piątek, 29 lipca 2016

Klub AK, czyli płyniemy dalej...

Wykończy mnie to wakacyjne czyszczenie magazynów (czyt. promocje) w księgarniach. Ale faktem jest, że książki sobie odmówić nie potrafię (tym pewnie się charakteryzuje nałóg). No i właśnie dziś dotarły do mnie dwie miłe paczuszki.

Korzystając z okazji uzupełniłem sobie podcykl Raymonda E. Feista Saga wojny mroku i kupiłem kolejny, tym razem dwuksiążkowy: Saga wojny demonów.

Nie uważam Feista za mistrza pióra, choć przynajmniej dwie pierwsze pozycje z cyklu o Midkemii i Kelewanie (Adept magii i Mistrz magii) w kanonie fantasy znaleźć się powinny. Mam jednak pewien sentyment do tego autora – towarzyszy mi od dwudziestu lat. Dziś może nie rzucam się już jak dzik na pyrki zaraz po wydaniu kolejnego tomu, ale z czasem, na promocjach uzupełniam (jedna książka mi umknęła – Król lisów, wydany przez ISA).

Swoją drogą zastanawiam się, kto jeszcze to czyta. Zrozumienie cyklu bez znajomości chociaż większości pozycji jest bardzo trudne (pytanie, czy w ogóle możliwe), a Rebis nie wznawia starszych tomów – za wyjątkiem Trylogii Imperium. Adept magii i Mistrz magii ukazały się ostatnio w 1996 roku. Toż całe pokolenie czytelników dorosło. Ale nie mój cyrk, nie moje małpy, niech wydawca się o to martwi.


Od dawna czaiłem się na trylogię Italo Calvino Nasi przodkowie, ale cena skutecznie zniechęcała. Może nie jest to majątek, jednak w przeliczeniu na ilość czytania wychodzi dość drogo (Wicehrabia przepołowiony ma 112 stron małego formatu). Ale skoro trafiła się promocja...

Italo Calvino to pisarz uważany za „głównonurtowca”, choć wiele jego pozycji de facto jest fantastyką. Tak właśnie jest z Naszymi przodkami – można to zaliczyć do fantasy. Jest to dość wiekowa pozycja, kolejne tomy powstawały w latach: 1952, 1957, 1959.

Zacząłem czytać Wicehrabiego – początek obiecujący, pomieszanie makabry i humoru. Pozwolę sobie zacytować fragment. Po bitwie, w szpitalu polowym:
Brakowało mu nie tylko ramienia i nogi, ale i to wszystko, co się między nimi powinno znajdować – połowa klatki piersiowej i brzucha – zostało unicestwione wystrzałem armatnim, oddanym z bliska. Z głowy pozostało jedno oko, jedno ucho, jeden policzek, pół nosa, pół ust, pół podbródka i pół czoła; z drugiej połowy nie pozostało ani strzępka. Krótko mówiąc, ocalała jedna połowa, prawa, zresztą w doskonałym stanie, bez jednego draśnięcia poza gigantyczną raną, która oddzielała ją od rozpryśniętej zapewne w drobny mak połowy lewej.
Lekarze byli zachwyceni. „Ach, co za piękny przypadek! (...)”.



O ostatniej książce dziś dostarczonej już pisałem w edycji posta o poprzedniej części lipcowych zakupów. Pozycję tę polecają recenzentki Esensji (w poprzednim poście linki). Też zacząłem czytać (poza nałogowym kupowaniem książek cierpię jeszcze na wieloksiążkowość – nie mój termin, widziałem na jakimś blogu – czyli czytanie kilku książek w tym samym okresie). Niestety, na razie jestem zbulwersowany – tak poziomem książki, jak i recenzjami Esensji. Językowo Anna Głomb, a także redaktorka wydawnictwa Videograf (bo takową znajduję w stopce) prezentują poziom self-publishingu. Krótko: osoby bardziej wrażliwe powinny płakać przy czytaniu, mniej wrażliwe będą miały niezłą bekę.
Ale recenzentki Esensji wspomniały o językowej mizerii Śmierciowiska, chwaląc za to klimat. Poświęcę się, zmęczę tę książkę.



A tak ładnie prezentuje się mój lipcowy urobek – 28 pozycji i chyba już więcej nie będzie :)


2 komentarze:

  1. "Śmierciowisko" bardzo przyjemnie wspominam, chociaż czytałam dobrych kilka lat temu. Pamiętam tylko, że lepiej się zaczyna niż kończy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasmaruję parę słów o tym jak doczytam :)

      Usuń