Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 11 czerwca 2020

Lee Child, Nieprzyjaciel

Od czasu mojej notki o trzech tomach cyklu o Jacku Reacherze wciągnąłem jeszcze kilka części tegoż „dzieła”. W większości oceniłbym je między 3/10 a 5/10.  Po cóż w ogóle to czytam – bo to idealna lektura, kiedy przysypiasz. Nie wymaga nie wiadomo jakiego skupienia, intryga zazwyczaj dość wciągająca, choć przewidywalna a do tego ze skopanymi zakończeniami (bum, bum, sru, jebut, ogień i dym). Do irytującego w swej przezajebistości bohatera jakoś się przyzwyczaiłem.

Nieprzyjaciel – tom ósmy cyklu – to na razie najlepsza odsłona. Dlaczego? Zadecydowały on tym trzy czynniki.

Pierwszy – to tom retrospekcyjny. Nie mamy tu Reachera – Rambo włóczącego się bez celu (i bez sensu) po Ameryce i wpadającego co chwila w jakąś kakę (zupełnym przypadkiem – pojawia się Reacher, zaraz ktoś zostaje zamordowany; rzekłbym że facet przynosi pecha). A w tym tomie Child cofnął się do czasów, kiedy Reacher wiódł jeszcze w miarę normalny żywot, jako wojskowy glina (czyli żandarm). Nawet dowiadujemy się czegoś o jego relacjach rodzinnych. Przy czym akcję autor umieścił w interesującym okresie – przełom 1990/1991. Czyli moment, w którym waliła się komuna w Europie.

Drugi. To tom z narracją pierwszoosobową. O ile w innych narrator trzecioosobowy wciąż rozpływa się nad przezajebistością Reachera, o tyle tu mamy zachowany umiar (gdyby Reacher sam rozpływał się nad swoją przezajebistością, to już byłyby „ciut” za dużo).

Trzeci. Wreszcie – o dziwo – mamy trochę strawnych żartów. Parę razy zdarzyło mi się roześmiać, a to już dużo.


Oczywiście wad też jest co niemiara. Przede wszystkim za wcześnie wyczaiłem o co chodzi. Tak krótko o fabule. W pewnym motelu odkryte zostają zwłoki generała Kramera. Nic nie wskazuje na morderstwo, tym niemniej parę rzeczy jest dość tajemniczych. Przykładowo – generał zmarł podczas seksowania, a osoba, która mu towarzyszyła, zniknęła. Zniknęła też teczka z dokumentami. I tak najdalej koło setnej strony już wiedziałem z kim generał spędził noc (choć wyjaśnione to jest dopiero na stronie 405). Dość szybko też doszedłem o co chodzi w całej intrydze. Więc za dużo tropów nam Child podsunął, za mało kluczył.

Inne polskie wydania tej powieści (chyba wybór, a nie komplet)

Fajnie do pewnego momentu przedstawione są relacja Reachera z matką. Ale oczywiście Child musiał przegiąć pałę i skończył ten wątek żenującym patosem, z równie żenującym objaśnieniem dlaczego Reacher jest tak zajebisty.

Zakończenie też dość żenujące, nawet jak na standardy zakończeń typu bum, bum, sru, jebut. O ile większość powieści wchodziła mi lekko i przyjemnie, o tyle pod koniec zaczęło mnie to przynudzać.

OCENA: 6/10.

L. Child, Jack Reacher, t. 8: Nieprzyjaciel, tłum. A. Szulc, wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010, stron: 480.


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

24 komentarze:

  1. „Wewnątrz klatki piersiowej” – dobre. :) Skoro to słaby cykl, dlaczego aż tyle razy go w Polsce wydano?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dlatego :D Dlaczego w Polsce gwiazdami są Mróz, Michalak, Miszczuk, Ziemiański, Jadowska? Dlaczego kupa pt. "Achaja" Ziemiańskiego miała ochnaście wydań, a świetni "Przedksiężycowi" Kańtoch tylko jedno (nie liczę wydania 1/3 powieści w Fabryce Słów)?

