środa, 2 sierpnia 2017

Biblioteczka wikingofila (2: fantasy)

W fantasy wikingowie, a może raczej ludy i gatunki wikingopodobne, trzymają się mocno. Cały nurt heroic fantasy wyciska archetyp barbarzyńcy z północy jak cytrynę. I to od wielu, wielu lat.

Daleko nie szukając, Conan z Cymerii (zwany też Onanem z Mizerii :D ). Jego rodacy, Cymeryjczycy żyją na dalekiej północy, a za nimi są już tylko krainy znane z mitologii skandynawskiej – Vanaheim i Asgard.

Rasista Howard, widząc takiego Conana,
w grobie się przewraca
Sam Robert E. Howard rzadko umieszczał akcję swoich opowiadań na północy, wolał gnać biednego Conana na południe, ale z „północnych” opowieści warto przeczytać jego Córkę lodowego olbrzyma. Częściej ojczyste strony nasz barbarzyńca odwiedzał w dziełach kontynuatorów Howarda (a imię ich Legion) – można tu wymienić powieść Johna Maddoxa Robertsa, Conan zuchwały (t. 22 cyklu w wydaniu Art/PiK/Amber). Wikińskie klimaty są też w niektórych innych opowiadaniach Howarda, zwłaszcza w tomiku Tygrysy morza.

Podobnie barbarzyńcą z północy jest Fafryd, jeden z pary głównych bohaterów cyklu Przygody Fafryda i Szarego Kocura Fritza Leibera. Ten cykl też dostaliśmy w całości, a to dzięki wydawnictwu Solaris. Niektóre tomiki wciąż można spotkać w tanich księgarniach. Ten cykl polecam – to chyba najlepsze heroic fantasy.

Ale wikingopodobni, to nie tylko heroic fantasy. Każdy szanujący się autor fantasy, w swoim świecie umieszcza krainę północną, gdzie żyją właśnie wikingopodobni. W Westeros (Saga ognia i lodu Martina) poddani Starków – ludzie północy, a także Dzicy od wikingów różnią się głównie tym, że nie są aż tak związani z morzem. Jeszcze bardziej wikingopodobni są mieszkańcy Kamiennych Wysp, poddani Greyjoyów.

Mieszkańcy Żelaznych Wysp – jak nie wikingowie, skoro wikingowie
Podobnie mamy w cyklu Pamięć, smutek, cierń Tada Williamsa – Rimmersgardczycy to wypisz, wymaluj wikingowie. Tyle że porzucili morskie wyprawy. To świetny cykl – fantasy tolkienowska, ale bije na głowę samego Tolkiena (Rebis zapowiada, że niedługo wyda czwarty tom, dopisany przez Williamsa po latach).
W cyklu Korona Gwiazd Kate Elliott kraina Wendar – przypominająca Niemcy czasów Ottonów, najeżdżana jest przez Eików – nie do końca ludzi, ale wikingów :D Polecam dwa pierwsze tomy, niestety, w kolejnych autorka wykazała się głównie wodolejstwem.

Trochę przydługi ten wstęp, więc do rzeczy. Ponownie ograniczam się do pozycji raczej starszych, żeby nie powielać pracy Kasi i Wiedźmy.

Za pierwszą powieść fantasy uchodzi Las za światem Williama Morrisa, który ukazał się w 1894. No właśnie – uchodzi, ale chyba nie do końca słusznie, bo trzy lata wcześniej (1891) wyszedł Eryk Promiennooki, pióra słynnego Henrego Ridera Haggarda.

