środa, 29 sierpnia 2018

Książki, których (mimo najszczerszych chęci) nie udało mi się przeczytać


Kiedyś nawet mierne książki czytałem do końca. Ale to z wiekiem mija. Przychodzi ten czas, że jakoś dociera do świadomości, że tyle jest świetnych książek, których nigdy nie przeczytasz, więc szkoda męczyć się i marnować czas na powieści mierne, czy nawet przeciętne.

Zastanawiałem się czy wypada pisać o książkach, których się nie doczytało. Katrina z Drewnianego Mostu doradziła, żebym zrobił taką zbiorówkę – no to robię.

Jedziemy od góry.

Gdybym miał napisać odrębną notkę o Pladze olbrzymów, to zatytułowałbym ją: Książka z waty. Tak się zastanawiam, kto wcisnął pisarzom kit, że poniżej sześciuset stron to nie powieść, tylko popierdułka? Coraz częściej wpadają mi w ręce książki, w których treści jest na trzysta czy czterysta stron, a mają dwa razy tyle. Oczywiście objętość uzyskuje się przez dodawanie waty, czyli zwykłe wodolejstwo.

Jak sądzicie, ile miejsce potrzebuje pisarz, żeby opisać pobudkę? Tak, taką, jak ktoś was obudzi ze snu. Nie wiem, ile potrzebuje pisarz, ale Kevin Hearne aż dwie i pół strony (proszę zweryfikować – strony 95-97). Więc najpierw w drzwi łomoczą, bohater się budzi (obok kochanka – tej samej płci, oczywiście), ma jakieś przemyślenia, krótki dialog z budzącym, parę słów z kochankiem, mycie, ubieranie, wychodzenie z domu. Już mnie znudziło pisanie tego jednozdaniowego streszczenia. To wyobraźcie sobie jaką nudą wieje z Plagi olbrzymów.

Do tej książki negatywnie nastawił mnie już początek. A to za sprawą oklepanego motywu – co się działo „do tej pory” dowiadujemy się z opowieści barda... Nie jest to jedna, długa opowieść, tylko serial – wieczorami ludzie schodzą się, żeby posłuchać barda. Więc co kawałek jesteśmy obdarzani kolejną watą w postaci opisów schodzących się ludzi, przedbiegów do opowieści barda, prezentacji narratora (bo bard wciela się w coraz to inne osoby i z ich punku widzenia ukazuje wydarzenia). I to się ciągnie, ciągnie i ciągnie...

Jesteśmy też raczeni poezją. Nie wiem komu tu przypisać odpowiedzialność – autorowi czy tłumaczowi, ale to jest straszne. Lepsze rymy składają chyba przedszkolaki.

Ale wicie, rozumicie – Kevin Hearne kilka książek na rynek puścił, więc to nie byle kto, tylko szanujący się pisarz. I jako taki zaczął fachowo – nagryzmolił mapkę: „Tu panie, damy półwysep, tu wyspę, tu góry, tu będą mieszkać Murzyni, a tu olbrzymy”. Jakoś to skojarzyło mi się z niesławnymi wyczynami niejakiego Terry Brooksa, a konkretnie z cyklem Shannara. Bo już mapki światów fantasy z gier pomysłowością biją to na głowę.

System magii z grubsza rzecz biorąc też standardowy do zrzygania – mamy magów od wody, ognia, drzew...

Opisy w założeniu chyba miały być plastyczne. Są – plastyczne jak raport komornika z wizyty w domu dłużnika. Coś w stylu: „Stół zabytkowy, około stuletni, z nogami toczonymi. Do tego krzeseł sześć, jedno wykoślawione. Na stole obrus wyszywany motywami ludowymi. Za stołem komoda...”.

Wytrzymałem sto stron. Odradzam.

OCENA: 4/10.

K. Hearne, Plaga olbrzymów, tłum. M. Smulewska, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2018, stron: 700.


Cykl Podlewskiego Głębia zachwalany jest na tylu blogach, że kiedy mnie naszło na space operę bez wahania sięgnąłem po pierwszy tom. Głupi Paweł, głupi jak but, po raz kolejny dał się nabrać Fabryce Słów.

Tu nawet nie mam za dużo do napisania. Właściwie mógłbym zrobić kopiuj-wklej z opinii o poprzedniej książce – wodolejstwo do granic możliwości. Ale, żeby tylko to... Nie, Podlewski to wyższa szkoła jazdy – to wodolejstwo obficie okraszone jest pseudonaukowym bełkotem. Jak to już napisałem na Katedrze:
To opowieść o tym, jak NeoZenon NeoKowalski podrapał się stazoprętem po neojajach... Opis drapania ciągnie się przez 27 stron.
Żeby nam utrudnić przebrnięcie przez to wodolejstwo i bełkot, autor co chwila wprowadza nowego bohatera. Oni chyba nawet mieli jakieś cechy, ale nie pamiętam jakie – po dwudziestu stronach zacząłem przysypiać. Po stu dałem na luz i rzuciłem ten badziew na półkę.

Panie Podlewski, ja wiem, że pan się bardzo przyłożyłeś do tej książki, przeczytałeś masę opracowań naukowych. Ale naprawdę, nie wszystko co wyczytałeś, musi się w książce znaleźć. Taka rada na przyszłość – jak pan napiszesz książkę, schowaj ją później do szuflady na pół roku. Potem wyjmij, przeczytaj, popraw bełkot, wywal wodolejstwo. Nie licz na redaktorów z Fabryki – tam każdy szajs kwalifikuje się do druku.

Podsumowując: jeżu kolczasty i borze szumiący, jaka to była nuuuda.

OCENA: 2/10.

M. Podlewski, Głębia. Skokowiec, wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2015, stron: 710.


I książka, którą musiałem przenieść do drugiego rzędu na półce, bo jej widok przyprawia mnie o wyrzuty sumienia. Jak już nie raz pisałem, nie biorę książek od wydawców do recenzowania. Powody są dwa – nie chcę czuć się zobowiązany do doczytania do końca czegoś, co mi nie podchodzi i nie chcę (nawet podświadomie) czuć się zobowiązany wobec wydawcy. Raz zrobiłem wyjątek, bo książkę zaoferował nie wydawca, lecz pisarz, a do tego autor bloga, który podglądam.

Piotr Muszyński wymyślił całkiem fajny świat – po burzy czasoprzestrzennej, która sprawiła, że np. sąsiadem Polski Anno Domini 2030 jest III Rzesza Anno Domini 1941. Niejako przy okazji, pojawili się ludzie z magicznymi talentami.

Mamy do tego nienajgorszych bohaterów, mnie zwłaszcza spodobał się major Zielonogórski. Głowna bohaterka (w dwóch osobach) – nastolatka już znacznie mniej.

Dlaczego zatem nie doczytałem do końca (choć i tak podszedłem znacznie bardziej ambitnie, niż do dwóch poprzednich – przerobiłem całe 150 stron)? Cóż, Piotr zrobił wielki błąd – oddał książkę w ręce partackiemu wydawcy, który nie zapewnił mu w ogóle redaktora (nie ma w stopce), a korektorkę chyba ślepą (uwiecznijmy jej nazwisko: Joanna Nowak). Już pal licho, że w niektórych miejscach prosi się o zrobienie lub połączenie akapitów, niektóre można w ogóle wywalić.

Ale w książce roi się od literówek, błędów stylistycznych, interpunkcyjnych, a nawet ortograficznych. Dam przykład (s. 71) – na rzece skruszono lud. Zastanawiam się, czym skruszono – pałami policyjnymi? Bo zawsze mi się wydawało, że lud to może protestować pod Sejmem, a woda w stanie stałym, to lód.

I przez to przyjemność z czytania książki wyparowała, a zamiast tego zająłem się tropieniem językowego robactwa. Aż uznałem, że to nie ma sensu (trochę mi szkoda, bo ta książka ma potencjał). Piotrze, zmień wydawcę – ten wbija Ci nóż w plecy.

W tym przypadku pozostawię bez punkcików, bo przy takiej „obróbce” nie jestem w stanie ocenić powieści.

OCENA: ?/10.

P. Muszyński, Ten co walczy z potworami, wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2017, stron: 552.


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

34 komentarze:

  1. A czy bohater "Plagi olbrzymów" po wykonaniu porannych czynności schodzi na śniadanie? :D
    W sumie nawet nie wiedziałam, że to takie grube jest.

    Przy Podlewskim to się trochę dziwię - Luby mój czytał i sobie chwalił. Drugi tom chwalił już zdecydowanie mniej, a trzeci porzucił gdzieś w 1/4 i na razie nie ma zamiaru wracać...

    A ten lud to może był skruszony w sensie wyrzutów sumienia i na rzekę wypłynąwszy tratwami pokutnymi, dokonywał rytualnych ablucji?... Czy coś :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bohater Plagi olbrzymów po pobudce zostaje zabrany na spotkanie z kimś ważnym. Opis zabierania na spotkanie, oczekiwania na kogoś ważnego i samego spotkania mieści się na stronach 97-103. Fabułę do przodu na tych sześciu stronach popycha jedno zdanie - reszta to niepotrzebne "ozdobniki".

      Sensowne zdanie dotyczy tego, że morze wyrzuciło kogoś na brzeg i ważna osoba zleca gościowi zbadanie tego. Po to, żebyśmy przeczytali to jedno zdanie, mamy opis od pobudki bohatera począwszy, czyli łącznie nieco ponad osiem stron (95-103). Owszem, poznajemy na tych stronach bohaterów, którzy być może dalej odgrywają jakąś rolę. Sądzę, że na to wszystko w zupełności powinny wystarczyć dwie strony. Czyli dostaliśmy ponad sześć stron waty.

      Ja nie wiem, jak Le Guin sobie radziła ze zmieszczeniem powieści na 180-250 stronach... To jakieś popierdułki musiała pisać :D

      Usuń
    2. To, że kiedyś pisali cienkie ksiązki to nie jest taka prosta sprawa ;) Czytałam kiedyś fajny artykuł (w lengłydżu) o tym, dlaczego książki grubną. Konkluzja była taka, że w tych latach 70tych autorzy (zwłaszcza literatury popularnej gatunkowej) musieli się streszczać, bo powieść musiała się zmieścić w tanim (znaczy - cienkim) paperbacku, który student/nastolatek mógłby bezboleśnie nabyć. Wraz z rozwojem technologii druku (pozwalającej drukować taniej) objętość książek mogła rosnąć. Więc to nie tylko kwestia artyzmu ;) (ogólnie jak znajdę ten artykuł a nie zapomnę, to go podlinkuję)

      Usuń
    3. Mi się wydaje, że teraz obyczajówki i kryminały są coraz grubsze, bo za grubszą książkę można dostać więcej kasy od klientów.

      Usuń
    4. Moreni
      Może masz rację, bo w latach 70 porządna powieść to miała 150-400 stron, a teraz musi mieć co najmniej 600. Chociaż w starszej fantastyce też się znajdzie wyjątki, choćby Silverberga "Zamek Lorda Valentine'a"(600 stron ale to w wydaniu Solaris - mała czcionka) Feista "Mag" (wydany w dwóch tomach - "Adept magii" i "Mistrz magii" - łącznie ponad 1000 stron (! - ale tu były zawirowania z wydaniem, bo pierwsze puścili Feistowi okrojone), "Smoczy tron" Williamsa (824 strony) itd.

      Izabela Łęcka-Wokulska
      Pewnie tak. Ale człowiek z tęsknotą wspomina powieści LeGuin, Zelaznego czy Glena Cooka - kurcze, oni na 250 stronach potrafili zawrzeć więcej, niż ten cały Hearne zamieści w pięciu tomach o łącznej objętości 3500 stron...

      Usuń
  2. A tak interesująco zapowiadała się ta "Głębia" I te oceny i te "ochy" i "achy". Ufam Twojemu zdanie i mam wyjebane na ten cykl, skoro szkoda czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niżej, w odpowiedzi do postu Sylwki, masz cytaty. Sam zobaczysz czy to dla Ciebie.

      Usuń
  3. Nie czytałam żadnej i do żadnej mnie nie ciągnie, ale nurtuje mnie jedno - jak na tych 2,5 str. precyzyjnego opisu pobudki można było pominąć wizytę w kibelku? Toż to poranna konieczność i oczywistość :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie bohater nie czuł potrzeby defekacji, więc tylko dowiadujemy się, jakie urządzenia sanitarne miał w domu - potknął się o nocnik i umył w misce.

      Usuń
    2. Widzę, że ten poranny opis musiał być wyjątkowo fascynujący :D

      Usuń
    3. Wrzuciłbym, ale zaprawdę - nie chce mi się tyle stron przepisywać :D

      Usuń
  4. Nie znam,ale napisz dlaczego nie polubiłeś Drapieżnego rodu Piastów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leśniewski to facet, który od kilku lat pisuje artykuły popularno-"naukowe" do różnych czasopism - stawiany w jednym szeregu z Zielińskim, Skrokiem, Cecułą. Nie Janickim – Janicki ma wiedzę, tylko jest manipulatorem/pisarczykiem – nie chodzi mu o przekazanie wiedzy, tylko zdobywanie klientów przez epatowanie rzeczywistymi lub wymyślonymi skandalami oraz językiem tabloidowym. W każdym razie, Janickiemu odmawiam uczciwości, a nie kompetencji. I tak Janicki podsumował jeden z artykułów Leśniewskiego:

      >Niezwykle niemerytoryczny, sprzeczny z krytyką źródłową, autorstwa człowieka który nawet nie ma historycznego wykształcenia (co może każdy sprawdzić w opi)<

      Leśniewski, nie mając pojęcia o historii, smara na zamówienie niesławnej Bellony (tak, tej od Bieszka) książki z najróżniejszych okresów – od starożytności po wojny napoleońskie.

      Kiedyś pokusiłem się o zrobienie listy błędów w jego kilkustronicowym artykule. To w następnym poście, bo jest długie :D

      Usuń
    2. To byki z artykułu Lesniewskiego (niestety, post "przyjmuje" tylko 4000 znaków):

      >jego [Mieszka II - pm] teściowa (sic!), księżna Matylda, poświęciła mu niemal pean<

      Autorką listu do Mieszka II (z "peanami") była Matylda, córka Hermana II ks. szwabskiego, żona Konrada karynckiego, a następnie Fryderyka lotaryńskiego.
      Teściową Mieszka II była Matylda, córka cesarza Ottona II, żona palatyna reńskiego Ezona.
      Do stwierdzenia, że Leśniewski napisał idiotyzm wystarczy porównanie dat: teściowa Mieszka II zmarła w 1025 r., a "peany" Matyldy powstały między 1025 a 1027 r. Od kiedy to trupy piszą peany? No, chyba że ma życzenie Leśniewskiego. Toteż nie dziwi mnie podkreślenie tego niezwykłego wydarzenia przez: (sic!)

      >[Bezprym] Z ruską pomocą zamierzał zamienić katolicyzm na prawosławie<

      Ręce mi opadły... Nie wiem skąd te bzdury są zaczerpnięte, bo żaden historyk (nie amator, bo w tym orientacji nie mam) o czymś takim nie pisał (mogli pisać co najwyżej o "obrządku słowiańskim", ale to nie prawosławie, a poza tym też nie ma podstaw źródłowych).
      Zresztą schizma wschodnia, czyli rozpad chrześcijaństwa na wschodnie i zachodnie miała miejsce dopiero 22 lata później...

      >Wiosną 1033 r. Bezprym zginął otruty<

      Kolejny bzdet. Źródła donoszą tylko, że zginął: "zamordowany przez swoich, nie bez poduszczenia braci". Zresztą z jednego przekazu można wnioskować, że został zabity przez swojego giermka i bynajmniej nie trucizną (ale o tym niżej).
      Ale rozumiem - trucizna to takie sensacyjne.

      >jego [Bezpryma] śmierć spowodowali przyrodni bracia Otton i Mieszko II, który w międzyczasie powrócił z wygnania.<

      Źródła najpierw opisują śmierć Bezpryma, a dopiero później powrót Mieszka, przedstawiając drugie wydarzenie jako konsekwencję pierwszego ("Natomiast więc Mieszko wrócił do ojczyzny" – zdanie zamieszczone po opisie śmierci Bezpryma). Więc "międzyczas" to kolejny, bzdurny wymysł Leśniewskiego.