      Usuń
    2. Chyba powinnam chociaż jeden tom tej "Achai" przeczytać, bo wiem, że jest kiepska, ale nie mam argumentów w rękawie, gdy widzę, jak ktoś ją zachwala. xD

      Usuń
    3. Achaja to lektura lekka i obliczona na jak największy poklask. Dużo dialogów, cały czas coś tam się dzieje. Nie jest to książka ambitna, ale skoro się sprzedaje, to się Ziemiańskiemu nie dziwię, że produkuje. Zresztą sam go czytuję i nie podzielam zdania, że jest aż takim dnem. Ot, wartkie czytadełko na odmóżdżenie.
      A Mróz... W warstwie fabularnej to istny dom wariatów. Jeśli podejrzany coś robi, to można mieć całkowitą pewność, że wybierze najmniej logiczne rozwiązanie. A potem na końcu ochy i achy, że ZASKOCZENIE. Ale Mrozowi udało się stworzyć elektryzującą parkę głównych bohaterów. Zakładam, że lwia część czytelników właśnie dla nich brnie w kolejne tomy. Co więcej jestem święcie przekonany, że sam Mróz ma już powyżej dziurek w nosie Chyłki wraz z jej kompanionem, ale nie udaje mu się wykreować niczego, co by się sprzedawało równie dobrze. No i biedak też brnie.
      Nie każdy ma dar do pisania wciągających i ambitnych książek. Frank Herbert napisał genialny cykl "Diuna", a kontynuatorzy, czyli syn z pomagierem, napłodzili już dwa razy więcej tomów, tylko jakość nie ta (a przynajmniej tak siądzę, bo tylko trzy kontynuacje udało mi się po męczarniach strawić).
      Najpiękniejsze u kontynuatorów są motta. Gdy je czytam, przypomina mi się opowiadanie Jarosława Haszka i pan inżynier:

      "Pan inżynier jak zawsze mądrze napomyka:
      — Ten ptak nazywa się mewa śmieszka, albowiem jej krzyk przypomina ludzki śmiech, a gdyby się ptak ten nie śmiał...
      — Wrzuciłbym was do morza — mówię poważnie.
      Mijamy długi pas jakiegoś brzegu, a pan inżynier szczerze wyznaje:
      — To jest wyspa, ponieważ ze wszystkich stron oblana jest wodą. Jeśli ta ziemia z jednej strony połączona by była z lądem, stanowiłaby półwysep.
      Wokół pana inżyniera formuje się krąg słuchaczy. Pan inżynier wskazuje na łodzie rybackie na zalewie i mówi z wielką pewnością:
      — Morze jest bogate w ryby, a rybołówstwo jest jedynym zajęciem rybaków. Wiele ryb pożera się wzajemnie, bowiem w innym przypadku zginęłyby z głodu. Rekin jest niebezpieczny dla ludzi kąpiących się w morzu. Morze bywa płytkie lub głębokie. Morska woda jest słona.
      Słuchacze chwytają pana inżyniera za ręce i nogi oraz kołyszą nad głębiną morską. Pan inżynier krzyczy:
      — Jeśli mnie puścicie, utonę.
      Ktoś przynosi wiadro pełne morskiej wody, kładą pana inżyniera na pokładzie, polewają wodą, a potem odprowadzają do maszynowni, aby się osuszył. Jest tak zaskoczony, że nie może sobie przypomnieć żadnej prawdy, opamiętuje się dopiero podczas kolacji, kiedy nadmienia jakby mimochodem:
      — Groch pozostaje kulisty nawet w stanie wrzenia."