Teraz pewnie zachodzicie w głowę, a z czegóż ów Haggard jest słynny. Otóż był mistrzem pewnego podgatunku fantastyki, który trudno przypisać i do fantasy, i do SF. Podgatunek ów zwiemy „opowieści o zaginionych cywilizacjach”. Już kleicie? Pisał w tym nurcie też np. Robert Howard. Z grubsza rzecz biorąc – podróżnicy odkrywają na dzikim lądzie (najczęściej w Afryce) przedstawicieli pradawnej cywilizacji wiodącej swój rodowód od Asyryjczyków, Egipcjan czy wręcz Atlantów. Podgatunek ten ongiś był bardzo popularny, obecnie dogorywa. W każdym razie Haggardowi sławę przyniosła powieść Ona i cykl o afrykańskim podróżniku Allanie Quatermainie (nie zawsze zresztą afrykańskim, bo Haggard wysłał go nawet w czasy prehistoryczne – Alan i bogowie lodów); częścią tego cyklu są słynne Kopalnie króla Salomona.

Eryk Promiennooki to coś z zupełnie innej bajki – typowe fantasy. Haggard sprawdził czy potrafi napisać coś w stylu skandynawskich sag. I wyszło naprawdę nieźle. Warto tę książkę przeczytać tak dla wartości literackich, jak i dla poznania korzeni fantasy. O czym to jest, za wydawcą:
Eryk, syn zamożnego islandzkiego rolnika, ubiega się o rękę Gudrudy Pięknej. Ta wyraża zgodę, lecz okazuje się, że siostra przyrodnia Gudrudy, czarownica, też kocha Eryka i użyje wszelkich dostępnych jej sposobów, by rozdzielić zakochanych. Droga Eryka do zdobycia Gudrudy jest pełna przygód i niebezpieczeństw wymagających bohaterstwa i poświęceń, a wszystko kończy się zgodnie z regułami sagi, gdzie musi dojść do spełnienia nawet najbardziej ponurych przepowiedni.
Książka miała dwa wydania w naszym kraju (1987 – I i IV strona okładki oraz 1993) – oba w wydawnictwie Alfa.


W kanonie Sapkowskiego znalazło się bardzo sympatyczne czytadło – cykl Fletchera Pratta i L. Sprague de Campa: Przygody Harolda Shea. To też ramotka, pisany był w latach 1941-1954. Za wydawcą:

Matematyka magii to największe odkrycie wszechczasów. A przynajmniej tak sądzi jej odkrywca, profesor Harold Shea. Dzięki zastosowaniu odpowiednich równań może przetransportować siebie i swoich przyjaciół do równoległych światów i wszelkie cudowne krainy starożytnych mitów, legend, a także utworów literackich znajdują się w zasięgu ręki. Ale takie skoki stanowią ogromne ryzyko, bowiem nie wszystko dzieje się zgodnie z oczekiwaniami, cudowne krainy mają także swoje ciemne strony, zaś niezliczonych, śmiertelnie niebezpiecznych sytuacji nie da się przewidzieć za pomocą magicznych równań....

Oczywiście prof. Shea odwiedził także krainę mitów skandynawskich. Czytałem to wiele lat temu, wtedy mnie urzekło. Niestety, w języku polskim dostaliśmy tylko część cyklu, utwory zebrane w dwóch tomach, które wydała Alfa w latach dziewięćdziesiątych (w serii tego wydawcy – Biblioteka Fantastyki – ukazało się sporo wartościowej klasyki).

Profesor Shea odwiedził także krainę mitów skandynawskich. Ilustracje z jakiegoś starego wydania

I dalej klasyka, i dalej kanon – słynny Grendel Johna Gardnera z 1971 roku. To retelling Beowulfa – wydarzenia ukazane z punktu widzenia potwornego Grendela. Dla „potwora” to my – ludzie jesteśmy nieracjonalnymi, okrutnymi barbarzyńcami. Z drugiej jednak strony Grendel wciąż wraca w pobliże ludzkich siedzib, żeby... posłuchać barda. I chociaż wiemy jak to się skończy, trudno oderwać się od tej powieści.
Lepię się od krwi. Nie czuję już żadnego bólu. Starzy wrogowie, zwierzęta, zbierają się wokół, by patrzeć na moją śmierć. Zwracam się ku nim, starając się przywrócić na twarz potulny uśmiech. Przerażone serce wali mocno. Czy mogę odetchnąć, czy też opuści mnie wtedy resztka życia? Zwierzęta patrzą na mnie bezmyślnymi, obojętnymi ślepiami, spokojne jak otchłań przede mną.
Czy to, co czuję, to radość?
Wciąż patrzą, złe, niewiarygodnie głupie. Cieszą się z mojej zguby.
– Biedny Grendel miał wypadek – szepczę. – Was też może to spotkać.
Grendel to książka z gatunku „musisz to znać”. Zdobycie nie jest pewnie wielkim wyzwaniem, bo miała trzy polskie wydania, z czego ostatnie w 2007 roku.


