obcy niż ludzie.

Właśnie przez tę kreację bohaterów powieść była dla mnie rozczarowująca – fragmentami bardzo dobra, ale całościowo nie sprostała oczekiwaniom. Przeszło mi nawet przez głowę, że tak pisze człowiek, który ludzi albo nie rozumie, albo nie lubi. To jest piąta lub szósta* powieść Czajkowskiego, którą przerobiłem i chyba tu kreacja bohaterów najbardziej leży, choć właściwie w każdej jest z tym słabo (najlepiej pewnie w Dzieciach czasu).

Chyba nie będę w ten cykl brnął, bo z tego co widzę po recenzjach, to kolejny tom – Dzieci pamięci znowu powtarza ten sam schemat, tylko mnożąc gatunki. Znowu jakaś planeta z istotami obdarzonymi rozumem, znowu przybywa wyprawa, już w szerszym gronie: ludzko-pajęczo-ośmiornicza, pewnie znowu problemy z komunikacją.

Może fajniejsze byłyby wywody Czajkowskiego w formie popularnonaukowej, coś na kształt książki Jamesa Trefila i Michaela Summersa o długim tytule: Wyobrażone Życie. Wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych. I oczekiwałbym pierwszego rozdziału pod tytułem (może ciut kulturalniejszym): Po jaką cholerę ludzie mają tworzyć inne inteligentne gatunki – potencjalnych wrogów i pewnych konkurentów?

Tłumaczenie lepsze niż pierwszego tomu w wydaniu Rebisu (bo w tym czytałem), niemniej trafił się wyjątkowo irytujący byk (str. 337):

Z tymże odkrycia te utkną na statku razem z Fabianem...

Bardzo brzydki błąd, niestety, coraz częstszy – coraz częściej widzę „z tymże” (= z tym) zamiast „z tym że” (= ale) i podobny: „także” (= również) zamiast „tak że” (= więc).

Byłoby pięć, ale dodatkowy punkcik za wątek horrorowaty (który finalnie i tak się skichał):

OCENA: 6/10.

A. Tchaikovsky, Dzieci czasu, t. 2: Dzieci ruiny, tłum. T. Chyrzyński, wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2025, stron: 612.

_________
PRZYPIS:
* Nie pamiętam, ile przeczytałem tomów cyklu fantasy Cienie pojętnych – trzy lub cztery.


Zob. też:



Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz