czwartek, 16 czerwca 2016

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów

Kiedy pierwszy raz usłyszałem termin „rural fantasy”, pomyślałem, że to mnożenie bytów ponad potrzeby (no może nie dokładnie tak kulturalnie pomyślałem, bo pewnie jakiś wulgaryzm się zaplątał, raczej to było coś w stylu: Ja piiiii, piiiii ich). Ale tak na chłopski rozum, skoro jest urban fantasy, czyli miejska, to musi być i rural fantasy, czyli wieśniacka. Chyba nie cieszy się popularnością, bo na lubimyczytac znalazłem osiem pozycji tegoż podgatunku, z czego siedem to książki z cyklu o Jakubie Wędrowyczu Pilipiuka – listę uzupełnia Wybrana Naomi Novik. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę pozycji, np. młodzieżówki Tada Williamsa i Deborah Beale z cyklu Zwyczajna farma. W każdym razie jest to podgatunek niszowy.

Może i trochę szkoda, bo akurat jestem wsiofilem, także literackim – do moich ulubionych książek zaliczam Chłopów Reymonta, Mój drugi ożenek Mortona, czy Konopielkę Redlińskiego.

Powieść Marty Krajewskiej to takie stuprocentowe rural. Mamy wieś na końcu świata, z rzadka odwiedzaną przez obcych. Akcja posuwa się do przodu powoli, a znaczną część książki wypełniają opisy prac w gospodarstwach i wiejskich obrządków. Skoro jestem wsiofilem, to musiało mi się podobać.
Fajnie też autorka ukazała stosunek wieśniaków do istot nadprzyrodzonych: płanetników, wilkołaków, wił itp. Mieszkańcy Wilczej Doliny traktują te stworzenia jak część otaczającej ich przyrody. Jak z niedźwiedziem w dawnej Polsce – jak się pojawi ludojad, trzeba go ubić, ale na podbieracza miodu wystarczy u wlotu do barci zamontować na sznurku kołek z kolcami – co go miś odepchnie, to kołek wróci i misiowi przywali, aż się miś nauczy.

Bestiarium Krajewskiej ma swoje korzenie w mitach, podaniach, baśniach słowiańskich. Dotąd raczej słabo to się sprawdzało w fantasy (taką „słowiańszczyznę” obśmiał swego czasu Sapkowski w Pirogu, że zacytuję: Przy zagaju, przy ruczaju jechał Piróg na buhaju. Jam, pry, jest Piróg. Ale nie ruski. Nie celtycki. Jestem nasz, swojski, słowiański Piróg...). W Idź i czekaj mrozów ten element akurat nie razi, a raczej jest jednym z plusów.

Autorka, z grubsza rzecz biorąc, pisze poprawnie (chociaż za wstrętny rusycyzm „póki co” lał bym po łapach i ją, i redaktora). W pewnym miejscu mnie rozbawiła, bo pisze o osikowym kołku, ale kawałek dalej tworzy neologizm – nazywa wbijanie tegoż kołka: osinowaniem. To poprawnie, bo osika to drzewo, a osina – pozyskiwane z niego drewno. Jednak zastanawiałem się, jak by to słowo brzmiało, gdyby utworzono je od nazwy drzewa: osikiwanie?

Język poprawny, ale odnosiłem wrażenie, że jakiś sztywny, brak lekkości, brak poczucia humoru (chyba że akurat mnie nie śmieszyło to, co w zamierzeniu autorki śmieszyć miało). Ale im dalej w las, tym jest lepiej – widać, że autorka się rozkręca, że jej styl się poprawia. Jak na debiut powieściowy, ten punkt można ocenić pozytywnie.

Gorzej z bohaterami. Prawie wszyscy podobni do siebie. Niby mają jakieś wady, ale takie bardzo „lajtowe”. We wsi jest knajpa, a pijaków brak, nikt baby nie tłucze, nikt nie zdradza... Trochę cukierkowy obrazek mieszkańców Wilczej Doliny (może poza Atrą). Odrębny problem, to DaWern, żywcem przeniesiony z paranormal romance (i to nie jest pochwała).

Zastanawiał mnie także aspekt ekonomiczny życia bohaterów Krajewskiej. Przykładowo – czym płacą karczmarzowi, albo młynarzowi? Monetami? Ale po co monety we wsi, do której kupiec przyjeżdża od wielkiego dzwonu. I skąd te monety, bo mennicy we wsi nie ma? Z tych rzadkich wizyt kupców?

Nie do końca podobało mi się zakończenie, też takie cukierkowe (przynajmniej jeśli chodzi o główny wątek, czyli Vendy).
I nie przypadła mi do gustu okładka – dla mnie zbyt jednoznaczna, wręcz fotograficzna.

Wsiofilom polecam. Natomiast osobom nie pałającym sympatią do życia wiejskiego, nie doradzę, nie odradzę – trzeba się na własnej rzyci przekonać :) W każdym razie, na pewno kupię kolejną książkę tej autorki.

Za polecenie książki dziękuję Katarzynie Chojeckiej – OK, nie ma wtopy, nie wisisz piwa :D

Ocena: 6.10

M. Krajewska, Idź i czekaj mrozów, wydawnictwo Genius Creations, Bydgoszcz 2016, stron: 502.

6 komentarzy:

  1. Uf, ulżyło mi!
    Cieszę się, że książka Ci się spodobała, choć może nie tak bardzo jak mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz po "Idź i czekaj mrozów" odświeżyłem sobie "Antka" Prusa - poziom literacki, skala emocji bez porównania. To pewnie też miało wpływ na moją ocenę :)

      Usuń
    2. No wiesz, to już zupełnie dwie różne historie :P

      Usuń
    3. Ale wieś, to wieś :D - nie mam na myśli fabuły, tylko oddanie wiejskich realiów i emocje, bo tych za bardzo Krajewskiej nie udało się wywołać.

      Usuń
  2. Wcześniej książka mnie specjalnie nie ciekawiła i twoja recenzja nie zmieniła mojego zdania. Daruję sobie lekturę.
    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro masz takie przeczucia, to nie kupuj, ale jeśli trafisz w bibliotece - wypożycz, a nuż się spodoba :)

      Usuń