      >Bezprym został przeklęty z wysokości ambon<

      Kolejny bzdet nie wiadomo, z czego zaczerpnięty. Żadne źródło nie przekazuje informacji o klątwie nałożonej na Bezpryma. A gdyby tak było, to na pewno duchowni piszący roczniki i kroniki o tym by wspomnieli. Bezprym miał "złą prasę", więc na pewno tak istotny fakt psujący jego wizerunek nie zostałby pominięty.

      >Otton nie ustrzegł się trucizny<

      Następny bzdet nie wiadomo, z czego wyciągnięty. Otton albo zmarł śmiercią naturalną, albo też został zabity przez swojego giermka (o czym niżej).

      >[Mieszko II] z kolei w 1033 r. zginął od ciosu mieczem<.

      I teraz wracamy do sprawy śmierci Piasta zabitego przez giermka. Niemiecki kronikarz Wipo zapisał, że zginął w ten sposób Otton. Ale Wipo nie odróżniał Bezpryma od Ottona, zlali mu się w jedną postać! Trudno więc określić, którego z tych braci przekaz dotyczy. Bardziej prawdopodobne jest, że Bezpryma, bo o nim wiemy, iż zginął tragicznie.
      Natomiast na pewno nie ma to nic wspólnego z Mieszkiem II. A pomyłka autora, z którego czerpie Leśniewski, wzięła się stąd, że późniejszy kronikarz Otto z Freisingen – korzystając z Wipona – nieco przekręcił jego przekaz. Po prostu słowa dotyczące Ottona przypisał Mieszkowi II. Za nim tę pomyłkę powtórzył Gotfryd z Viterbo.

      Usuń
    3. Cały akapit o Bolesławie Zapomnianym (de facto Nieistniejącym), to jedna wielka bzdura. Ale jest tam jeszcze dodatkowy idiotyzm:

      >[Bolesław Zapomniany] czynił to jako król<

      Trzeba spytać Leśniewskiego, w jaki sposób Zapomniany miał się koronować, skoro jego poprzednicy (Bezprym i Mieszko II) zrzekli się godności królewskiej, a pierwszy z nich nawet odesłał koronę władcy Niemiec. W tej sytuacji, żeby Zapomniany mógł nałożyć koronę, to najpierw musiałby uzyskać zgodę papieża lub cesarza, a takiego zdarzenia źródła na pewno by nie opuściły.
      Za każdym razem kroniki i roczniki niemieckie z oburzeniem donosiły o koronacji któregoś z Piastów. Gdyby rzekomy Zapomniany się koronował, to tym bardziej by piały, bo (wg Leśniewskiego) Zapomniany był okrutnikiem i poganinem. Modelowy przykład wroga cesarstwa, którego można potępić.

      >Piszący w połowie XIII wieku Wincenty w Kielczy zanotował [o Bolesławie Zapomnianym]<

      Brzuch mnie rozbolał ze śmiechu.
      Po 1. - Wincenty pochodził z Kielczy, a nie pisał "w Kielczy", bo pisał pewnie w Krakowie.
      Po 2. - Wincenty pisał o królu Bolesławie Śmiałym (to jest żywot św. Stanisława - zabitego przez Śmiałego!), a nie o Bolesławie Zapomnianym (Zapomniany po raz 1. pojawia się w Kronice Wielkopolskiej, a ta powstała ponad sto lat później!).

      >w pogrzebowym kondukcie królewicza zabrakło jego stryja Władysława Hermana<

      A skąd to niby wiadomo? Gall Anonim nie wymienia imiennie ani jednej osoby uczestniczącej w pogrzebie (wspomina o matce zmarłego i biskupach, ale też bez imion). W ogóle zaś nie pisze kogo nie było.
      Znowu radosna twórczość pana Leśniewskiego.

      >Śmiały zginął (...) z rąk nasłanych z Polski siepaczy<

      Siepacze - jak ładnie brzmi. Szkoda, że ogólnie znowu Leśniewski pisze bzdury. Jeśli rzeczywiście doszło do zabójstwa, to jego sprawcami nie byli siepacze z Polski, lecz Węgrzy! Gall Anonim opisuje jak Śmiały obraził węgierskiego króla, po czym dodaje: „Wielką ściągnął na siebie Bolesław nienawiść u Węgrów i - jak mówią - przyśpieszył tym swoją śmierć”.

      >W 1081 lub 1083 r. Władysław I najechał nawet Polskę i zdobył Kraków<.

