Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

S. M. Stirling, Conan. Krew węża

Krew węża jest cienka jak – nomen omen – zadek węża, źle napisane wielkie nic. Nic, bo Stirling wysmażył nic nie wnoszący prolog do opowiadania Howarda Czerwone ćwieki – prolog mający grubo ponad trzysta stron do opowieści mającej stron sto... Źle napisane, bo nie pasuje stylem, Conan nie jest Conanem, tylko jego podróbką z ery politpoprawności, tak samo Valeria, całość rozwleczona i przynudzająca.


Pisarską kakofonię czuć tym bardziej, że Vesper (i pierwotny wydawca też) dołączył do tej książki oryginalne opowiadanie Howarda – od razu wskakujemy w inny klimat. I wiecie jacy to łaskawcy? Nie przerobili Czerwonych ćwieków w duchu woke – nawet się tym pochwalili, jakby było czym (Zamiast zmieniać cokolwiek, zdecydowaliśmy się więc zaprezentować je w oryginalnej formie...).

Od początku. Czerwone ćwieki to ostatnie ukończone przez Roberta Ervina Howarda opowiadanie o Conanie – ukazało się już pośmiertnie (Howard zmarł w czerwcu 1936 roku, a Czerwone ćwieki opublikowano w „Weird Tales” w trzecim kwartale 1936). Jest to moim – i nie tylko moim – zdaniem najlepszy Conan. Po śmierci Howarda, jak wiadomo, jego dzieło kontynuowało „milion” pisarzy, niektórzy nawet mieli talent, ale niekoniecznie go pokazali w tych dziełach (osobiście najwyżej cenię opowiadania – nie powieści! – które samodzielnie lub w spółkach popełnił L. Sprague de Camp i powieści Johna Maddoxa Robertsa). Więcej o różnych Conanach i ich dziwnym wydawaniu w Polsce pisałem w odrębnej notce, więc tam odeślę (o tu można zrobić klik).

Od 1982 roku Conany wydawało wydawnictwo Tor. Jako ostatnią opublikowali w 2003 roku powieść Conan of Venarium (autorem był, znany też na naszym rynku, twórca militarnej fantasy i SF, Harry Turtledove). Potem przez wiele lat jedynymi nowymi Conanami made in USA były dzieła tworzone pod grę Age of Conan i beletryzacja filmu Conan Barbarzyńca z 2011 roku. W 2022 bohatera Howarda ożywiło wydawnictwo Titan Books, a na pierwszy ogień poszła właśnie książka Stirlinga. Wydawcy zwrócili się do niego, bo to etatowy wyrobnik dzieł franczyzowych, jednak ma też na koncie własne, przyzwoite powieści.


Vesper wydaje też oryginalne dzieła Howarda (Bran Mak Morn w zapowiedzach)

„Normalnego” Conana franczyzowego bym nie nabył, ale skusiła mnie informacja, że to prequel Czerwonych ćwieków. Miałem nadzieję, że jeszcze raz będzie mi dane zarwać nockę, żeby z wypiekami czytać Conana. Nic z tego. Stirling, niestety, z Conanem sobie zupełnie nie poradził. Poczynając od tego, jak wspomniałem, że jest to wielkie nic. Zaczyna się nawet przyzwoicie. Po kilkunastu stronach odnotowałem: Życie miasta gdzieś na peryferiach Stygii, życie najemnika, relacje między samymi najemnikami oraz między najemnikami a regularnym wojskiem. To fajnie poszerza świat Conana.

Ale przewracam stronę za stroną nic wielkiego się nie dzieje. W okolicach sto pięćdziesiątej strony znowu notuję: Co ja czytam Conana czy „W pustyni i w puszczy” albo „Przygody Tomka na Czarnym Lądzie”? (Przypuszczam, że Stirling Sienkiewicza nie zna, Szklarskiego na pewno, raczej inspirował się Edgarem R. Burroughsem i jego Tarzanem).