Berserker – trylogia, która ukazała się oryginalnie w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, a u nas w pierwszej lat dziewięćdziesiątych. Bohaterem jest Harald Chyży Topór, zmagający się z klątwą, którą rzucił na niego Odyn.

Jest to dość obsceniczne, ale klimatyczne. Wyobraźcie sobie Odyna, który pod postacią wielkiego byka siedzi na tronie i w ręku trzyma – przepraszam za określenie – swojego fiuta (czy, jak to określił tłumacz: wielkiego sterczałę). Co tu dużo mówić, książki mają pewien urok, jakiś klimat, ale ogólnie rzecz biorąc, to straszna chała.

Co najzabawniejsze, wyszła spod ręki świetnego pisarza – najwidoczniej wiedział, że produkuje kiszkę i ukrył się pod pseudonimem. Chris Carlsen to tak naprawdę Robert Holdstock, autor znakomitego cyklu Mythago Wood, zaliczanego (m.in. przez Sapkowskiego) do kanonu fantasy. U nas, niestety, Berserkera wydali w całości, a Mythago Wood tylko dwa pierwsze tomy (Las ożywionego mitu i Lavondyss).


Harry Harrison znany jest głównie jako autor książek SF – chyba każdy miłośnik fantastyki słyszał o Stalowym Szczurze, Billu Bohaterze Galaktyki czy trylogii Eden. Harrison stworzył też cykl, który z grubsza można nazwać wikińską fantasy i historią alternatywną (z grubsza, bo fantasy tam niewiele).

Najpierw o książkach. Znowu mamy nawiązanie do Ragnara Lothbroka, czy raczej jego synów. Akcja zaczyna się, gdy do Wielkiej Brytanii przybijają statki Ragnarsonów, którzy chcą pomścić śmierć ojca na królu Elli. Do wikińskiej niewoli trafia młody kowal i wizjoner Skef. Tytuły poszczególnych tomów Młota i krzyża mówią same za siebie, co się dzieje dalej ze Skefem: Thrall (czyli niewolnik), Karl (wolny), Jarl (możny/władca). I jeszcze więcej mówi tytuł kolejnej części: Droga króla. Niestety, nie poznaliśmy całego cyklu, ostatni tom zatytułowany jest: King and Emperor.

I teraz słowo o wydaniu. Nie jestem w stanie po wielu latach ocenić pracy redaktora i korektora, ale jak najbardziej mogę cwaniactwo wydawcy. Amber było prekursorem w dzieleniu książek na części w celu lepszego wydojenia czytelników. Więc Młot i krzyż podzielili na trzy tomy, opasłe, a jakże: 175 + 192 + 192 strony. Tak, książkę, która powinna mieć nieco ponad pięćset stron podzielili na trzy zeszyciki. Chyba nie spotkało się to z uznaniem czytelników, więc tom drugi cyklu wyszedł już w jednym woluminie.


Harry Harrison napisał jeszcze jedną powieść związaną z tematem notki – Filmowy wehikuł czasu. O co chodzi, za Wikipedią (czytałem to jeszcze w latach osiemdziesiątych :D):
Barney Hendrickson próbuje ratować swoją wytwórnię filmową za pomocą wynalazku profesora Hewetta. Jest nim wehikuł czasu, Barney postanawia przenieść się do do roku 1000 i nakręcić tani, a jednocześnie realistyczny film o odkryciu przez wikingów Ameryki. Pierwszym problem staje się nawiązanie współpracy ze skandynawskimi wojownikami. Ponadto musi ukończyć film zanim w XX wieku dobiegnie końca rozpoczynający się właśnie weekend.
Książka miała dwa wydania polskie. Pierwsze, właśnie jeszcze w latach osiemdziesiątych, w miesięczniku Fantastyka. Dla tych, co nie pamiętają, bo z racji wieku nie mogą :D – odcinki powieści drukowane były w środku czasopisma, można je było wyjąć, złożyć i nawet dodać okładkę – bo tę Fantastyka drukowała na ostatniej (czyli kolorowej) stronie. Sporo dobrych książek dzięki temu przeczytałem – Świat czarownic Andre Norton, Cień kata Gene Wolfe, Księżniczkę Marsa i Pellucidar Edgara Burroughsa, Mechaniczną pomarańczę Anthonego Burgessa. To było w czasach, kiedy kioskarka to był ktoś – warto było mieć znajomą, która odłoży pismo. A Mekką był antykwariat przy ul. Głogowskiej w Poznaniu, w którym czasem można było kupić starsze numery Fantastyki. Pamiętam, że najtrudniej było zdobyć numer grudniowy za 1984 rok – były w nim dwa opowiadania o Conanie.
Filmowy wehikuł czasu wznowił w 1994 roku Amber.

Wikingopodobnych i nawiązania do mitów skandynawskich mamy też w trylogii Michaela Scotta Rohana, Zima Świata. Cykl ten także znalazł miejsce w kanonie Sapkowskiego (mam wątpliwości czy słusznie, bo choć to niezła literatura, to jednak nie aż tak dobra, żeby ją umieszczać w TOP 100).
Za wydawcą:
Alv, młody chłopak znikąd, jedyny ocalał podczas krwawej masakry w miasteczku, w którym się zatrzymał. Wszyscy mieszkańcy zostali wymordowani przez okrutnych Ekweshów. Ich dowódca, Mistrz-Kowal, przygarnął chłopca i uczynił go swoim uczniem. Wiedza i umiejętności, jakie zdobywa po kilku latach Alv, są imponujące, jednak gdy chłopiec dostrzega, że wielbiony przezeń mistrz stoi po stronie mrocznych sił zła, ucieka. Wyrusza w długą i niebezpieczną podróż, u której kresu zmierzy się ze swym dawnym nauczycielem.
Scott Rohan napisał Zimę Świata w latach osiemdziesiątych, u nas wydał to Amber (1994-1995). Na przełomie XX i XXI wieku autor napisał drugą trylogię, której akcję umieścił w tym samym świecie, ale tego już na polski nie przełożono. Natomiast pewne wątki związane z wikingami, a może raczej ich potomkami w Italii – Normanami mamy w innej powieści, którą Scott Rohan popełnił we współpracy z Allanem Scottem. Tu znowu polityka wydawcy – Amber wydał to w 1995 roku w dwóch zeszycikach (tytuły: Rogi Tartarusa i Zaklęcie imperium). Ale to słabe jest.


Bardzo wikingopodobni bohaterowie są w trylogii Margaret Weis i Tracy Hickmana, Smocze okręty. Głównym bohaterem jest Skylan Ivorson, wódz Vindrasów. Akurat toczy się wojna między starymi i młodymi bogami. Starzy angażują do pomocy Vindrasów.

Przeczytałem tylko pierwszy tom. Nie, nie dlatego, że to słabe – jakoś pozostałe nie wpadły mi w ręce. Ale nie szukałem z zacięciem, co też jest pewną opinią. Ot, mamy do czynienia z niezłym czytadłem. Weis i Hickman to przyzwoici rzemieślnicy, piszący od „wieków” – znani głównie z powieści okołogrowych, konkretniej ze świata Krynn (Dragonlance). I na pewno są w elicie twórców takiej literatury (z ciężkim sercem przechodzi mi to słowo, w tym kontekście przez klawiaturę).