      Usuń
    4. Katrina
      Argumenty - tu konkretne bigosowanie "dzieła" Ziemiańskiego:
      https://niezatapialna-armada.blogspot.com/2012/08/185-eb-jak-bania-czyli-ksiezniczka-w.html

      A tu w pigułce razem z kilkoma innymi gniotami:
      http://web.archive.org/web/20161108015332/https://agnieszkazak.com/2014/01/09/przeglad-analiz-zlej-literatury/

      Usuń
    5. "wyszkolono w fechtunku tak, że była w stanie władać nie tylko krótkim mieczem piechoty, włócznią, nożem i sztyletem, ale nawet dwuręcznym, ciężkim mieczem rycerskim (i od razu wiemy, że to fantasy, bo w realu zweihandery były raczej bronią piechoty) z łatwością równą tej, z jaką inne dziewczęta posługiwały się igłą do haftowania.
      Fajnie, fajnie, tylko jedno pytanie: PO CO?"

      Są kobiety, które nauczono grać w koszykówkę. "Fajnie, fajnie, tylko jedno pytanie: PO CO?"

      Nie chciałbym grać roli adwokata diabła, ale jest to typowe szukanie dziury w całym. Zawęźmy rodzaje lektur: te które imitują działa ambitne i te, które ich nie imitują. Kupując Ziemiańskiego wiem, co dostanę i dostaję dokładnie to, co zamówiłem. Nie będzie tu żadnych wzniosłych przeżyć duchowych, nie będzie pryncypialnej dbałości o logiczną ciągłość. Będzie akcja, mocno przerysowana, a może nawet nieporadna. Cóż, być może są ludzie, którzy przez całe swoje życie oglądali w telewizji wyłącznie program "Pegaz", czyli rzecz poświęconą kulturze i sztuce, ale miażdżąca część widowni ogląda co innego. Z zapałem szukałbym dziury w całym w książkach, które bezczelnie grają role ambitnych, ale Ziemiański takich pretensji nie ma, co chyba widać, słychać i czuć. Gdyby Ziemiański stwierdził, że jego książka, to Mount Everest logiki, natychmiast zabrałbym się za formułowanie kontrtezy. Ale Ziemiański nie jest na tyle głupi, aby robić coś tak bezsensownego, więc po co wyważać otwarte drzwi?

      Uprzejmie donoszę, iż nie jestem spokrewniony z Ziemiańskim, ani nie należę do żadnych kręgów reklamująco-lobbystycznych. Moje zdanie jest moim zdaniem prywatnym i nie widzę żadnych problemów, jeśli ktoś ma zdanie inne, albo nawet całkowicie odmienne.

      Usuń
    6. Tu się nie zgodzę - dwie najbardziej dla mnie traumatyczne lektury, to Achaja i pierwszy tom Baniewicza o czarokrążcy. Nie jestem w stanie o tych dwóch książkach rzec coś pozytywnego. Dla mnie to na poletku fantasy odpowiednik Bieszka - głupie, źle napisane, a Achaja jeszcze wulgarna.

      Usuń
    7. W rzeczy samej. Wulgarna jest, ale to zdaje się taki ogólny trend. Nie mam za bardzo skali porównawczej, bo ze 130 książek, które zakupiłem w tym roku, jedynie 10 to powieści i jest to proporcja raczej u mnie normalna. Ponieważ cała dycha była polecana na tej stronie, więc skalę porównawczą, jak sądzę, będę miał.
      "Achaja" była z tomu na tom coraz słabsza. Ziemiański popełnił był kontynuacje, które są jednak trochę lepsze i nie przypominam sobie, aby kłuły po oczach ostentacyjną wulgarnością, co nie znaczy, że wzbijają się na jakiś poziom olimpijski. To dalej jednorazowe czytadełka.
      Z polskiej fantastyki ostatnimi laty czytywałem Wegnera. Od czasu do czasu Piekarę. Zakończyłem Braciszków Tomasza Gnata. Z zagranicznej Eriksona, ale gdzieś się w tym jego dziesięciotomowcu zgubiłem i nie wiem gdzie jestem. To samo z Martinem. Obiecałem sobie, że nie będę oglądał serialu przed przeczytaniem książki. Kilka lat temu utknąłem gdzieś między między "Nawałnicą mieczy", a "Ucztą wron". Siłą rzeczy na tym etapie utknął również serial. Dlatego nie rozumiem tych pretensji do Martina, że nie pisze kontynuacji. Może czeka, aż ja dotrę do finiszu "Tańca ze smokami":)
      Z półki spoglądają na mnie z wyrzutem 32 tomy Lema... No i oczywiście Herbert junior, ale z jego książkami staram się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.
      Baniewicza w ogóle nie kojarzę.