Kiedy finiszowałem z Krwią węża, znowu zapisuję: To wygląda jak wstęp do czegoś, co nie nadeszło. No chyba że Stirling właśnie to chciał napisać: wstęp do „Czerwonych ćwieków”. Ale ponad trzysta stron wstępu do stustronicowej nowelki? Ostatnie strony są jako takie, po ich doczytaniu notuję: To co powinno być przystawką – jest daniem głównym. To co powinno być daniem głównym – jest skromnym deserkiem na końcu. Powieść Stirlinga to niemiłosiernie rozwleczony, przynudzający i nic nie wnoszący prolog.

Ale żeby to były jedyne wady... Stirling nawet dobrze się przygotował do pisania Conana – widać, że zapoznał się z dziełami Howarda, może też niektórych epigonów, więc wplata (nieraz natrętnie) odwołania do tych starszych dzieł. Niestety, nie zassał ani stylu Howarda (dynamicznej akcji, skondensowanej, „mięsistej” fabuły), ani klimatu (Howard to także współtwórca Mitologii Cthulhu, jego opowiadania – nawet te heroic fantasy – były lekko horrorowate), ani bohatera.

Conan Stirlinga nie jest Conanem Howarda – to słaba podróbka. Bohater Howarda kierował się instynktem, mało kalkulował, dużo działał – z kolei bohater Stirlinga to sam nie wiem czy bardziej wojownik, czy filozof. Stirling olał nawet to, co Howard jasno napisał o Conanie. Bo dziwne jest czytać w Krwi węża, że dał się przelecieć Murzynce-wojowniczce, na którą jest zresztą ostro napalony, a kilkadziesiąt stron dalej, już w Czerwonych ćwiekach, sam mówi: czarnych kobiet nie cierpię.

A dał się przelecieć, bo Conan Stirlinga sprawia wrażenie nieśmiałego faceta – Valerię niby chce bzyknąć, ale nie wie jak się za to zabrać, Murzynka musi go prawie do łóżka zaciągnąć. I kozi bobek na krowim placku: Conan rozmyśla o konsekwencjach seksu.

– Ty się nie boisz...? – Ręką nakreślił ruch nad jej brzuchem.
Irawagbon westchnęła, przewróciła oczami i pacnęła go w ramię.
– Teraz mężczyzna pyta?

Niechybnie w kolejnej powieści Stirlinga, Conan będzie nosił ze sobą prezerwatywę z owczego jelita – może nawet je wyjmie z owcy.

I przechodzimy do opowiadania Howarda – ostry zgrzyt. Widzimy zupełnie innego Conana: wobec kobiet pewnego siebie, buca, aroganckiego wręcz na pograniczu chamstwa.

Valeria Stirlinga zachowuje się wobec Conana jak osiemnastolatka wobec łażącego za nią szczyla z ósmej klasy – spuszcza go na drzewo, nie daje sobą kierować. Co innego Valeria Howarda, która była trochę nieustraszoną heroiną, jednak pod nosem sobie nuciła „Oj uratuj mnie Conanie”. I lepi się do Cymeryjczyka, choć sama nie wie czemu, wykonuje jego polecenia.

Właściwie żadnemu następcy Howarda (może poza de Campem w niektórych opowiadaniach) nie udało się oddać tego quasi-prehistorycznego klimatu – tych „przedpotopowych” potworów, nieudanych gałęzi ewolucji, zaginionych cywilizacji, a także lekkiej domieszki lovecraftowskiej. Stirlingowi szczególnie się nie udało. Napisał jakieś niedokończone heroic fantasy, z jakimiś tam bohaterami przypadkowo mającymi imiona znane z Howarda, którzy łażą bez sensu po Afryce.

Na tę kupę nieszczęść narobiła jeszcze tłumaczka. Ci, którym się chciało porównać polskie wydanie z oryginałem, wytykają jej błędy na LubimyCzytać, więc tam odeślę, a tu jeszcze moja uwaga: Howard posługiwał się anglosaskim systemem miar i wag. Przykładowo: długość mierzył w stopach. I w starych przekładach Conana (lepszych od vesperowskich) mamy właśnie te anglosaskie miary. Przykład z Czerwonych ćwieków: Conan robi włócznię „o krzepkim siedmiostopowym drzewcu” (tłumacz: Zbigniew A. Królicki):, ale w przekładzie wydawnictwa Vesper mamy włócznię z „drzewcem długim na dwa metry”.