I na koniec książka, której nie udało mi się doczytać do końca. Może powieść Lachlana jest niezła, może klimatyczna, ale nie zdzierżyłem tłumaczenia z dziwaczną archaizacją języka.
Akcja toczy się we wczesnośredniowiecznej Norwegii. A co dalej, to już za wydawcą:

Wiedziony przepowiednią król wikingów wyprawia się porwać dziecko, gwaranta pomyślności swego ludu. Zamiast jednego, odkrywa dwa niemowlaki, bliźniaczych synów śmiertelniczki i nordyckiego boga. Jednemu pisany jest los dziedzica królewskiego rodu, drugiemu – żywot wśród wilków.
Niekonwencjonalne ujęcie mitu o wilkołaku. Ociekające krwią, pachnące żelazem. Rozbrzmiewające złowieszczymi zaklęciami i szczętem oręża.
Można powiedzieć, że akcja Synów boga toczy się dwutorowo: na poziomie ludzkim i nadprzyrodzonym. Wali, Feileg i osoby z ich otoczenia zostają wciągnięci w boskie manipulacje – za sznurki ciągną Odyn i Loki, a swoje trzy grosze dorzuca również królowa wiedźm Gullweig. Gdy mowa o celach i ambicjach nordyckich bóstw, nie ma czytelnych granic między dobrem a złem ocenianymi w ludzkich kategoriach. Bracia kierują się porywami uczuć i uśpionymi instynktami, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co kryje się za wydarzeniami, którym muszą sprostać i jak daleko mogą sięgać ich konsekwencje.

No brzmi ciekawie, ale czyta się fatalnie.


EDYCJA.
No i przypomniała mi się jedna z głośniejszych książek o wikingach; nawet powstał na jej podstawie znany film. Jak napisałem u góry, opowieści o zaginionych cywilizacjach to gatunek dogorywający. Ale właśnie do niego należy zaliczyć tę książkę.

„Tę” czyli dzieło Michaela Crichtona, które w Polsce ukazało się dwa razy pod różnymi tytułami. Najpierw, w 1992 roku, pod tytułem, jaki nadał jej autor: Zjadacze umarłych. Potem, w 1999 roku (wtedy też wszedł do kin film), pod filmowym: Trzynasty wojownik.

Głównym bohaterem jest arabski podróżnik Ahmad ibn Fadlan. To postać historyczna. Jako poseł kalifa dotarł w 922 roku nad Wołgę, a jego relacja z podróży jest cennym źródłem. Crichton znad Wołgi kazał mu jechać jeszcze dalej – do Skandynawii. Osada zaprzyjaźnionych wikingów nękana jest przez stworzenia rodem z koszmarów. I trzeba się z nimi rozprawić...


I garść linków:

Biblioteczka wikingofila (1)
Biblioteczka wikingofila (3: komiks polski)
Biblioteczka wikingofila (4: komiks europejski)
Biblioteczka wikingofila (5: komiks amerykański i azjatycki)
Kącik z książką: Wikingowie i mitologia nordycka w literaturze
Wiedżmowa głowologia: Wikingowie i mitologia nordycka w literaturze


Sezrobiłem facebooka, można sepolubiać:
Seczytam na fejsie.

14 komentarzy:

  1. Andrzej Sapkowski zalicza opowieści o zaginionych cywilizacjach do fantasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z opowieściami o zaginionych cywilizacjach jest jak z historią alternatywną - może być fantasy, ale nie musi. Poza tym zastanawiałbym się na ile te opowieści o zaginionych cywilizacjach z elementem nadprzyrodzonym są fantasy, a na ile horrorem (dla większej komplikacji dodam, że moim zdaniem, każdy horror można zaliczyć albo do fantasy - Dracula, albo do SF - Frankenstein). W każdym razie np. historia alternatywna Carda - cykl Alvin Stwórca - to fantasy, ale historia alternatywna Dicka - Człowiek z Wysokiego Zamku - już fantasy nie jest :D Może kiedyś zrobię notkę o moim podziale fantastyki.