      Usuń
    8. Nie jest to chyba trend, żeby wrzucać wulgaryzmy i drastyczne sceny bez ładu i składu, wyłącznie po to, żeby kogoś szokować (mnie to raczej przynudziło).

      Artur Baniewicz to pisarz smarający pozycje sensacyjne i fantasy. Moim zdaniem, najwybitniejszym jego pomysłem była szajka rozbójników grasujących na bezludnej wyspie - czytałem i zastanawiałem się kogo u licha oni grabią, króliki? Foki? A nudne było to ponad wszelkie wyobrażenie.

      U mnie "Smoczy pazur" Baniewicza to mocna pozycja w AntyTOP10 polskiej fantasy (inne z tej listy, to "Achaja" Ziemiańskiego, "Komornik" Gołkowskiego, "Słowodzicielka" Szumacher, "Zły brzeg" Patykiewicza, "Słowo i miecz" Jabłońskiego, "Kiedy Bóg zasypia" Dębskiego, "Złodziej dusz" Jadowskiej - dwa miejsca nieobsadzone, bo na pewno nie powiedziano w tej materii jeszcze ostatniego słowa, poza tym nie czytałem takich wybitnych dzieł, jak choćby cykl o Lokim Ćwieka, a zdaje się, że powinien być tu ujęty, parę mocnych pozycji wydały bez wątpienia Fabryka Słów i Genius Creations, ale rzadko kupuję ich wyroby).

      Usuń
    9. Jak najbardziej trend i to wyjątkowo długoterminowy. Mięcho mówione w wersji polskiej, radośnie zawitało na ekrany w charakterze masowym gdzieś tak od "Psów", czy "Krolla" Pasikowskiego. Drastyczne sceny, to już drzewiej niejaki markiz de Sade do upojenia powielał, a z całą pewnością nie był prekursorem. Mitologia grecka była zarówno przez Parandowskiego, jak i Markowską ugrzeczniana. Stabryła wypuścił wersję dla dorosłych, która jest dokładnie taka sama, ale bez eufemizmów mówi, czemu pojawiały się dzieci niekoniecznie przez panie zaplanowane. Jeśli ktoś ma ochotę na zdjęcia z paniami w najróżniejszych pozach, to może sobie obejrzeć okładki romansowych lekturek, choć nie tylko. Okładki płyt do tańca, to właściwie przegląd skąpych kostiumów kąpielowych. Jeśli i to mało, to nie ma problemu. Marek Piekarczyk (ex-wokalista TSA) z zespołem Balls' Power wypuścił płytę pt. "Xes!". Ci spostrzegawczy odczytają tytuł od tyłu i będą mieli jak na dłoni, o co jakby chodzi. Ci, mniej spostrzegawczy, dostają okładkę, gdzie nikt się już się w subtelności nie bawi i podstawia pod nos zbliżenie damskiego krocza w całej okazałości. Pierwszy rzut oka mówi wyraźnie, że z żadnym artyzmem to zdjęcie nie miało, nie ma i nie będzie miało nigdy nic wspólnego, a jedynie z "xesem" w wersji muzyków.
      Nadmieniłbym o wielorakich twarzach Greya, ale nie czytałem, więc nie wiem, na ile to bezpruderyjny tekst.
      To tylko te przykłady, które ja kojarzę, a przypuszczam, że kojarzę zaledwie czubeczek potężnej góry lodowej.
      Krótko mówiąc, był czas przywyknąć, bo ta moda raczej nie zniknie.

      Z całej plejady autorów kojarzę tylko Ćwieka. Jego okładki migają czasem na stronach z książkami, ale się jakoś nigdy nie skusiłem. Reszta, prócz Ziemiańskiego oczywiście, to dla mnie całkowite anonimy.
      Tak na marginesie, gratuluję samozaparcie - książki, którą uznałbym za gniota, już bym nie skończył, bo szkoda czasu. Jest wiele innych w kolejce do przeczytania.