Jest to bardzo nieszczęśliwy wybór. Przypomnę, że świat Howarda nie jest Krainą Nigdy-Nigdy – to niby nasza Ziemia, a epoka, w której grasuje Conan (Era Hyboriańska) to niby nasza prehistoria. System anglosaski jest nie tyle anglosaski, co znany od starożytności, więc bardziej pasuje do tej ery, do tego stopa jest naturalną jednostką (podobnie jak np. łokieć). Zresztą do połowy XIX wieku także w Polsce znane były stopy. Co innego nasze współczesne metry, kilometry, kilogramy czy tony (te terminy spotykamy w Krwi węża), które zostały opracowane naukowo w epoce nowożytnej, względnie niedawno (metr w 1791, kilogram w 1795 roku).

Tylko nie wiem czy za te nieszczęsne nowożytne miary odpowiada tłumaczka, czy raczej wydawca – zdaje się, że Vesper stawia takie wymogi. Dlaczego tak sądzę? Bo to samo mamy w Zewie nocnego ptaka McCammona, który przekładał kto inny (tu o Zewie...).

Ciekawostka: powstał również sequel Czerwonych ćwieków – powieść Conan i bogowie gór Rolanda Greena, którą w Polsce wydał Amber w 1998 roku. Sprawdzę i to, choć przeczucia mam złe.

Podsumowując. Krew węża nie broni się ani jako wstęp do dzieła Howarda – to wyrób conanopodobny, ani samodzielnie – bo to nudna, niepotrzebna i niedokończona powieść (jeśli coś z niej w mojej pamięci zostanie, to chyba tylko wyprawa Conana w góry i spotkanie z pawianami). W Podziękowaniach Stirling napisał: Moja pierwsza próba napisania powieści, gdy miałem trzynaście laty, była żałośnie nieudanym pastiszem Howarda. Panie Stirling, ta próba również jest żałośnie nieudaną podróbką Howarda. Ocena tylko za Krew węża, choć także Czerwone ćwieki w tym wydaniu odradzam – lepiej poszukać stary przekład Zbigniewa Królickiego (a czytać warto, bo to chyba najlepsze co heroic fantasy ma do zaoferowania).

OCENA: 3/10.

S. M. Stirling, Conan. Krew węża, tłum. E. Skowrońska, wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2026, stron: 468.




Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:

21 komentarzy:

  1. Przeczytałem około 50 książek o Conanie z czarnej serii. Ostatnią tak gdzieś z ćwierć wieku temu. Krew węża miałem na radarze no ale teraz dam sobie spokój. Potwierdzam że Maddox Roberts był najlepszy z kontynuatorów ( Conan i skarb Pythonu zapamiętałem jako świetny). Najgorsi byli Leonard Carpenter i Ronald Green, ich sobie odpuszczłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Conan i skarb Pythonu" - chyba nawet nie czytałem, bo swojego nie mam (kiedyś czarną serię przestałem kupować na 28 tomie, a "Conan i skarb Pythonu" to tom 40). Czytałem Maddoxa Robertsa "Conan waleczny", "Conan zuchwały" i "Conan mistrz". Pamiętam, że ten autor często gnał Conana na północ, do ojczystej Cymerii, którą z kolei inni twórcy słabo wykorzystywali.

      Usuń
  2. Conan mistrz to była pierwsza książka( nie lektura) jaką w życiu przeczytałem. Przy okazji jedna z nielicznych jaką łyknąłem na raz, przy jednym podejściu. To były cudowne czasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę poszukać i przerobić te nieznane mi Conany Maddoxa Robertsa.

      Usuń
  3. O kurcze, dawno nie czytałam tak niepochlebnej recenzji książki. Szkoda, że nie przypadła Ci do gustu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No szkoda, ale mam teraz zapas kilkuset (!) ebooków z Conanem, więc nie jest to bolesne.

      Usuń
  4. Conan rozmyślający o antykoncepcji... Nie wpadłabym na coś takiego.

    Beatrycze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kolejnym tomie pewnie będzie rozmyślał, jak w języku polskim zwracać się do osób niebinarnych :D

      Usuń
  5. Dzisiaj skończyłem ksiązkę Stirlinga i przeszedłem do "Czerwonych ćwieków". Oj, ktokolwiek wpadł na pomysł prequela powinien mieć za to potrącone z wypłaty. O ile bowiem początek "Kwrwi węża" był całkiem spoko i obiecywał dobrą przygodówkę w stylu Wilbura Smitha, tak im dalej w las tym gorzej. Stirling potrafi pisać mięsistą prozę co udowodnił w swojej serii o Drakanach, ale tutaj chyba dostał jakieś wytyczne od wydawnictwa by nieco ułagodzić Conana, co wyszło nieco komicznie. Niemniej może i by się to sprawdziło gdyby książka była zamkniętą historią z finałem w postaci powstania niewolników . No, ale znów - ograniczenia prequela... Ech...
    Przy okazji książka jest całkiem solidnie wydana - arkusze są szyte i klejone a nie tylko klejone, a twarda okładka z całkiem udaną ilustracją może cieszyć oko. Niestety, abstrahując już od kwestii przekładu - ilustrację w środku to już generatywny AI slop, który aż razi chociażby brakiem zachowanych proporcji postaci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, wydanie przezwoite. I tyle dobrego można rzec.

      Usuń
  6. J.P. Zajączkowski5 września 2026 20:47

    Na Croma, jak ja się cieszyłem na nowego Conana. A tu takie coś ... Gdzie ten świat dotarł, że już nawet pulpy napisać nie potrafią?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umiom :D Ale nie w USA, niedługo wjedzie coś o Conanie ze wschodu, bo dorwałem dużą paczkę ebooków.

      Usuń
    2. J.P. Zajączkowski6 września 2026 23:06

      No to czekam z niecierpliwością!

      Usuń
    3. Gdyby znalazł się ktoś, kto po rosyjsku przeczytałby te wschodnie Conany, to sądzę, że dałoby się wybrać parę ciekawych rzeczy dla naszych wydawców. Choć są też zupełne kurioza.

      Usuń
    4. J.P. Zajączkowski12 września 2026 15:04

      Zdawałem sobie sprawę z rosyjskich bootlegów Conana, bo przecież kilka z ostatnich tomów z Amberu było tłumaczeniami takich pastiszy, ale dopiero tera zrozumiałem, że imię ich legion. Okazuje się, że naród ten jak chce to potrafi, chociaż nie wiem po co :)

      https://swordsofreh.proboards.com/thread/950/russian-unauthorized-pastiches

      https://fantlab.ru/work25429/editions

      Mają rozmach, na Croma!

      Usuń
    5. Niedawno widziałem na ruskim forum paczkę z ponad... 850 Conanami. Nie tylko ruskimi, bo były anglosaskie, czeskie i słowackie, bułgarskie, a nawet nasz rodzynek czyli Piekara.

      Usuń
    6. J.P. Zajączkowski12 września 2026 18:13

      Ciekawe, dlaczego nikt nie poszedł w ślady Jacka de Crafta
      , kiedy była na to moda? Nie doczekaliśmy się Mrozów Ery Hyboryjskiej. Możliwe, że te kilkadziesiąt tomów w czarnej serii wystarczająco nasyciło rynek. 850? To chyba teraz życie Conana opisane jest minuta po minucie :
      )

      Usuń
    7. Przypuszczam, że czarna seria przestała wychodzić z innego powodu. Od 1994 r. obowiązywała ustawa, wg której prawa autorskie obowiązywały przez 50 lat od śmierci twórcy - więc do dzieł i bohaterów Howarda wygasły w 1986. Jednak w 2000 roku wydłużono to do 70 lat, co przesunęło granicę na 2006 rok.

