sobota, 8 października 2016

Spółka akcyjna do walki ze... smokiem

Czasem seczytam starą prasę i trafiłem na artykuł pasujący jak ulał do profilu tego bloga. Teraz mam problem, jak otagować post. Bo smok i smokobójcy chcący przejąć jego skarby, to fantasy czystej wody... Ale wydarzenie jest autentyczne, opisywane przez prasę w 1929 roku. Korzystałem konkretnie z artykułu z Ilustrowanego Kuriera Codziennego, który – w przeciwieństwie do choćby bulwarowego Kuriera Czerwonego – uchodził za gazetę poważną. Ba, chyba „najpoważniejszą” w przedwojennej Polsce.

Jak podaje Wikipedia, Ilustrowany Kurier Codzienny wydawany był w latach 1910-1939. Był pierwszym dziennikiem ogólnopolskim i miał codziennie około miliona czytelników. Na jego bazie powstał cały koncern.

W koncernie pracowało ponad 1000 osób. Jego właściciel, który karierę zawodową rozpoczynał od posady nauczyciela gimnazjalnego, słynął z umiejętności dobierania pracowników i dbałości o zróżnicowanie światopoglądowe w zespołach redakcyjnych, zatrudniając i narodowców, i komunistów. Był pierwszym polskim wydawcą, który zniósł wierszówkę. Podobno nie była ona konieczna, bo w związku z tym, że świetnie płacił, dziennikarze z własnej inicjatywy starali się pisać jak najwięcej.

Po co to piszę – otóż IKC był gwarancją rzetelności tekstu. A artykuł, który teraz chcę przedstawić brzmi tak sensacyjnie/dziwacznie, że dzisiejszy Fakt by się go nie powstydził i mógł umieścić obok tekstów o walkach morderczych chomików, wielorybie w Wiśle czy ataku czajnika na panią Irenę...
Artykuł jest niepodpisany, jak można się domyślać, pochodzi z jakiejś agencji prasowej – przedwojenne gazety powszechnie korzystały z ich usług.

Tekst z IKC w całości (z drobnymi zmianami redakcyjnymi, niewielkim uwspółcześnieniem pisowni i pogrubieniami najciekawszych fragmentów). 

Spółka akcyjna do walki ze... smokiem

Autentyczny wypadek, ilustrujący ciemnotę chłopów bałkańskich.


Kilku chłopów z okolicy bułgarskiego miasteczka Braca było bohaterami niezwykłego procesu, który mógł odbyć się doskonale w średniowieczu, ale w dwudziestem stuleciu zadziwia co nieco swoim anachronizmem.

Oto rozgłosili oni pewnego razu wieść, którą, podali tylko jednak wtajemniczonym, iż w okolicy ich wsi, w jednej z jaskiń górskich, mieszka nie mniej ni więcej, jak tylko ziejący ogniem smok. Niechby sobie ten smok żył i był. Ale największa sensacja to ta, że smok strzegł ogromnego skarbu. Skarb ów, jak chłopi mogli już wyśledzić, składał się z ośmiu wagonów złota, złożonych w czterech olbrzymich stertach, oraz z 18 wiader pełnych klejnotów i szlachetnych kamieni. Chodziło o to, ażeby skarb ten smokowi odebrać, czego atoli nie można było dokonać, nie stoczywszy z nim poprzednio walki. Ażeby przedsięwzięcie przeprowadzić szczęśliwie, postanowili ci chłopi przyjąć do spółki swoich znajomych, którzy by interes ten poparli już to walutą, już to męstwem, już to produktami.

Założono towarzystwo akcyjne dla eksploatowania smoczych skarbów. Do towarzystwa tego wszedł pewien emerytowany pułkownik (!), wdowa po popie i kilku włościan. Emerytowany pułkownik miał podjąć się głównego dzieła, mianowicie walki ze smokiem. Wdowa po popie dostarczyła znacznej sumy pieniężnej, która miała służyć dla zaopatrzenia wyprawy w należyty rynsztunek. Pewna biedna włościanka oddała na ten cel ostatnią krowę, która miała być dana smokowi na pożarcie, tuż przed walką, celem zwolnienia jego ruchów. Spółka akcyjna nie zarejestrowana jednakowoż w żadnym urzędzie, odbywała w grocie kilkakrotnie posiedzenie, przyczem wszystkim uczestnikom zawiązywano oczy... Kilka oddanych strzałów i jakieś oddalone ryki miały być dowodem, że odpędzono zbliżającego się potwora.

Szajka wystarała się tymczasem o paszporty i gotowała się, ażeby po wyeksploatowaniu swoich naiwnych wspólników uciec zagranicę. Tymczasem nie udało się jej to. Machinacje odkryto całkiem przypadkiem.

Oto żona b. pułkownika, przeglądając jego papiery, znalazła testament świeżo napisany, w którym pułkownik rozporządził swą fortuną na wypadek śmierci w walce ze smokiem. Walkę tę brał on tak dalece na serjo, że nawet, niby nowożytny Zygfryd, sprawił sobie maskę gazową do ochrony przeciwko smrodliwym wyziewom, wydanym przez smoka. W obawie, ażeby jej mąż naprawdę nie stracił życia, zwierzyła się z tem odkryciem kobiecina swemu bratu. Ten wreszcie oddał tę sprawę policji.

Chłopi zostali skazani każdy na kilka lat ciężkiego więzienia.

2 komentarze:

  1. Dobre! :) Jakie dziwne są numery telefonów do redakcji, zaledwie czterocyfrowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracuję w gazecie, któej pierwszy nr ukazał się w 1932 roku. Wówczas "mieliśmy" taki nr telefonu: 72. Wtedy nie było unifikacji numerowej w całym kraju, więc im miasto mniejsze, tym numery mniej złożone.

      Usuń