      Znowu jakaś bzdura. Ze źródeł wiadomo tyle, że Władysław I węgierski i Brzetysław II czeski przybyli do Polski w 1093 r. (a więc 10 lat później!) na wezwanie samego Hermana, który zmagał się z buntem swojego syna Zbigniewa. Rzeczywiście jedno ze źródeł węgierskich podaje, że Władysław I zajął wówczas Kraków. Ale po co miał to czynić skoro przybył jako sojusznik władcy Polski? Z Galla Anonima wiadomo tylko, że sprzymierzeńcy najpierw zajęli Wrocław, który poparł Zbigniewa, a później Kruszwicę, gdzie syn Hermana szukał schronienia.

      Usuń
    4. >Herman nie pozwolił Mieszkowi zbyt długo cieszyć się życiem. Kazał go otruć podczas wydanej na jego cześć uczty<.

      Po 1. - skąd Leśniewski wytrzasnął informację, że to Władysław Herman kazał otruć Mieszka? Historycy przypuszczają raczej, że był to Sieciech. W każdym razie żadne źródło nie zanotowało, aby sprawcą był Herman.
      Po 2. - Jaka uczta na jego cześć? U Galla nie ma o tym wzmianki! Tyle tylko, że mogli się zatruć "niektórzy, którzy z nim pili", ale to żaden dowód na "ucztę", a tym bardziej skąd wiadomo na czyją cześć? Być może Leśniewskiemu wydaje się, że Herman ściągnął Mieszka do Polski i od razu, podczas pierwszej uczty go otruł. Otóż Mieszko wrócił w 1086 r., a zmarł 3 lata później. W „międzyczasie” Herman zapewne wyznaczył go na swego następcę. Dowodzi tego chociażby to, że ożenił go z ruską księżniczką. Gdyby Mieszko nie miał panować, to nie byłoby dynastycznego małżeństwa (sam Herman, zanim wygnano Śmiałego, miał tylko żonę lub konkubinę niedynastycznego pochodzenia).

      >podczas synodu w Moguncji cesarz Henryk IV przeznaczył polską koronę (...) Wratysławowi II, który był tytularnym królem Czech i Polski<

      Nie wiem czy p. Leśniewski wie, co to znaczy tytularny? To taki władca, który w rzeczywistości nie panuje, a jedynie zgłasza pretensje używając tytułu. Czyli Wratysław na pewno nie był w Czechach władcą tytularnym, lecz rzeczywistym.
      Co do tytułu "króla Polski" - ostatnio wyjaśnił ten problem czeski historyk Martin Wihoda. Tytuł ten nadało Wratysławowi jedno źródło zapewne dlatego, że cesarz przekazał mu koronę Chrobrego (odesłaną do Niemiec przez Bezpryma). Ale choć koronowany polską koroną, to na pewno nie był Wratysław koronowany na króla polski.

      >[Kazimierz Sprawiedliwy zmarł] 4 maja 1194 r.<

      Tylko jedno źródło podaje taką datę. Inne podają 5 lub 6 maja. Sprawę rozstrzyga Wincenty Kadłubek, wg którego miało to miejsce nazajutrz po dniu św. Floriana. Św. Floriana jest 4, więc Sprawiedliwy zmarł 5 maja.

      >o chorobliwych ambicjach politycznych Odonica<

      Przez całe życie Odonic nie walczył o nic więcej jak swoje dziedzictwo. Najpierw po ojcu Odonie - księstwo poznańskie, później o całą Wielkopolskę (był jedynym od 1231 r. przedstawicielem wielkopolskiej linii Piastów). Gdzie tu "chorobliwe ambicje"?

      >Zarówno on [Władysław Odonic] jak i Świętopełk byli również zaproszeni na zjazd. Pojawił się na nim jedynie drugi z nich<

      No i kolejny bzdet do kolekcji Leśniewskiego. W Gąsawie właśnie pojawił się pierwszy – Odonic.