      I właśnie w 2000 roku Amber wydał ostatniego Conana - t. 72: "Conan i widmo przeszłości" Tima Donnella (pseudonim jakiegoś Rosjanina). Źródełko anglosaskie Amberowi już wyschło, a ruskich Conanów, niezatwierdzonych przez spadkobierców Howarda, nie można było wydać zgodnie z prawem.

      A czemu Polacy Conanów nie tworzyli... Dobre pytanie. Dla elity pisarskiej lat 90. - pokroju Sapkowskiego, Kresa, Oszubskiego, Ziemiańskiego, Lewandowskiego, Grzędowicza, także Piekary (poza tym jednym "wybrykiem") itd. - było to pewnie poniżej ich godności. Ale to i tak nie tłumaczy, bo przecież mogli walić pod pseudonimami. Może Conan był zbyt mało intratny?

      Może połaszczyłby się Pilipiuk, ale on akurat tłukł inną franczyzę - Pana Samochodzika.

      Usuń
    8. J.P. Zajączkowski13 września 2026 08:37

      A o tym, że prawa autorskie tak się przedstawiały, to nawet nie pomyślałem.
      Gdy wspomniałeś o Sapkowskim, to przypomniał mi się jego artykuł z Fantastyki "Nie ma złota w szarych górach" (taki chyba był tytuł?), gdzie tak napiętnował naszą fantasy, że prawdopodobnie nikt się już nie odważył iść w stronę pulpowych klimatów :)

      Usuń
    9. Sapkowski: "Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach" z "Nowej Fantastyki" z maja 1993. A kpił głównie chyba z Ziemkiewicza (z powieści "Skarby Stolinów", opowiadania "Hrebor Cudak" i komiksu "Wilcza klątwa"), Lewandowskiego (powieści "Ksin" i "Różanooka") i Szrejtera (parę opowiadań z Fenixa i Voyagera). Nie pamiętam, która autorka uzbroiła piechotę w kopie.

      Jak masz chęć, to Piroga można przeczytać tu:
      https://sapkowskipl.wordpress.com/2017/03/17/pirog-albo-nie-ma-zlota-w-szarych-gorach/

      Nota bene, też Feliks Kres kpił ze wspomnianej powieści Ziemkiewicza. Zaczęło się od tego, że Ziemkiewicz napisał parodię opowiadania Kresa "Gaareogorde hork kerek" - ziemkiewiczowska parodia miała tytuł "Ke kerem korek gerek" i została odczytana podczas spotkania Klubu Tfurców. Na to Kres poszedł do kibla i na tronie spłodził parodię "Skarbów Stolinów" zatytułowaną "Stolce Stalinów".

      To króciuteńkie opko Kresa możesz przeczytać tu (bardzo niepolitpoprawne, wystarczy wspomnieć, że jest w nim "duch podziemnych korytarzy, straszliwy i nienasycony Peddał"):
      https://greybrow.iq.pl/teksty_old/stolce_stalinow.html

      Usuń
    10. Ha, przypomniało mi się - piechota uzbrojona w kopie była w opowiadaniu "Weź mnie ze sobą, Thorge" Joanny Magier - "Nowa Fantastyka" nr 2 (101), 1991:

      "Kordon żołnierzy wyrósł nagle i nieoczekiwanie; ten widok osadził nas w miejscu. Byli to pretorianie. Ich czerwone płaszcze i dziwaczne hełmy osłaniające całe twarze stanowiły doskonały znak rozpoznawczy, tak samo dobry jak krótkie miecze o szerokich ostrzach i stopy w sandałach. Zaparłszy końce kopii w ziemię, ostrza kierowali na zewnątrz".

      Opowiadanie jak na owe czasy przyzwoite, niestety, towarzystwo na nią napadło za te kopie i dziewczyna przestała pisać - chyba nigdy nic więcej nie opublikowała. A kamyczek był tu raczej do ogródka Parowskiego – redaktora, który powinien wyłapać ewidentny błąd, tym bardziej że autorka była wówczas młodziutka – chodziła do I klasy LO, czyli miała 15-16 lat.

      Muszę poszukać tych napaści na nią, żeby ocenić napastliwość, bo tak młodej debiutantce należały się raczej życzliwe rady, a nie łajanie.

      Usuń