      Usuń
    10. A nie, to ja wiem, że w sensacyjnych filmach/książkach mięcho leci. Ale na niwie fantastyki nie kojarzę za dużo takich tytułów.

      "Mitologię dla dorosłych" Stabryły mam, natomiast ostatnio rozważałem zakup dwóch innych jego pozycji - może czytałeś i polecisz/odradzisz. Chodzi o "Tezeidę" i "Klątwę Pelopidów".

      Usuń
    11. Hmmm. Po dłuższym zastanowieniu przyznaję rację. Właściwie to nie kojarzę żadnych takich tytułów.

      Przykro mi. Ostatnio kupiłem "Terrorystów znad Tybru" Stabryły, ale raz, że jeszcze nie przeczytałem, dwa, że to nie powieść. Dwie wymienione pozycje wyglądają zachęcająco, z drugiej jednak strony, zwłaszcza "Tezeida" dostaje cięgi na lubimyczytac. Co prawda nie ufam na ślepo komentarzom, niemniej całkiem zignorować się ich nie da. Mam ciągotki kolekcjonerskie. Jeśli już kupiłem coś Stabryły, to pewnie kupię również te dwie książki i wówczas będę bogatszy o jakieś bardziej rzeczowe przemyślenia.

      Usuń
    12. Ta analiza Niezatapialnej Armady jest przecudowna! Takie gówno jak Achaja da się czytać tylko w taki sposób, przynajmniej można się pośmiać :D
      "Fajnie, fajnie, tylko jedno pytanie: PO CO?" - Anonimowy, chodzi chyba o to, że takie bardzo specyficzne umiejętności były kompletnie niepotrzebne księżniczce, która chyba nie była przeznaczona do brania udziału w walce.
      Brr, każde wspomnienie o Achai to jak wąchanie szamba :/

      Karmena

      Usuń
    13. "która chyba nie była przeznaczona do brania udziału w walce"

      No chyba jednak była. Co prawda, jak to wytłumaczono, zazwyczaj w takich wypadkach jaśniepańskie dzieci zastępowano adoptowaną biedotą, ale tym razem szacowny rodzic postanowił inaczej. A im dalej w las, tym bardziej damskie się to wojsko robiło. W każdym razie częściej tam panie z mieczem latają, niż z igłą, toteż zgodnie z logiką tego świata fechtunek orężem bardziej im się przydawał.
      Zresztą owe specyficzne umiejętności psu na budę się zdały. Jeśli dobrze pamiętam, chyba tylko po to, aby ośmieszyć jakiegoś instruktora. Niezbyt to imponująca częstotliwość, jak na trzy tomy.

      "może czytałeś i polecisz/odradzisz. Chodzi o "Tezeidę" i "Klątwę Pelopidów"

      Skusiłem się. Jestem w jednej trzeciej "Tezeidy" kontynuując podróż na Krecie. To zdecydowanie nie jest powieść, tylko taka gawęda. Zamiast dialogów są deklamacje, po części monologowe, prowadzące do retrospekcji, lub nakreślenia sytuacji politycznej, czy społecznej. Stylistycznie trochę odrzuca ("Minotaur urodził się jako owoc haniebnego związku małżonki Minosa, królowej Pasifae, z białym bykiem przysłanym niegdyś z morza przez Posejdona na jego prośbę." - na czyją właściwie prośbę???), tematycznie brzmi nieco infantylnie. Brnę jeszcze w nadziei, że będzie lepiej, ale autorem moich lektur obowiązkowych Stabryła już nie będzie.
      Mitologią Markowskiej zaczytywałem się w wieku mocno nastoletnim. Albo Stabryła jest o kilka klas gorszy od Markowskiej, albo ja już trochę pierniczeję. Właściwie powinienem sięgnąć po książkę Markowskiej i zweryfikować, ale boję się zrujnować sentyment.