      I jeszcze o logice. Leśniewski najpierw pisze, że m.in. dla Łokieta i margrabiów brandenburskich nie do przyjęcia było królewskie wywyższenie Przemysła II.
      Kawałek dalej pisze, że 3 lata wcześniej Przemysł zawarł układ o przeżycie z Łokietkiem (co czyniło Łokietka następcą króla!). A zawsze mi się wydawało, że im więcej można odziedziczyć tym lepiej...
      Co do margrabiów – mogli mieć wiele pretensji do Przemysła np. o Pomorze Wschodnie, ale chyba koronacja do nich nie należała. Trzeba pamiętać, że żoną Przemysła była właśnie brandenburska margrabianka, która wraz z nim otrzymała koronę. Czemu więc margrabiom miałoby przeszkadzać takie wywyższenie krewniaczki?

      Usuń
    5. Dziękuję za tak wyczerpującą wypowiedź! Musisz bardzo lubić historię, że tak dokładnie to wszystko sobie spisałeś.

      Usuń
    6. Ten tekst akurat miałem gotowy. Ale ogólnie lubię historię.

      Usuń
  5. Pierwszego i trzeciego "dzieła" nie czytałam, ale co do Podlewskiego, to pozwolę się nie zgodzić. Ja ogarnęłam bardzo szybko uniwersum i potrafiłam umiejscowić bohaterów i zrozumieć ich "przydatność". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie do niczego nie jest potrzebne zmaganie się ze zdaniami (wybrane na chybił trafił z tych stu stron, które dałem radę zmęczyć – to nie są jakieś wyjątkowe kwiatki, to typowy język tej powieści) typu:

      >na poziomie pokładu środkowego mamy niejako wyrastający z niego pokład główny, czyli sterownię z fotelami stazowymi. Standardowa SN, czyli stazo-nawigacja, może lekko podrasowana przez... ostatnich właścicieli. Do pobliskiego Serca prowadzi niewielki drabinowy korytarzyk, obecnie zawalony kablami naszych cudotwórców od interfejsu, którzy skończą – zerknął na zegarek – za jakieś pół błękitnej godzinki. Wszystko spięte z komputroniką statku, nerwokonwektorami, plus interfejs dotykowego halo<. (s. 16)

      >Tansky rozłożył swoją sieć, czepiając się czarnych szafek hardware’u: siedziby komputerowych i genokomputerowych podzespołów, które w większości pełniły rolę banków zapasowej pamięci dla samego Serca. Które, wyposażone z bloker Sztucznej Inteligencji wymagany przez Zjednoczenie, było ukryte za prostym kineskopowym ekranem podpiętym pod bogatą w przyciski konsolę kontaktową<. (s. 45).

      >on, z tego co wspominał Harpago, zapisał statek imprintem. Erin podejrzewała więc, że ów Fim albo pozakłądał wyjątkowo silne blokady na stazo-nawigację, albo trzyma „Krzywą Czekoladkę” na zdalnej autodestrukcji, którą może puścić w każdej chwili przez personala<, (s. 98)

      >wszczepiane w momencie narodzin personale, których nanitową część przekazywano w ogóle w momencie zapłodnienia były czymś powszechnym i praktycznym, i to jej wystarczało. Bez nich połączenie się nerwokonwektorem do systemów komputerowych i płytek pamięciowych nie było przecież możliwe<. (s. 99).

      Takim językiem jest napisana ta książka. Wiesz, posolona zupa jest OK, ale ozupiona sól jest niestrawna. W Głębi jest za mało zupy, a za dużo soli.

      Usuń
  6. Nigdy nie miałam oporów przed niedoczytaniem książek do końca. Choć rzadko to robię, w większości książki czymś mnie tam zaciekawią, muszą mnie naprawdę wkurzyć, żebym je rzuciła w cholerę :)
    Te Twoje brzmią bardzo gniotkowato :)

    U Prousta chyba budzenie się zajmuje 40 stron, no ale to trzeba być Proustem ^^

    "Coraz częściej wpadają mi w ręce książki, w których treści jest na trzysta czy czterysta stron, a mają dwa razy tyle. Oczywiście objętość uzyskuje się przez dodawanie waty, czyli zwykłe wodolejstwo"
    Czytałam niedawno wywiad z jakąś pisarką, mówiła, że wydawnictwa naciskają na pisarzy, żeby pisali jak najgrubsze książki, bo takie wyróżniają się na półkach w księgarni. Nie wiem, czy to prawda, ale to by tłumaczyło ten wysyp grubasów, w większości, oczywiście, sztucznie nadmuchanych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To współcześnie biedna LeGuin czy Zeazny nie przebiliby się ze swoimi "cieniaskami"...