      Usuń
  2. Wisi mi, co Howard by pomyślał, Mamoa to bardzo ładny Conan jest (choć khalem był ładniejszym) :P Ale i tak jedynym prawilnym Conanem pozostaje Arnold.;)

    Cykl Leibera próbowałam czytać, ale po pierwszym tomie poległam - tak drewnianego języka ze świecą szukać. Choć nie wykluczam, że to zasługa przekładu (ogólnie wiele powieści wydanych przez Solaris ma podejrzani podobny, drewniany język, niezależnie od kraju pochodzenia czy nazwiska tłumacza. Ciekawe).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamoa najlepszy był w Stargate Atlantis :D

      Leibera zacząłem czytać w innym wydaniu, nie Solarisu - najpierw czytałem jedną z nowel w takiej starej antologii Rebisu - "Barbarzyńcy". Potem zbiorek wydany przez Alfę pt. "Miecze i ciemne siły". A na lekturę czeka jeszcze książka "oficjalnego" (namaszczonego przez samego Leibera) kontynuatora, czyli: Robin Wayne Bailey, Miecze przeciw Krainie Ciemności (Zysk i S-ka 2004).

      Usuń
    2. Nie wiedziałem, że cykl o Fafrydzie i Szarym Kocurze wyszedł w Polsce w całości. Jedyne informacje w necie o ostatnim VI tomie wyglądają jak poniżej:
      http://katedra.nast.pl/ksiazka/4326/Leiber-Fritz-Rycerz-i-lotrzyk/

      Wiesz może jak go dostać?

      Usuń
    3. A masz rację, ostatniego tomu Solaris nie wydał.

      Usuń
  3. To widzę, że mam trochę do nadrobienia. Czaję się przede wszystkim na "Grendela", tylko ciągle zapominam go kupić :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tego Lachlana czytałaś? Bo się zastanawiam, czy to tylko mi tak nie podeszło :D

      Usuń
    2. Nie znam w ogóle gościa :) Z wikińskich, które mi wybitnie nie podeszły, to jak dotąd chyba tylko "Osadnicy z Catanu" (rzuciłam koło 50 strony). Trochę rozczarowała mnie też Saga o jarlu Broniszu (chociaż fakt, że to bardziej chyba słowiańskie), więc nie sięgałam już po tom trzeci.

      Usuń
    3. Saga o jarlu Broniszu... Szczerze mówiąc, to nie przychodzi mi teraz do głowy powieść z czasów pierwszych Piastów, którą z czystym sumieniem bym polecał. No może Nienackiego, trylogię "Ja, Dago", ale to z powieścią historyczną ma niewiele wspólnego - to jedna z pierwszych polskich powieści fantasy, luźno inspirowana historią. Ale to dziwna powieść jest :D

      Usuń
    4. Czytałam i to jakoś nie tak dawno. Specyficzna, ale podobała mi się :D
      A czytałeś "Słowo i miecz" Jabłońskiego?

      Usuń
  4. Pamięć, smutek, cierń Tada Williamsa - o wow! Jak ja już dawno nie spotkałem się, żeby ktoś wspominał o Tadzie, a tym bardziej o tym cyklu. Powiem Ci jednak, że nie skojarzyłem tych Rimmersgardczyków z wikingami, zresztą mało ich już pamiętam, bo czytałęm to dawno temu. Wiesz w ogóle, że cykl jest kontynuowany i Rebis ma nawet jeszcze w tym roku wydać?

    Mamoa może i by się nie spodobał Howardowi, ale pewnie w tyłku to ma rzesze jego fanek. Rzeźba dobra, i byk niezły. Chociaż dla mnie to lepszy Arnold, a idealny wiking to w mojej opinii Clive Standen grający Rolla. To jest konkretny gość. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To ja wypowiem się jako totalnie zielona osoba, dziękuję za post ;) Akurat na rozpoczęcie roku szkolnego ;pppp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę i polecam się na przyszłość :D

      Usuń