      Usuń
  2. Ten autor, tak ogólnie rzecz ujmując, kojarzy mi się z takim męskim filmem sensacyjnym. I o ile film obejrzę, o tyle... za książki tego typu brać mi się nie chce. Nie czytałam go nigdy, choć czasem bywa na promocjach w marketach i wtedy czasem kusi, by sprawdzić. Ale dawałam przynajmniej jednej tego typu książce szansę i tylko się wymęczyłam w sumie. O wiele bardziej wolę prostą i może nieco głupią fantastykę, od takiej taniej sensacji - bo tam przynajmniej autorzy czasem mają fajny żart, albo interesujący koncept na świat przedstawiony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja mam odwrotnie, filmu nie tknę, książkę z braku laku mogę przeczytać. Nie znoszę filmów sensacyjnych made in USA, bo tam obowiązkowo musi być gonitwa samochodowa, a to mnie usypia :D

      Usuń
    2. No ja się nie umiem skupiać na "małym kinie" zazwyczaj, zostają mi te duże produkcje. XD Jak nic nie wybucha - to tracę zainteresowanie. Jestem naprawdę kiepska w byciu skupioną na ruchomym obrazie. Chociaż jest lepiej, niż było, bo jakoś początkiem liceum w ogóle nie byłam nauczona oglądania bardziej ambitnych rzeczy.

      Usuń
    3. To mamy odwrotnie, ja wolę seriale, bo i większa możliwość rozwinięcia fabuły i bohaterów, i nie cierpią na trapiącą kino (fantastykę, kryminał, sensację) dolegliwość, czyli przerost formy nad treści połączony z międleniem wciąż tego samego.

      Usuń
    4. Mówiąc "małe kino" mam na myśli raczej kino studyjne, niż serial - tu problem ze skupieniem wprawdzie jest, ale je często sobie oglądam w tle, zerkając kątem oka na ekran. Dlatego rzadko sięgam po coś nieangielskiego, bo nie rozumiem ze słuchu. XD I np. z radością poznałabym więcej anime, ale właśnie: nie mogę tego oglądać w tle, bo nie rozumiem. A jakiś czas temu włączyłam po latach kolejne anime - "Vampire Knight" - i nie mogłam wyjść z podziwu, jak tak idiotyczny koncept może tak fajnie grać pod względem chemii między postaciami i nabijania się z całego konceptu wampirzej miłości, mimo że sama historia jest całkiem "poważna". Japończycy umieją, ale nie znam języka, co utrudnia oglądanie do gotowania/grania/gadania.

      Usuń
    5. A widzisz, ja mam z anime problem, którego nie mam z mangą. Japończycy mają inny styl wyrażania emocji, jakoś przeważa wrzask, który przychodzi nader łatwo i z błahych - z naszego punktu widzenia - powodów. Nieraz, przy oglądaniu anime, łapię się na tym, że zamiast śledzić fabułę, główkuję: "A czego on się qfa, tak drze" :D

      Usuń
    6. Są takie rzeczy, do których byłam zmuszana, aż w końcu zaczaiłam o co chodzi. XD Tak było z "Mass Effectem", tak było z anime. No i animce to często przełożenie prawie 1:1 mangi, więc nie czuje, bym coś traciła, szczególnie że to i droższe od książek, i jednak komiks nie jest mi zbyt bliski.

      Usuń
  3. Nigdy jakoś nie byłam zainteresowana książkami Childa i w sumie teraz moje zainteresowanie jest bliskie zeru. Chociaż serial chciałam obejrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, serial mógłby być dobry, bez narratora wciąż nas przekonującego jaki z Jacka zajebisty gość, to co kijowe (zakończenie) popsułoby jeden odcinek. Fakt, ostatni, ale zawsze wcześniejsze mogłyby być niezłe.

      Natomiast są dwa filmy, ekranizacje powieści nr 9 i 18. Z dość kontrowersyjną obsadą, bo niemal dwumetrowego Jacka gra kurdupel (170 cm) Tom Cruise.

      Usuń
    2. Ego Cruise'a z nawiązką uzupełnia brakujące centymetry :/

      Karmena

      Usuń