      Usuń
  7. Fajnie, że się zdecydowałeś. :) Ja w sumie z tej trójki miałam ochotę jedynie na "Głębie", bo obiło mi się o uszy, że to obecnie jedyna sensowna fabryczna seria, ale w sumie i tak miałam ją sobie odpuścić, bo po prostu brakuje mi czasu na swoje "wyczekane" lektury - ostatnio wzięłam do recenzji trochę dziwnych rzeczy, licząc, że może poznam coś nowego i ciekawego, ale... no jednak nie. Porządna fantastyka to jednak porządna fantastyka. Tego zastąpić się niczym nie da. :D
    O ostatniej nieco słyszałam, ale skończyło się na tym, że pamiętam wizualnie okładkę, tytuł i autor nic mi w gruncie rzeczy nie mówią. I chyba dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby nie było - to o Głębi to moja b. subiektywna opinia. Jak widzisz, wyżej, niektórym się podobało.

      Usuń
    2. Jasne, zdaje sobie z tego sprawę. Tyle tylko, że i tak jeśli będę kupować książki to postawie na Artefakty, czy Ucztę Wyobraźni, ewentualnie coś od Rebisu, albo na klasyki pokroju Lovecrafta i Howarda (wczoraj dotarł do mnie Lovecraft, cieszę się jak dziecko). Dlatego tak czy siak muszę "Głębię" odpuścić.

      Usuń
    3. >wczoraj dotarł do mnie Lovecraft<

      A co konkretnie? Też miałem w sierpniu wziąć Lovecrafta "Przyszła na Sarnath zagłada", ale tak się zakręciłem, że zamiast tego kupiłem... dwa razy Simmonsa "Triumf Endymiona" :D

      Usuń
    4. A to jest stare tłumaczenie Grzybowskiej. Trzeba było dołożyć parę zł i brać "Zgrozę w Dunwich i inne przerażające opowieści" od Vespera w świetnym tłumaczeniu Płazy - tam jest też "Zew Cthulhu", a do tego czternaście innych dzieł Lovecrafta. Sam nie porównywałem, ale lovecraftolodzy :D twierdzą, że Płazę czyta się znacznie lepiej i jego przekład lepiej oddaje prozę Lovecrafta.

      Usuń
    5. Tyle tylko, że ja ten egzemplarz dostałam, nie kupiłam. To znaczy mogłam sobie wybrać książkę z topki Empiku i jakimś cudem Lovecraft znalazł się w dziale fantastyki na jednym z ostatnich miejsc... Więc wzięłam, bo sama bym po prostu nie kupiła zbyt szybko. :D

      Usuń
    6. Darowanemu kuniu nie zagląda się w zęby :D

      Usuń
  8. Ha! Ja "Głębi" dałem radę ale zgodzę się, że opinia trafiona. :)
    Zasiadłem do lektury z przekonaniem, że to "military sf" a w praktyce wyszła z tego "post apo space opera". No i największą wada jest to, że autor uparł się, żeby wszystkie pomysły jakie przyszły mu do głowy upchnąć w jednej książce (jednym cyklu).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytając Głębie miałem wrażenie, że czytam dzieło osoby narcystycznej - kogoś kto upaja się własnymi słowami i nie potrafi spojrzeć krytycznie na ostateczny efekt (czyt. wywalić wodolejstwo, ograniczyć bełkot).

      Usuń
  9. ... a mnie udało się znaleźć w internecie parę dni temu takie CUDO jak creatiofantastica.com. I... zatkało mnie. Jest co poczytać, jak trzeba przywalić recenzją - to i Gaimanowi się dostało za mierny zbiór opowiadań. A w opowiadaniu MRÓZ - to zakochałem się na zabój !!! POLECAM SPRAWDZIĆ ... i jak spodoba się - ZACHĘCIĆ innych. Myślę, że warto !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wchodzę czasami na Creatio Fantastica, ale jednak częściej korzystam z recenzji na Katedrze i Esensji. Jakoś tak się przyzwyczaiłem.

      Usuń